Aleteia.pl - pozytywna strona Internetu w Twojej skrzynce e-mail

Nie możesz nas wesprzeć finansowo?

Możesz to zrobić na 5 innych sposobów:

  1. Módl się za nasz zespół i powodzenie naszej misji
  2. Opowiedz o Aletei w swojej parafii
  3. Udostępniaj nasze treści rodzinie i przyjaciołom
  4. Wyłącz AdBlocka, kiedy do nas zaglądasz
  5. Zapisz się do naszego newslettera i czytaj go codziennie

Dziękujemy!
Zespół Aletei

 

Aleteia

Prymas Polski na Adwent: Bóg nie cierpi na ból kręgosłupa. On się nieustannie pochyla i dźwiga upadłego

WOJCIECH POLAK, PRYMAS POLSKI
Udostępnij

„Nie możemy na sakrament pojednania patrzeć w kategoriach sukcesu lub porażki. To nie jest bicie kolejnych rekordów wytrwałości czy doskonałości. Sakrament pojednania ma być miejscem i czasem spotkania z Kimś, kto kocha” – w adwentowym wywiadzie dla Aletei mówi abp Wojciech Polak.

Katarzyna Szkarpetowska: Księże Prymasie, czym dla Pana Boga są nasze powroty do kratek konfesjonału?

Arcybiskup Wojciech Polak: Jezus w przypowieści o zaginionej owcy w obrazowy sposób opisuje, co dzieje się z człowiekiem, który odnalazł to, co zginęło: sprasza przyjaciół i sąsiadów i mówi im: „Cieszcie się ze mną, bo znalazłem owcę, która mi zginęła” (Łk 15,6).

A potem wyjaśniając, dodaje: „Tak samo w niebie większa będzie radość z jednego grzesznika, który się nawraca, niż z dziewięćdziesięciu dziewięciu sprawiedliwych, którzy nie potrzebują nawrócenia” (Łk 15,7).

Dziś byśmy powiedzieli, że Pan Bóg podobny jest do człowieka, który na peronie dworca kolejowego wygląda przyjazdu spóźnionego pociągu, a potem, pośród tłumu pasażerów, wypatruje tego jednego, którego będzie mógł wziąć w ramiona. Tym jedynym, wypatrywanym jest każdy z nas. Bóg czeka na nas z miłością i cierpliwością, której miary nie jesteśmy sobie nawet w stanie wyobrazić.

Ale jesteśmy jak marnotrawny syn. Najpierw roztrwonimy miłość, prawdę, czystość, a potem klękamy przed Bogiem w sakramencie pokuty i znów prosimy o przebaczenie. Obiecujemy poprawę, a po jakimś czasie ponownie upadamy. I tak przez całe życie.

Kiedy klękamy w konfesjonale, nie mówimy przecież: „i obiecuję, że nigdy więcej nie zgrzeszę”. Raczej w różnych słowach deklarujemy: „zrobię wszystko, żeby się zmienić, żeby poprawić i poukładać swoje życie”. Człowiek nie jest zdolny do bycia niezmiennie doskonałym. Może jednak zrobić wszystko, aby być coraz lepszym.

Dzieje się to na dwóch równoległych płaszczyznach. Najpierw ja, jako człowiek, wykorzystuję wszystkie ludzkie możliwości: szukam pomysłów, metodą prób i błędów podejmuję różne rozwiązania, żeby się zmieniać, żeby kolejnym razem się udało. Jest jednak wiele codziennych doświadczeń, o których nieraz myślimy czy mówimy: po ludzku mnie to przerasta.

Dzieje się tak pomimo naszych postanowień, dobrej woli i deklarowanych chęci. To jest właśnie miejsce dla Boga. Jego przecież nic nie przerasta. On może i chce dopełnić to, co z powodu ludzkiej słabości jest dla nas nieosiągalne. Doskonale pamiętamy to jedno z wielu szczególnych zdań wypowiedzianych przez papieża Franciszka: „Bóg nigdy nie męczy się przebaczaniem nam; to nas męczy proszenie Go o miłosierdzie”.

Czy Boże miłosierdzie można nadwyrężyć?

Miłosierdzie jest przymiotem Boga, Jego istotą. Czy zatem można nadwyrężyć Boga? Nie, nie można nadwyrężyć Bożego miłosierdzia. Można je zlekceważyć, można je ignorować, można w końcu nim wzgardzić i je odrzucić, ale nie można Bożego miłosierdzia nadwyrężyć. Domyślam się, że chodzi o sytuację, w której notorycznie powracamy do naszych grzechów, tkwimy w nich, co krok upadamy.

Ale właśnie wówczas, jeśli tylko się na to zgadzamy, Bóg jest jeszcze bliżej nas. „Gdzie jednak wzmógł się grzech – jak przypominał św. Paweł – tam jeszcze obficiej rozlała się łaska”. Bóg nie cierpi na ból kręgosłupa. On chce nieustannie pochylać się i dźwigać człowieka, kiedy ten po raz kolejny upadł.

Co w sytuacji, gdy czujemy się nie tyle zniechęceni grzechem, ile zniechęceni sobą –  swoją bezradnością, bezsilnością z powodu grzechu?

Paradoksalnie takie odczucia i emocje towarzyszą nam, gdy do głosu dochodzi pycha zamiast pokory. Jesteśmy wówczas przekonani nie tylko o tym, że stanowimy centrum świata, ale również o tym, że zarówno on, jak i wszystko inne zależy od nas samych. Bierzemy na siebie ciężary niemożliwe do uniesienia i chwilę później rozczarowujemy się naszą niedoskonałością. I skoro nie możemy być najdoskonalsi i najlepsi, to wmawiamy sobie, że jesteśmy najgorsi.

A przecież jest Ktoś, kto już zabrał nasz grzech, pokonał, przygwoździł do krzyża, zbawił nas. Po naszej stronie jest przyjęcie tego daru, który jest owocem niezgłębionej i po ludzku niezrozumiałej miłości Boga. Dzisiaj jednak nie tylko jest nam trudno kochać, ale czasami jeszcze trudniej przyjąć miłość. Dlatego nie potrafimy uwierzyć w to, że „Bóg okazuje nam swoją miłość przez to, że Chrystus umarł za nas, gdyśmy byli jeszcze grzesznikami” (Rz 5,8). Kiedy to sobie uświadomimy, wówczas w miejscu zniechęcenia pojawi się wdzięczność i motywacja, by ciągle zaczynać od nowa –  nie samemu, ale z Nim.

Każdy grzech osłabia, każdy jest słabością. A czy każda słabość jest grzechem?

Wszystko zależy od tego, jak zdefiniujemy poszczególne pojęcia. O ile grzech zawsze oddala nas od Boga, jest zerwaniem naszej więzi z Nim, o tyle świadomość słabości może nas do Niego przybliżać.

Kiedy wiem, że sam sobie nie wystarczam, kiedy uznaję, że potrzebuję Kogoś mocniejszego ode mnie, wówczas słabość może stać się drogą prowadzącą do szczególnego spotkania, na którym usłyszę i przyjmę do serca słowa: „Wystarczy ci mojej łaski. Moc bowiem w słabości się doskonali”. I powtórzę za św. Pawłem: „Najchętniej więc będę się chlubił z moich słabości, aby zamieszkała we mnie moc Chrystusa” (2 Kor 12,9).

Czasami przed pójściem do spowiedzi blokuje nas i zniechęca obawa, co spowiednik sobie o nas pomyśli. Czy rzeczywiście jest się czym przejmować?

Po ludzku trudno odsunąć od siebie takie myślenie. Towarzyszą nam różne obawy, czasami strach czy wstyd. Wydaje się nam, że zaskoczymy spowiednika naszym grzechem, że go zgorszymy. Jednak musimy wówczas pamiętać – co nam zresztą przypomina Katechizm – że „udzielając sakramentu pokuty, kapłan wypełnia posługę Dobrego Pasterza, który szuka zagubionej owcy; posługę dobrego Samarytanina, który opatruje rany; Ojca, który czeka na syna marnotrawnego i przyjmuje go, gdy powraca; sprawiedliwego Sędziego, który nie ma względu na osobę” (KKK 1465).

Spowiednik nie jest właścicielem sakramentu, nie dysponuje nim według własnych kryteriów, nie wydaje wyroku, ale jest pokornym narzędziem w ręku Boga. Spowiednik, który sam systematycznie przystępuje do sakramentu pojednania i pokuty, który doświadcza własnych grzechów, ma świadomość wagi posługi, która została mu powierzona. Wówczas nigdy nie postawi się w roli oskarżyciela albo decydenta czy właściciela łaski, ale pokornego szafarza Bożego przebaczenia.

Czy jeżeli idziemy do spowiedzi, bo „tak wypada”, bo „co powiedzą sąsiedzi?”, a nie z potrzeby nawrócenia, to czy taka spowiedź ma sens?

Myślę, że dzisiaj argument: „bo tak wypada”, „bo co powiedzą”, nie jest już dominujący i determinujący. Nasza świadomość sakramentu pojednania i pokuty jest coraz większa i głębsza. Jestem jednak przekonany, że nawet wówczas, kiedy początkowa motywacja jest niedoskonała czy nawet płytka, to spotkanie z Bogiem w sakramencie pojednania jest zawsze szansą na przemianę, na głębsze zrozumienie sensu spowiedzi.

Bardzo wiele zależy tu od spowiednika – czy i jak pomoże takiemu penitentowi w dobrym przeżyciu sakramentu, może we wspólnym rachunku sumienia, w głębszym zrozumieniu daru przebaczenia.

Czasami ktoś odchodzi od kratek konfesjonału i mówi: „To nie działa. Wcale nie czuję się lepiej”. Jak przekonać taką osobę, że mimo jej odczuć, o ile nie doszło do zatajenia grzechów, sakrament jest ważny, „działa” i ma realny wpływ na życie?

Bardzo często – szczególnie widać to, gdy regularnie przystępujemy do sakramentu, mając stałego spowiednika – będziemy mówić o pewnym procesie, a może lepiej: o drodze, którą jest nawrócenie. Sakrament pojednania i pokuty to nie magiczne zaklęcia ani tajemne formułki, które wystarczy wypowiedzieć i już będzie dobrze, już będzie zmiana.

Ma on raczej znamiona duchowej walki, ostatecznie zwycięskiej, ale jednocześnie wymagającej. Jednak nie możemy na sakrament pojednania patrzeć w kategoriach sukcesu lub porażki. To nie jest bicie kolejnych rekordów wytrwałości czy doskonałości. Sakrament pojednania ma być miejscem i czasem spotkania z Kimś, kto kocha. Dopiero takie doświadczenie daje nam szansę, byśmy odchodzili od konfesjonału radośni, przemienieni i przepełnieni pokojem.

Przecież dzieje się tak zawsze, gdy spotykamy tych, którzy nas kochają, i których my kochamy. „Cała skuteczność pokuty – jak czytamy w Katechizmie – polega na przywróceniu nam łaski Bożej i zjednoczeniu nas w przyjaźni z Bogiem. Celem i skutkiem tego sakramentu jest więc pojednanie z Bogiem. U tych, którzy przyjmują sakrament pokuty z sercem skruszonym i z religijnym nastawieniem, zwykle nastają po nim pokój i pogoda sumienia wraz z wielką pociechą duchową” (KKK 1468).

Jeśli w naszym sercu poczujemy, umysłem pojmiemy, że jesteśmy przyjaciółmi Boga, wówczas uśmiechniemy się sami do siebie, weźmiemy głęboki oddech i radośnie wykrzykniemy: „Jeżeli Bóg z nami, któż przeciwko nam? On, który nawet własnego Syna nie oszczędził, ale Go za nas wszystkich wydał, jakże miałby wraz z Nim i wszystkiego nam nie darować?” (Rz 8,31-32) To jest dobra wiadomość, która powinna nam towarzyszyć, gdy wstajemy z klęczek od kratek konfesjonału. A może lepiej byłoby powiedzieć: gdy wychodzimy ze spotkania z Panem i Przyjacielem.

Księże Prymasie, jak dobrze przygotować się do spowiedzi?

Często odpowiadając sobie lub innym na to pytanie, szukamy oryginalnych sposobów, podpowiedzi czy rozwiązań. A w pierwszej kolejności powinniśmy wrócić do warunków dobrej spowiedzi. Pamiętamy je z dzieciństwa, właśnie z przygotowania do pierwszej spowiedzi i I Komunii Świętej, ale w życiu dorosłym zaniedbujemy. Trochę szkoda, bo pokazują nam one pewną drogę, którą pokonujemy, podejmując decyzję o naszej przemianie.

Zawsze dobrym punktem wyjścia będzie rachunek sumienia. Może sama nazwa nas nie przekonuje, bo sugeruje jakieś rozliczenia, tymczasem chodzi tu raczej o „bycie na bieżąco”. Jeśli codziennie znajdziemy kilka minut na pomyślenie o tym, co nam się przytrafiło w ciągu dnia, kogo spotkaliśmy, jak rozmawialiśmy, w jaki sposób zareagowaliśmy na różne sytuacje, jaka była nasz relacja z Bogiem, co planujemy na jutro, to przystępując do sakramentu pokuty i pojednania będziemy umieli opowiedzieć Bogu o naszym życiu. Nie zatrzemy i nie zapomnimy tych wszystkich spraw, o których powinniśmy Mu powiedzieć.

Zatem przygotowanie do spowiedzi nie może być tylko chwilowym, jednorazowym działaniem tuż przed, ale raczej codzienną predyspozycją do spotkania. Ważne w przygotowaniu do spowiedzi jest też spotkanie ze Słowem Bożym. Warto otworzyć Pismo święte i konfrontować swoje życie z tym, co mówi nam sam Bóg. Przeczytajmy zawsze fragment przed spowiedzią, a zobaczymy, że przyjdzie światło.

Czym dla Księdza Prymasa osobiście jest sakrament pokuty i pojednania?

To moja droga nawrócenia, moje spotkanie z przebaczającym Bogiem i za każdym razem również szansa na nowy początek. Niemożliwa jest wiarygodna i autentyczna posługa kapłana, biskupa, bez troski o własne nawrócenie.

Nie umiałbym podejmować wszystkich tych decyzji, które muszę podejmować, prowadzić wszystkich rozmów, spotkań i posług bez poczucia, że najpierw ja sam chcę się zmieniać, chcę być lepszy, chcę być bliżej Boga. Sakrament pojednania i pokuty to dla mnie szczególne źródło siły, która daje pewność, że w tym wszystkim, co jako kapłan robię, jestem blisko Boga.

Rozpoczął się Adwent. Czego Ksiądz Prymas życzy spowiednikom oraz wiernym, którzy będą z tego sakramentu korzystać?

Życzę, abyśmy przeżywając kolejny w naszym życiu Adwent, potrafili zachwycić się na nowo ciągłym powracaniem Boga do nas. Wyjątkowy, świąteczny czas przypomina nam o Jego wielkiej miłości, która wciela się w naszą naturę, dosłownie przyjmuje nasze człowieczeństwo we wszystkim z wyjątkiem grzechu, aby być jeszcze bliżej nas, dosłownie – pośród nas.

Niech to będzie czas naszych powrotów, spotkań, pojednań z Bogiem i ludźmi. Mówi się, że jest to swoisty czas prostowania dróg do Boga i do człowieka. Oby się to nam udało choćby na najmniejszym odcinku. Sakrament pojednania uczy nas pokory i wrażliwości. Przywraca radość i otwiera na spotkanie z Jezusem. Niech nam tej radości nie zabraknie – ani przy wigilijnym stole, ani nigdy potem.

Newsletter
Aleteia codziennie w Twojej skrzynce e-mail