Nie możesz nas wesprzeć finansowo?

Możesz to zrobić na 5 innych sposobów:

  1. Módl się za nasz zespół i powodzenie naszej misji
  2. Opowiedz o Aletei w swojej parafii
  3. Udostępniaj nasze treści rodzinie i przyjaciołom
  4. Wyłącz AdBlocka, kiedy do nas zaglądasz
  5. Zapisz się do naszego newslettera i czytaj go codziennie

Dziękujemy!
Zespół Aletei

 

Aleteia

27-latka umiera, by ocalić dziecko, które nosi pod sercem… Czego uczy mnie ta historia?

charlene flores
Udostępnij

To opowieść o rodzinie z Kalifornii: młodzi rodzice, trzy córki, czwarta w drodze… Pomimo problemów z sercem, matka poddaje się operacji, która ma ocalić życie maleńkiej Quinn.

Decyzja zapadła w pośpiechu, nie było czasu do namysłu, miała jedynie chwilę na to, by wyrazić zgodę na operację, która uratuje jej zagrożoną córeczkę, ryzykując nawet własnym życiem…

 

Rodzina otwarta na życie

Dwudziestosiedmioletnia Charlene Flores mieszkała w kalifornijskiej miejscowości Fresno ze swoim mężem Elesandro i trzema córkami. W lutym świętowali dziesiątą rocznicę ślubu i czekali na narodziny czwartej córki, Quinn. Spośród niewielu informacji, do jakich udało nam się dotrzeć, wyłania się obraz skromnej i radosnej rodziny, z przewagą kobiet i wspólnie przeżywaną wiarą chrześcijańską.

Niektórych z nas na dźwięk słyszanych już niejednokrotnie biblijnych słów o tym, że Pan przyjdzie jak złodziej nocą, przechodzą dreszcze. W Jego nagłym przyjściu nie ma i nie będzie cienia gwałtowności, to po prostu Jego sposób na wypełnienie tego, co w naszym przekonaniu miało być budowane przez długie lata.

Gdyby to od nas zależało, bylibyśmy gotowi jutro; jeszcze bardziej gotowi pojutrze, przekonani i pewni za pięć lat. „Potrzebuję Cię teraz” – to jedyny wyznacznik dla Boga, który nie zważa na nasze dokonania ani nie wymaga od nas obszernego CV. On przychodzi i pyta, czy zgadzamy się na jakiś plan, tak jak uczynił to wobec Maryi, posyłając do Niej anioła. I mama Charlene powiedziała tak.

Choć do porodu było jeszcze daleko, od kilku nocy Charlene odczuwała bardzo silne skurcze i mąż zawiózł ją do szpitala. Intensywny krwotok wewnętrzny zagrażał życiu maleństwa, więc lekarze zaordynowali cesarskie cięcie. Mąż opowiada, że Charlene wyraziła zgodę bez wahania, pomimo że ta interwencja wiązała się dla niej z dużym ryzykiem z powodu problemów kardiologicznych.

Lekarze nie zdążą nawet przekazać ojcu, że operacja się udała, a Quinn już jest na świecie. Natychmiast podejmują reanimację, ale Charlene umiera.

 

Inkubator

„Powiedziałem moim córkom, że są kontynuacją istnienia swojej mamy – powiedział Elesandro Flores w ABC News. – Jesteście kobietami i będziecie całym moim życiem; jestem również pewien, że się o mnie zatroszczycie”.

Tymczasem maleńka Quinn rośnie i nabiera sił w szpitalnym inkubatorze. A ja, śledząc tę historię, myślę o tym, jak bardzo wszyscy jesteśmy równi. W każdej szerokości geograficznej, w ubogich i bogatych dzielnicach, wszyscy dotykają bijącego serca świata: sprawy życia i śmierci. Świadomy wybór między dobrem a złem, miłość i nienawiść – są obecne w każdym domu. Z przyzwyczajenia gardzimy zwyczajnym życiem, w pospolitych miejscach, w środowisku zwykłych ludzi; a tak naprawdę to właśnie pośród nas, każdego bez wyjątku, dzieje się to, co w oczach Boga jest niezbędne.

Wczoraj o zachodzie słońca niebo nad supermarketem, do którego miałam zaraz wejść, pokryło się niezwykłymi kolorami. Wtedy również odnotowałam tę ukradkową obecność typową dla złodzieja, który napełnił światłem to, co wydawało mi się przygaszone i monotonne. Odniosłam wrażenie, jak gdyby ktoś chciał wywrócić do góry nogami moje pojęcie nudy i zawieszonych w pustce dni. Szkoła – praca – obiad – zakupy – kolacja – spać. Często zapominam, że te powtarzające się słowa wyznaczają granice mojego inkubatora.

Mogę się domyślać, jak proste i zabiegane było życie Charlene, mogę ją sobie wyobrazić szczęśliwą we własnym domu i wyczerpaną pod koniec dnia. Rodzina, zwyczajny i niedoceniany ośrodek świata. Jest wszystkim, czego człowiek potrzebuje, by dojrzeć i osiągnąć w życiu punkt kulminacyjny, w którym to przyjrzy się sobie w zwierciadle wieczności. Bez żadnych efektów specjalnych, na każdym kroku i każdej chwili jesteśmy zaproszeni do udziału w planie Boga. W przypadku Charlene okazał się on wyzwaniem, które określimy mianem heroicznego.

Ona nie podeszła do niego w ten sposób, nie miała czasu. Jeżeli heroizm istnieje, to zaczyna się dużo wcześniej: najpierw polega na byciu córką, następnie żoną, a później z kolei matką. Wszystkie małe wielkie historie wpisane w domową krzątaninę doprowadziły ją do pełnej świadomości tego, kim chce być, nawet w tej niespodziewanej tragicznej chwili. Była gotowa bez przygotowania, ponieważ – jak przypuszczam – dysponowała całym zapleczem konkretnych doświadczeń, z jakich utkane są zwyczajne dni: zabawa, nauka, zakochanie, praca, miłość, śmiech, płacz u boku męża i ich trzech córeczek.

Im bardziej nasz wzrok skupia się na dobru, w jakim pragniemy mieć swój udział i które chcemy otoczyć troską, tym bardziej nasze ja dojrzewa i przestaje nadmiernie się sobą zajmować. Trzeba się wysilić intelektualnie, aby oddzielić ja matki od ty dziecka, które jest w jej łonie. W doświadczeniu znacznie bliższym codzienności, autentycznym i dlatego nadzwyczajnym, matka czuje się bardziej zjednoczona z dzieckiem niż wynikałoby to z sumy poszczególnych części ciała „moich i twoich”: Charlene nie wybrała śmierci, a poród, by w ten sposób ponownie wypełnić tę rolę, która tak ją uszczęśliwiała, rolę mamy.

 

Newsletter
Aleteia codziennie w Twojej skrzynce e-mail