Aleteia.pl - pozytywna strona Internetu w Twojej skrzynce e-mail

Nie możesz nas wesprzeć finansowo?

Możesz to zrobić na 5 innych sposobów:

  1. Módl się za nasz zespół i powodzenie naszej misji
  2. Opowiedz o Aletei w swojej parafii
  3. Udostępniaj nasze treści rodzinie i przyjaciołom
  4. Wyłącz AdBlocka, kiedy do nas zaglądasz
  5. Zapisz się do naszego newslettera i czytaj go codziennie

Dziękujemy!
Zespół Aletei

 

Katolicki portal bez polityki. Wesprzyj nas!

Aleteia

Z niewidomym o świetle. „Jest świeże, pachnie jak cytrusy, smak ma bliski wanilii” [WYWIAD]

Patrycjusz Kisła
fot. archiwum prywatne Patrycjusza Kisły
Udostępnij

– Gdybym miał powiedzieć coś ludziom, którzy mogą zobaczyć światło, to na pewno nie byłoby to nic w stylu: „cieszcie się każdą sekundą”. Bo to nie o to chodzi – mówi Patrycjusz Kisła – student filologii polskiej, muzyk, pasjonat literatury, człowiek, który nie widzi od czwartego roku życia, a zdołał przeczytać blisko 2000 książek.

Aleksandra Gałka-Reczko: Co pamiętasz z czasów, kiedy jeszcze widziałeś?

Patrycjusz Kisła: Pamiętam zarysy samochodów i kilkanaście kolorów. Zarejestrowałem to, bo wzrok traciłem od trzeciego do czwartego roku życia. Choroba autoimmunologiczna zaczęła zwalczać mój organizm. Najpierw poszły oczy, potem stawy.

Te drugie udało się lekarzom w jakimś stopniu odratować. Trzecie to wątroba, ale ona to już w ogóle jest w dobrej kondycji. Na przestrzeni trzech lat miałem jakieś 18 operacji w Polsce i Niemczech, które miały coś odratować. Nie wiem, na ile to jest ich zasługą, ale w lewym oku chyba nerw wzrokowy jest aktywny, tylko ten narząd nie jest przystosowany.

 

A zdarza ci się widzieć światło?

Tak. Zdarza mi się, jak wpatruję się w rozżarzone słońce w bardzo ciepły, letni dzień. W nocy, kiedy wokół jest ciemno i świeci się 100-watowa żarówka, to jestem w stanie zobaczyć wiązkę światła. To nie jest tak, jak ludzie myślą – że ludzie niewidomi widzą tylko ciemność. Nie jest czarno, więc nie jest przygnębiająco, melancholijnie, depresyjnie. Po prostu nie widzi się nic. Jeżeli do czegoś miałoby się to porównać, to do jakiejś żywej szarości.

 

I co wtedy czujesz, kiedy dociera do ciebie taka wiązka światła?

Nie jest to tak sprzęgnięte, że widzę światło i mi się od razu robi cieplej. Raczej jestem w stanie to docenić – tak zupełnie abstrakcyjnie. Cieszę się, że widzę to, co widzę. Ale w takim momencie wcale nie czuję dodatkowej porcji radości z tego powodu.

 

A czym jest to światło dla ciebie?

Jest to pamiątka po czymś, co utraciłem. Coś, co wywołuje wrażenia wzrokowe, które zapamiętałem. Można powiedzieć, że jest to też stymulacja pamięci. Jest to takie niemalże proustowskie odnajdowanie czegoś, o czym się na co dzień nie myśli. O ile emocji nie odczuwam w związku ze światłem, to jakieś wrażenia już owszem.

 

Skoro twierdzisz, że nie odczuwasz emocji, to oznacza również, że nigdy nie byłeś zły na to, że nie widzisz? Nie chciało ci się uderzyć w stół i wykrzyczeć: dlaczego ja?!

Nie. Być może dlatego, że jak traciłem wzrok, to choć miałem jakieś zaczątki tożsamości, to nie pamiętam tego okresu, swoich emocji. Nie pamiętam nawet, czy jakieś były. Nie zadawałem też jako dziecko kłopotliwych pytań w stylu: dlaczego tak się dzieje? Jakoś to zaakceptowałem, widocznie od najmłodszych lat miałem stoickie usposobienie.

 

A twoi rodzice? Też byli takimi stoikami, gdy dowiedzieli się, że ich dziecko prawdopodobnie do końca życia nie będzie widzieć? 

Chyba nie. Tata wspomina, że dla niego to był wstrząs o randze tożsamościowej. On miał wówczas 47 lat i twierdzi, że przez całe życie był butny i miał rozbuchane ego. Wtedy spokorniał, uświadomił sobie, że na pewno chce być do końca życia w tej rodzinie. Pierwsze cztery dekady jego życia to było poszukiwanie – z jedną kobietą, z drugą kobietą. Wreszcie moja choroba jeszcze bardziej zbliżyła go do Boga oraz do samej instytucji Kościoła.

Z kolei mama była dość młoda, gdy mnie urodziła – miała 26 lat. Mam wrażenie, że za dużo było dla niej w tym wieku mieć dziecko, a co dopiero tak felerne dziecko (śmiech). Ona także się zmieniła. Tata mówi, że wtedy przestała być nieśmiała. Poczuła, że musi zawalczyć o syna. Wyjeżdżała za granicę, łamanym niemieckim załatwiała różne sprawy. Była zdecydowaną kobietą i określoną w swoim rodzicielstwie. Na przykład nie pozwalała tacie czy babci wyręczać mnie we wszystkim. Począwszy od sznurowania butów do rzeczy bardziej skomplikowanych czy złożonych.

Często zdarza ci się włączać światło w twoim pokoju?

Był taki czas, że widziałem różnice między pokojem oświetlonym a ciemnym. Oddziaływało to wręcz na poziomie lękowym. Poza tym, działało to również społecznie. Gdy rodzice przebywali w pomieszczeniu z zapalonym światłem, to ja w swoim pokoju także włączałem światło.

Jak wchodziłem do łazienki, to również je zapalałem i nie tylko dlatego, że obawiałem się, że ktoś wejdzie, po prostu byłem do tego przyzwyczajony. Natomiast teraz tego nie robię. Do tego stopnia, że gdy znajomi wchodzą do mojego pokoju, to muszą mi o świetle przypominać, bo ja jestem bucem i wypada mi to z głowy.

 

Czytanie niewidzącego

Do czytania też światła nie potrzebujesz. Mówisz przepiękną polszczyzną. Przyznaj, ile przeczytanych książek masz na koncie? 

Pewnie już dużo ponad 1000 z beletrystyki i jakąś połowę z tego, jeśli chodzi o książki naukowe. Nie wliczam w to książek „zaczytywanych” po kilka razy, pojedynczych rozdziałów na zajęcia, artykułów… usiałem przez to przebrnąć, co pozwoliło mi dopiero zrozumieć, że jednak jakościowe czytanie nie zawsze równa się czytaniu filologicznemu. To też całkiem różni się od czytania na zajęcia. Jeszcze inna rzecz to w końcu czytanie dla przyjemności. Inaczej czyta się tekst filologicznie, bo wtedy nakłada się na niego siatkę pojęć poetologicznych, tych z teorii literatury, stara się wpisać go w kontekst historyczno-literacki, odnieść do innych tekstów. Innym trybem jest czytanie dla przyjemności, wtedy do pewnego stopnia przynajmniej wyłącza się umiejętności filologiczne. Ale wtedy z kolei pracują inne narzędzia.

 

A jaki masz styl czytania?

Jean-Paul Sartre w czasie wojny czytał ponoć średnio jedną książkę dziennie. Ja mam tak tylko na miesiąc przed sesją. W czasie sesji jednak zdarza mi się czytać 3 książki w dwa dni. Nie ma w tym ani zasługi, ani poświęcenia. Jest trochę przyjemności, ale to po prostu moja praca. Zwykle czytam jednocześnie kilka książek, najczęściej od 10 do 15, tak, by móc przebierać w gatunkach i tematach.
Najdłużej czytam chyba „Encyklopedję tradycji żydowskich” Uttermana, bo od drugiego roku studiów. Nie jest to jakoś szczególnie fascynująca czy zajmująca lektura, ani taka, nad którą trzeba by się było bardzo skupić, ale zacząłem ją wtedy i od tego czasu było wiele innych priorytetów. Są też takie książki, które po prostu trzeba pochłonąć jednym tchem, i to bez znaczenia, jak bardzo zmęczonym się jest, i co ma się jutro do zrobienia. To przypadek np. „Opętanych” Gombrowicza.

Wspomniałeś też o wielokrotnym „zaczytywaniu” się w książkach…

Są takie książki, które znam na wylot i które czytam po raz dziesiąty. Czytam je często rozwlekle, co parę tygodni wracając do tych bohaterów na kilka rozdziałów, przez te kilka rozdziałów im potowarzyszyć. Takie tytuły to np. „Czarodziejska góra”, „Nędznicy”, „Władca pierścieni” i w ogóle całe „Legendarium” Tolkiena, ale także książki eseistyczne Fromma, Zygmunta Kubiaka czy powieści, felietony i eseje Umberta Eco.

 

Przepraszam za to pytanie, ale jak to robisz technicznie?

Najczęściej szukam audiobooków, nawet gdy są w złej jakości. Wolę je niż e-booki czytane mową syntetyczną.
Czytasz tylko po polsku?
Żaden język nie jest mi znany na tyle, by czytać w nim książkę od deski do deski. Natomiast angielskiego uczę się na Tolkienie, a włoskiego bardziej na klasykach niż na dziełach Eco. Głównie dlatego, że ten ostatni nie należy jeszcze do domeny publicznej.
A czytanie w Braille’u?
W tym alfabecie nie czytam już nic. W podstawówce, kiedy można było się jeszcze łudzić, że ma on jakąkolwiek przyszłość, zmuszono mnie do korzystania z niego, a raczej dukania. Jest on dodatkowo nieporęczny, bo przykładowo: Stary i Nowy Testament w czarnodruku jest tej samej wielkości co w Braille’u raptem cztery Ewangelie.

Uwaga, teraz pytanie będzie filozoficzne: czy w swoim życiu także „włączasz światło”?

Jeśli uznać by światło za coś, co porządkuje życie, co pozwala się w nim odnaleźć, to takim światłem jest dla mnie m.in. uczenie się – nałogowe wręcz uczenie się. Innym rodzajem światła są dla mnie rodzina i przyjaciele. Jeszcze innym jest osadzenie się we wskazaniach szeroko rozumianej etyki. 

Adwent kojarzy się ze światłem

Adwent w redakcji Aletei skojarzył nam się m.in. ze światłem właśnie. Czym jest dla ciebie ten okres?

To jest dobry sposób na stymulację, intensyfikację życia – także dla innowierców i ateistów. Warto iść dwoma kalendarzami, czyli z jednej strony oczywiście tym naszym: „poniedziałek, niedziela”, „styczeń, luty”, a z drugiej strony mieć ten kalendarz sakralny. Żeby był to okres różny od pozostałych. Dla mnie Adwent to też jest czas szczególny. Czas, w którym można wzmóc ten wysiłek duchowy – nie mówię tu o wysiłku twórczym, poznawczym.

 

A tęsknisz za tym światłem? Masz poczucie, że ci go brakuje?

Wydawało mi się, że mi go nie brakuje, ale czasem jestem zły na siebie, że ta moja niepełnosprawność doprowadza do pewnych żenujących sytuacji, np. dotknę czegoś, czego nie powinienem. Ponadto, czasem żałuję, że nie mogę zobaczyć uśmiechu.

Pierwszy raz coś takiego poczułem ze swoją pierwszą dziewczyną. Może nie byłem zły, ale po prostu brakowało mi tego. Raz po raz to się ujawnia. To jest takie sentymentalne. Myślę sobie czasami: „och, jak fajnie byłoby zobaczyć te rumieńce”.

 

Światło ma zapach, smak i strukturę

Co ci się śni?

Wydaje mi się, że widzę w snach. Tylko niestety bardzo rzadko je pamiętam. Jeśli już, to jakieś pojedyncze sceny. Mam wrażenie, że w snach odczuwam na innych poziomach, że sen działa na zasadzie synestezji. Nawet te pojedyncze sceny są niekiedy bardziej realne niż rzeczywistość. Stąd wydaje mi się, że albo te zmysły są bardziej wrażliwe, albo mamy ich więcej, albo po prostu połączenia między nimi są doskonalsze.

 

Wspomniałeś o synestezji. Jak według ciebie światło może pachnieć albo smakować?

Można powiedzieć, że światło jest świeże, jak świeży jest zapach cytrusów. Jednocześnie jest to też zapach intensywny, pod jakimś względem szczypiący, jak szczypiący jest właśnie zapach grejpfruta czy cytryny. Jeśli chodzi o dotyk, to byłoby to coś płynnego, łagodnego, rozrzedzonego. Jeśli światło ma jakiś smak, to raczej jest to bliskie wanilii, ale nie aż tak mdlące jak wanilia.

 

Nie smakuje jak cytrusy?  

Nie, nie. To na pewno nie jest smak cytrusów. Raczej mleka? Ale takiego mleka z konserwantami – prawie wody.

 

A co powiedziałbyś ludziom, którzy to światło widzą, czują je na co dzień?

Miałem w swoim życiu okres moralizowania na każdym poziomie: filozoficznym, poetyckim – szerzej – literackim, naukowym. Wspominam go z pewnym wstydem. Teraz, jak ludzie pytają mnie o ogólne stwierdzenia typu: co byś powiedział, jakie jest twoje przesłanie, to trochę trudno mi nie podejść do tego ironicznie. Jednak bardzo nie chciałbym cię rozczarować.

 

Mów szczerze!

Gdybym miał powiedzieć coś ludziom, którzy mogą zobaczyć światło, to na pewno nie byłoby to nic w stylu: „cieszcie się każdą sekundą”. Bo nie o to chodzi. Może raczej poradziłbym, żeby raz na jakiś czas potrafili to docenić. Światło – tak, jak ja je widzę – jest jakąś przyprawą. Nie można gotować zupy z samych przypraw, ale jednocześnie bez tych przypraw ona będzie pozbawiona smaku.

Albo może lepiej: zasugerowałbym, by nad światłem się zastanowić. Uważam, że jeszcze cenniejsze dla człowieka jest zastanowienie się nad czymś niż docenienie tego. Zatem myślę, że warto pomyśleć, co daje człowiekowi światło i jak bardzo zmieniłaby się perspektywa człowieka, gdyby go zabrakło.

 

Newsletter
Aleteia codziennie w Twojej skrzynce e-mail