Aleteia.pl - pozytywna strona Internetu w Twojej skrzynce e-mail

Nie możesz nas wesprzeć finansowo?

Możesz to zrobić na 5 innych sposobów:

  1. Módl się za nasz zespół i powodzenie naszej misji
  2. Opowiedz o Aletei w swojej parafii
  3. Udostępniaj nasze treści rodzinie i przyjaciołom
  4. Wyłącz AdBlocka, kiedy do nas zaglądasz
  5. Zapisz się do naszego newslettera i czytaj go codziennie

Dziękujemy!
Zespół Aletei

 

Katolicki portal bez polityki. Wesprzyj nas!

Aleteia

Mężczyzna, który wzrastał wśród słoni, wkrótce zostanie księdzem

Paul Kioko
Paul Kioko
Udostępnij

Wywiad z diakonem Paulem Kioko, człowiekiem, który wzrastał wśród kenijskich słoni, nosorożców, lwów i węży i który po wielu latach pracy w zawodzie lekarza zostanie w maju wyświęcony na kapłana.

Oto jego świadectwo.

Opus Dei: Gdzie się urodziłeś?

Paul Kioko: W stolicy Kenii, w Nairobii, lecz całe dzieciństwo spędziłem wraz z rodzicami i braćmi w różnych kenijskich parkach narodowych. Mój tato pracował jako nadzorca leśniczych w kenijskich Służbach Dzikiej Przyrody.

Na czym polegała jego praca?

Na ochronie i dbaniu o dziką przyrodę. W dzieciństwie ciągle się przenosiliśmy – w każdym z parków mieszkaliśmy średnio po pięć lat. Moimi domami były Park Narodowy Nakuru, Góry Aberdare, Park Amboseli u podnóża góry Kilimandżaro i Park Narodowy Tsavo.

Jak wyglądało twoje dzieciństwo na sawannie?

Wszyscy rośliśmy, bawiąc się wśród roślinności krzewiastej. Chociaż zawsze istniała możliwość spotkania z lwem lub innym zwierzęciem, moja mama najbardziej bała się skorpionów i węży – było ich mnóstwo! Dzięki naszym aniołom stróżom nic poważnego nam się nigdy nie przytrafiło.

Ale, wyobrażam sobie, przeżywaliście wiele przygód…

Oczywiście! Pamiętam na przykład, że pewnego razu jakiś wąż strzyknął jadem prosto w oczy jednego z moich braci. Pobiegliśmy z nim do szpitala i dzięki temu nie stracił wzroku. Innym razem, drugi brat jadąc na motocyklu, niemal zderzył się z dwoma lwami, które czaiły się schowane za zakrętem. Na szczęście zwierzaki właśnie raczyły się upolowanym dzikiem i bratu udało się bezpiecznie wycofać z tej groźnej sytuacji.

Jak wyglądało życie rodzinne w takich okolicznościach?

Jeśli w ciągu tygodnia zachowywaliśmy się w miarę porządnie, w niedzielę tato obwoził nas jeepem po parku. Robiliśmy zawody, kto pierwszy ujrzy jakiegoś zwierzaka z tzw. „wielkiej piątki”: słonia, nosorożca, lwa, bawoła lub lamparta. Prawie zawsze wygrywał tato, gdyż miał więcej cierpliwości, aby wpatrywać się w jeden punkt na tyle długo, by móc wypatrzyć ukrytego tam zwierza.

Czy twoja mama lubiła życie w buszu?

Bardzo, chociaż ją interesowały bardziej ptaki, czego my, chłopaki, nie mogliśmy pojąć. Zaraz to wytłumaczę – mama urodziła się w Stanach Zjednoczonych i do Afryki przybyła w końcu lat 60., aby uczyć matematyki i poznawać świat. Być może dlatego lubiła ptaki – tak jak one musiała przelecieć ocean, aby zbudować swój własny dom. Gdy mieszkała w Tanzanii, poznała tatę, który właśnie kończył studia w zakresie Ochrony Środowiska. Reszta to historia lub, jakby powiedziała moja babcia, Boża Opatrzność.

Czego się nauczyłeś podczas tych lat spędzonych na łonie natury?

Bardzo wiele. Miłości do otwartej, wolnej przestrzeni i piękna natury, z pewnością. Bardzo głęboko w pamięć zapadły mi cierpliwość taty, niezbędna, aby zobaczyć coś wielkiego i radość mamy na widok prostych przejawów życia ptaków.

Czy nauczyłeś się postępować z dzikimi zwierzętami?

Busz dla dziecka to raj. Chociaż nigdy nie mieliśmy w domu telewizora ani PlayStation, w ogóle nie odczuwaliśmy ich braku. Leśniczy przynosili do naszego domu osierocone zwierzęta, więc wielokrotnie miewaliśmy u siebie malutkie impale, gazele, antylopy, lewki, słonie czy nosorożce. Większe zwierzaki, szczególnie słonie, trzymaliśmy w nocy w „domkach” znajdujących się na tyłach naszego domostwa i karmiliśmy je zgniłymi owocami mango i pomarańczami. Zabawa polegała na tym, żeby trafić owocem dokładnie w paszczę zwierza. Wtedy zarabiało się trzy punkty.

Jak potoczyło się twoje życie, gdy dorosłeś?

Przenieśliśmy się do Nairobii i zacząłem uczyć się w szkole średniej. To właśnie w Lenana School poznałem kilku młodych naukowców, którzy zjawili się tam, aby wygłosić parę wykładów na temat chrześcijaństwa. Nieco później dowiedziałem się, że niektórzy z nich należą do Opus Dei. Za ich pośrednictwem zdobyłem więcej informacji o tej części Kościoła katolickiego i w ostatnim roku nauki w Lenana School poprosiłem o przyjęcie do Opus Dei.

Po ukończeniu studiów medycznych na Uniwersytecie w Nairobii, pracowałem przez rok w Szpitalu Wojskowym, a następnie, przez kolejnych piętnaście lat w Szpitalu Mater, najpierw w pogotowiu, a następnie na oddziale intensywnej terapii, gdzie pomagałem w programie chirurgii na otwartym sercu i zrobiłem specjalizację z anestezjologii.

Kiedy zacząłeś myśleć o drodze kapłaństwa?

Jak mówi Księga Mądrości, pod niebem wszystko ma swój czas. Zrozumiałem, że tak jak Bóg dał mi powołanie do służby chorym, tak teraz obdarza mnie powołaniem do służby całemu Kościołowi w roli kapłana. W pewnym sensie bycie lekarzem przygotowało drogę do kapłaństwa.

I teraz będziesz księdzem?

Nie, jeszcze nie. Jeśli Bóg da, w maju 2019 roku zostaniemy wyświęceni na kapłanów.

Jak się do tego przygotowywałeś?

Od kilku lat mieszkam w Rzymie i studiuję na Papieskim Uniwersytecie Świętego Krzyża. Zdobywam dodatkową formację w Rzymskim Kolegium Świętego Krzyża wraz z wieloma innymi członkami Opus Dei z całego świata. W tym roku zrozumiałem, że najlepszym przygotowaniem do kapłaństwa jest działanie Ducha Świętego, jednak Bóg posługuje się także ludźmi, którymi nas otacza, aby nas prowadzić i formować.

Jaki przedmiot uniwersytecki lubisz najbardziej?

Zrobiłem licencjat i doktorat z teologii moralnej, co, zważywszy na moje medyczne wykształcenie, wydaje się bardzo logiczne – rzeczywiście interesują mnie wszystkie zagadnienia poruszane przez bioetykę i związane z filozoficznymi podstawami praktyki lekarskiej.

Jaki jest temat twojej pracy doktorskiej?

Mówi się, że najlepszym sposobem na szybkie zaśnięcie jest poprosić doktoranta, aby opowiedział o temacie swojej pracy doktorskiej! Jednak, skoro pytasz, podejmę to ryzyko – ośmielę się twierdzić, że moja praca jest przede wszystkim o cnocie roztropności jako niezbędnym ogniwie między tym, co „technicznie poprawne”, a tym co „moralnie dobre” przy podejmowaniu medycznych decyzji. Jako lekarz pracujący na oddziale intensywnej terapii wielokrotnie stawałem przed takim dylematem: gdzie postawić granicę i kiedy powiedzieć pacjentowi „dość”.

Wspomnienia z dzieciństwa zawsze nam towarzyszą i nigdy nie zapomnę przygody dorastania wśród dzikich zwierząt. Jednak życie w służbie Bogu i bliźniemu jest jeszcze większą przygodą. Budzimy się rano i nigdy nie mamy pewności, dokąd dzień nas zaprowadzi. Dawniej po prostu podziwiałem piękno Bożego stworzenia; teraz kontempluję miłosierną dłoń Boga wszędzie tam, dokąd mnie prowadzi. Mam nadzieję, że przez posługę mojego kapłaństwa wielu odkryje przygodę boskiego powołania. Proszę się za nas modlić!

Opublikowane na stronie Opus Dei 10 grudnia 2018 roku

Newsletter
Aleteia codziennie w Twojej skrzynce e-mail