Aleteia.pl - pozytywna strona Internetu w Twojej skrzynce e-mail

Nie możesz nas wesprzeć finansowo?

Możesz to zrobić na 5 innych sposobów:

  1. Módl się za nasz zespół i powodzenie naszej misji
  2. Opowiedz o Aletei w swojej parafii
  3. Udostępniaj nasze treści rodzinie i przyjaciołom
  4. Wyłącz AdBlocka, kiedy do nas zaglądasz
  5. Zapisz się do naszego newslettera i czytaj go codziennie

Dziękujemy!
Zespół Aletei

 

Katolicki portal bez polityki. Wesprzyj nas!

Aleteia

Nie istnieją „wychowawcze klapsy”

KLAPSY WYCHOWAWCZE
Shutterstock
Udostępnij

Moja mama była kiedyś świadkiem pewnej sceny na placu targowym. Ojciec „zdzielił przez łeb” kilkuletnie dziecko, a gdy zaczęło płakać, zażądał: „powiedz: dziękuję” – i dziecko przez łzy podziękowało. Przykład jest drastyczny, ale uwypukla coś istotnego: złudną wiarę, że istnieją takie rodzaje przemocy, które jednak są wychowawcze.

Klapsy to nie bicie?

Mimo ustawy, która w naszym kraju zakazała klapsów, ciągle żywe są trendy szukania furtek, które bicie dzieci usprawiedliwią. Spotkałam się z rozmaitymi argumentami. „Mam prawo robić z moimi dziećmi, co chcę”. „Chcę, by moi synowie wyrośli na prawdziwych mężczyzn”. I koronne: „klapsy to nie bicie”. I przyznam, że jest coś przerażającego w przekonaniu, że stosowanie siły fizycznej sprzyja rozwojowi.

Przez kilkanaście lat bycia mamą nauczyłam się, że dzieci naprawdę nie działają ze złymi intencjami. Zauważyłam natomiast, że za każdym dziwnym zachowaniem dziecka, niezależnie od wieku, leży jakaś niewyrażona potrzeba. Małe dziecko, któremu nikt nie poświęcił uwagi, w końcu zacznie biegać czy rzucać przedmiotami. I naprawdę dobrze, gdy rodzic umie zreflektować wtedy nie nad dzieckiem, które zachowuje się „źle”, ale nad sobą. „Widzę, że bardzo chciałeś się ze mną pobawić, a ja nie miałam czasu”. Na ogół nazwanie potrzeby już sprawia, że dziecko się uspakaja.

Nauczyłam się też, by nie stawiać dzieci w sytuacjach, które je przerosną. Na przykład nie zabierać malucha w grudniu do hipermarketu, gdzie od wejścia na stoiskach wyeksponowane są zabawki. Nawet dorosła osoba dostałaby emocjonalnej huśtawki w sklepie pełnym produktów ze swoich marzeń, a co dopiero dziecko, mające mgliste (lub żadne) pojęcie o wartości pieniądza.

 

„Moje dziecko”

Zaoszczędzenie dziecku rozczarowania jest na pewno łatwiejsze niż poradzenie sobie z jego płaczem i złością, które mają prawo się w takiej sytuacji pojawić. I jeśli się pojawiają, trzeba dać im wybrzmieć. „Chyba jest ci okropnie smutno”. „Widzę, że bardzo chciałbyś mieć takie auto. Przykro mi, że nie możemy go kupić”. Tylko przy spokojnym dorosłym dziecko może poradzić sobie z emocjami, z którymi samo nie umie nic zrobić. Nie jest to możliwe, gdy rodzic traci panowanie nad sobą.

Jest coś bezgranicznie uprzedmiatawiającego w stwierdzeniu, że „to moje dziecko i mogę z nim zrobić co chcę”. Podobnie trudno zrozumieć wiązanie „męskości” syna z koniecznym do tego doświadczeniem karzącej siły ojca.

Znacznie częściej spotykam mężczyzn złamanych przemocą swoich ojców albo ich wiecznym niezadowoleniem, noszących w sobie tęsknotę za ich miłością. Na pewno nie znam nikogo, kto miałby słaby charakter, bo tata dużo z nim rozmawiał, przytulał, przepraszał za to, że był niesprawiedliwy lub porywczy i umiał zachować opanowanie i powiedzieć „kocham cię”. Nie znam ludzi skrzywdzonych faktem, że „nie”, które słyszeli od swoich rodziców, nie było wyklaskiwane ręką ojca czy matki na ich siedzeniu, ale popierane sensownymi argumentami we wzajemnym szacunku.

Nie słyszałam także o nikim, kogo klapsy zachęciły do współpracy, zaangażowania i kreatywności. Raczej wymusiły odwalanie obowiązków lub wykonanie ich tylko ze strachu. Nie wspomnę o ludziach, którym „tylko” klaps, „tylko” szarpanie za ucho albo za włosy, lub też „tylko” wyzwiska odebrały na resztę życia głębokie poczucie własnej wartości, odwagę konfrontowania się z innymi w obronie własnego zdania czy też poczucie własnych granic.

 

Szacunek i współpraca

Czytałam niedawno napisany kilkanaście lat temu krótki, pobożny instruktaż jak sprawiać dziecku „lanie”. Lanie było spięte w mniej więcej taką klamrę: „Najpierw się opanuj, żebyś nie był porywczy, powiedz dziecku, że je kochasz. Daj potem klapsy. Następnie znowu zapewnij dziecko o swojej miłości do niego”. Nie wiem, co innego ta metodologia może sprawić, poza utrwaleniem na zawsze skojarzenia miłości z prawem do przemocy i poniżania. I pozwalaniem w dorosłym życiu, by inni na nas powielali ten wzorzec.

Uporanie się z przemocowymi metodami wychowawczymi wymaga odwagi wglądu w siebie, dotarcia do ich źródeł i poszukania nowych dróg budowania z dzieckiem relacji, w której możliwy jest wzajemny szacunek i współpraca. A jest ich wiele.

Newsletter
Aleteia codziennie w Twojej skrzynce e-mail