Aleteia.pl - pozytywna strona Internetu w Twojej skrzynce e-mail

Nie możesz nas wesprzeć finansowo?

Możesz to zrobić na 5 innych sposobów:

  1. Módl się za nasz zespół i powodzenie naszej misji
  2. Opowiedz o Aletei w swojej parafii
  3. Udostępniaj nasze treści rodzinie i przyjaciołom
  4. Wyłącz AdBlocka, kiedy do nas zaglądasz
  5. Zapisz się do naszego newslettera i czytaj go codziennie

Dziękujemy!
Zespół Aletei

 

Katolicki portal bez polityki. Wesprzyj nas!

Aleteia

Biskup przeszedł przez zagrożone zamachami ulice, by być z tymi, którzy go potrzebują…

MASS CONGO
Udostępnij

Arcybiskup Bangi przyjechał na miejsce zaledwie kilka dni po zamachu. W towarzystwie kilku misjonarzy. W tym także polskiego. To właśnie z jego podania znamy przebieg całej tej historii. Być może gdyby nie jego świadectwo, ta historia nigdy by do nas nie dotarła.

Gdy piszę ten tekst, mogę napić się herbaty. Siedząc spokojnie w fotelu, nie boję się, że zaraz ktoś mnie zabije. Gdy ty go czytasz, jesteś prawdopodobnie w jakimś równie wygodnym i bezpiecznym miejscu. Może przejeżdżasz palcem po swoim smartfonie, siedząc w tramwaju. A może zwyczajnie surfujesz po sieci, leżąc już wygodnie w łóżku. Umówmy się, i ty, i ja mamy szczęście. Tamci ludzie, o których chcę teraz napisać, nie mają go tyle co my nawet w najmniejszym procencie.

 

Krwawy zamach

Republika Środkowoafrykańska. I największe miasto tego kraju Bangi. Położone w południowej części. Nad samym brzegiem rzeki Uba, za którym rozciąga się już Republika Kongo. To tutaj 1 maja 2018 roku podczas mszy celebrowanej w kościele pod wezwaniem Matki Bożej Fatimskiej do świątyni dostali się przestępcy. Oprawcy weszli z karabinami i zaczęli strzelać do modlących się w kościele ludzi. Wrzucali granaty. Zabili w ten sposób 22 ludzi. 150 osób zostało rannych. Ofiar prawdopodobnie byłoby jeszcze więcej, gdyby nie wyłom w okalającym kościół murze, przez który wierni mogli uciekać.

Zamachowcy uderzyli w momencie, gdy w świątyni było najwięcej ludzi. Do kościoła Matki Bożej Fatimskiej przybyli, aby przystąpić do stowarzyszenia św. Józefa. Wśród zabitych był także ksiądz Albert Toungoumale Baba, odpowiedzialny za zawiązywanie się tej wspólnoty.

Od tego dnia w okolicy kościoła zapanował nieopisany strach. Niedowierzanie, płacz. Lament. Świątynia pilnowana była przez żołnierzy. W obawie przed kolejnymi zamachami na teren parafii nie mogły wjeżdżać żadne obce samochody. Żołnierze nie czynili wyjątków wobec nikogo. I wtedy do kościoła mającego na świeżo w pamięci męczeńską śmierć wiernych zdecydował się wybrać on.

 

Spacer po minach

Dieudonné Nzapalaing. Arcybiskup Bangi. Przyjechał na miejsce zaledwie kilka dni po zamachu. W towarzystwie kilku misjonarzy. W tym także polskiego. To właśnie z jego podania znamy przebieg całej tej historii. Być może gdyby nie jego świadectwo, ta historia nigdy by do nas nie dotarła.

Przyjechali na ziemię skropioną męczeńską krwią, która jeszcze na dobre nie zaschła, w momencie, gdy władze nadal utrzymywały podwyższony alarm, chcąc chronić zwłaszcza zgromadzoną wokół świątyni katolicką społeczność, żyjącą w strachu, w żałobie. Nie potrafiącą się pozbierać.

Gdy żołnierze zakazali wjazdu biskupiemu samochodowi, ten nie myśląc długo, wysiadł z auta i kilkaset metrów dzielących go do świątyni postanowił przejść na piechotę. Przez zagrożone zamachami ulice. Dlaczego? To bardzo proste. Bo chciał być ze swymi owcami.

„To było niesamowite – wspomina dziś polski misjonarz. – Ten człowiek dał mi nie lada świadectwo. Przyszedł do tych ludzi kosztem poczucia bezpieczeństwa i wygody. Bo wiedział, że akurat teraz potrzebują go najbardziej”.

 

Jeden gest

Arcybiskup Bangi apelował, aby nie odpowiadać przemocą na przemoc. I aby nadal świadczyć w swym życiu, że przecież „Bóg nienawidzi zła. Bo Bóg jest Bogiem dobra i miłości”. Nie wiem i pewnie nigdy się nie dowiem, na ile te słowa trafiły do pogrążonych w rozpaczy i szoku wiernych, którym udało się uciec z ostrzeliwanego kościoła. Mam jednak prawo podejrzewać coś innego. Że tym ludziom wystarczył już sam ten gest. Decyzja wymagająca niezwykłej odwagi samego arcybiskupa. Postawa ich pasterza musiała dodać wiary i otuchy także im. Bo przecież skoro on się nie boi, to oni też mogą spróbować. I żyć dalej. Głosząc miłość.

Jeden prosty gest. Wymagający odwagi i wyjścia poza komfortowy kordon bezpieczeństwa. A przynoszący tyle owoców. Dla ciebie i dla mnie, siedzących w bezpiecznym miejscu, pewnie trudny do pojęcia. Trudny do zrozumienia, do podziwiania. Tym bardziej jednak heroiczny. I godny naśladowania. Iście męski. Bo bezkompromisowy.

Czytaj także: Żono, czy pozwalasz mężowi na jego pasje?

Czytaj także: Wykuwanie męskości? Oto sposoby człowieka, któremu naprawdę się udało!

Czytaj także: Męstwo prosto z nieba. Słuchałem tego jak zaczarowany!

Newsletter
Aleteia codziennie w Twojej skrzynce e-mail