Aleteia.pl - pozytywna strona Internetu w Twojej skrzynce e-mail

Nie możesz nas wesprzeć finansowo?

Możesz to zrobić na 5 innych sposobów:

  1. Módl się za nasz zespół i powodzenie naszej misji
  2. Opowiedz o Aletei w swojej parafii
  3. Udostępniaj nasze treści rodzinie i przyjaciołom
  4. Wyłącz AdBlocka, kiedy do nas zaglądasz
  5. Zapisz się do naszego newslettera i czytaj go codziennie

Dziękujemy!
Zespół Aletei

 

Katolicki portal bez polityki. Wesprzyj nas!

Aleteia

Nie taka straszna, jak ją malują – szkoła publiczna

SZKOŁA PUBLICZNA
Shutterstock
Udostępnij

Nie powiem, że nie miałam obaw, że nadal ich nie mam. Nadal również pozostaję fanką alternatywnych form edukacji. Dziś jednak uczciwie chcę przyznać – szkoła publiczna pozytywnie mnie zaskoczyła.

To nie było wieki temu, gdy rozpoczęłam swoją edukacje w szkole podstawowej, choć od tego momentu minęło już dwadzieścia parę lat. Na każdym etapie edukacji miałam podobne przemyślenia i frustracje. Na przykład, że jako dobra uczennica przez większość czasu się nudzę. Poczucie, że tak wiele czasu tracę bezsensownie. Albo zdziwienie, że już dwa miesiące po dobrze napisanym sprawdzianie, niewiele z tego działu pamiętam.

Jako mama dziecka w wieku szkolnym z dużym zainteresowaniem i uwagą przyglądam się systemowi edukacji aktualnie. Czy coś się od tego czasu zmieniło, zaktualizowało? Rozmawiam z innymi rodzicami, zarówno dzieci starszych, jak i młodszych, i wielu z nas dochodzi do takich samych wniosków. Jak to możliwe, że z aktualną wiedzą o rozwoju psychoruchowym, o systemie motywacji wewnętrznej i zewnętrznej, funkcjonowaniu mózgu i jego sposobie uczenia, słowem o tym wszystkim jak najłatwiej, najszybciej i najefektywniej uczyć dzieci – szkoła wciąż stosuje schemat, który jest najmniej skuteczny?

W zeszłym roku podzieliłam się moim subiektywnym rankingiem edukacji domowej. Pierwszy semestr w szkole za nami, nadszedł więc czas na subiektywny bilans edukacji publicznej. Myślałam, że to będzie wybór ostatniej szansy, a jednak nasza sytuacja życiowa sprawiła, że wybór szkoły rejonowej wydawał się najbardziej optymalny.

Nie powiem, że nie miałam obaw, że nadal ich nie mam. Nadal również pozostaję fanką alternatywnych form edukacji. Dziś jednak uczciwie chcę przyznać – szkoła publiczna pozytywnie mnie zaskoczyła. Mimo swej przestarzałej formy, widzę pewne zmiany. Dwie składowe, które sprawiają, że mimo wszystko może się udać.

 

Składnik pierwszy – rodzice

Od czasów mojej podstawówki zmieniła się rola rodzica. Dyrektor i nauczyciel nie jest bezwzględnym autorytetem. To ma swoje dobre i złe strony, ale mimo wszystko oceniam na plus. Bardzo cenię to, że inicjatywy oddolne, sugestie, po prostu że głos rodzica się liczy. A dzięki temu, mimo nieudolnego systemu narzuconego odgórnie, mamy wpływ na kształt edukacji. Powoli, ociężale, ale machina ma szansę na zmianę torów.

Przykład? Na zebraniu zwróciliśmy uwagę na nadmierną ilość pracy domowej – została odczuwalnie dla nas zredukowana. Nie chodzi jednak tylko o wpływ. Największa zmiana to zmiana mentalności rodziców. Korzystamy z systemu publicznej edukacji, ale nie jesteśmy jej niewolnikami. Byłam jednym z tych dzieci, którym nauka przychodziła łatwo, ale wiązała się ze stresem. Zależało mi na dobrych ocenach, a swoją pierwsza czwórkę na egzaminie z fortepianu pamiętam do dziś, bo przywitałam ją szczerymi łzami poczucia porażki. Gdy moja córka dostała pierwszą 4, też była oburzona.

My jednak nieustannie podkreślamy jej, że ocena to informacja o tym, co trzeba dopracować, a co jest opanowane. Nie liczy się cyfra, a to co zostaje w głowie. Gdy miała gorszy dzień, narzekała że nie ma siły odrobić pracy domowej – miała moje poparcie, by jej nie robić. Będą tego konsekwencje, które poniesiesz, ale jeśli tego potrzebujesz, nie rób tej pracy i odpocznij. Kilka razy nie poszła do szkoły, gdy mąż miał wolne, a ona bardzo chciała spędzić dzień z tatusiem. Padł na mnie blady strach, gdy opowiadała, jak wychowawczyni spytała, czemu jej nie było. Odpowiedziała zgodnie z prawdą, że spędziła ten dzień z tatą w domu. „A co na to pani nauczycielka?” – zapytałam w napięciu.

 

Składnik drugi – nauczyciele

Pani na to, że to bardzo dobrze, bo czas spędzony z rodziną jest bardzo ważny. Zyskała tym samym bardzo wiele w moich oczach – ogromny szacunek. Nauczyciel, który nie trzyma się kurczowo regulaminu, a okazuje serce, to bardzo mądry nauczyciel. To nie było pierwsze miłe zaskoczenie. Byłam pod wrażeniem, gdy córka opowiadała po powrocie do domu o rozmowach toczonych z wychowawcą. O emocjach, o możliwych rozwiązaniach konfliktu, o tym co to znaczy mieć szczęśliwy dom.

Na marginesie dodam, że podziwiam również upór w uświadamianiu rodziców na wywiadówkach w temacie zdrowego odżywiania i szkód wyrządzanych przez cukier w śniadaniówkach ich dzieci. Trafiliśmy na nauczyciela z doświadczeniem, ale i otwartością. Sprawiedliwego, ale z dużym zapasem wyrozumiałości.

Chciałabym wyrazić swój szczery podziw dla takich nauczycieli. Znoszących różne pomysły rodziców, dzieci, dyrektorów, szukających wspólnych rozwiązań. Tych, którym się jeszcze chce. Tych, którzy wciąż mają otwarte serca na nasze największe skarby. Którzy ich nie niszczą, a budują. Naprawdę mają wpływ i korzystają z niego najlepiej, jak potrafią. Chylę czoła.

Udało się nam więc, póki co, trafić szóstkę w lotka. Wiele jeszcze przed nami. Team świadomy rodzic, mądry nauczyciel, szczególnie na tym etapie, kruchego pierwszaka, może jednak zbudować solidny kręgosłup na dalszą drogę. Wtedy bez względu czy publicznie, prywatnie czy domowo – edukacja jest sukcesem i przygodą. Wspólnie łączymy siły, by wychować inteligentne, ale przede wszystkim szczęśliwe dziecko.

Czytaj także: Debora Broda: Edukacja domowa jest przygodą

Czytaj także: Edukacja domowa to opcja dla bogatych? Obalamy mity

Czytaj także: Najlepsza Szkoła na świecie znajduje się… pod Warszawą!

Newsletter
Aleteia codziennie w Twojej skrzynce e-mail