Aleteia.pl - pozytywna strona Internetu w Twojej skrzynce e-mail

Nie możesz nas wesprzeć finansowo?

Możesz to zrobić na 5 innych sposobów:

  1. Módl się za nasz zespół i powodzenie naszej misji
  2. Opowiedz o Aletei w swojej parafii
  3. Udostępniaj nasze treści rodzinie i przyjaciołom
  4. Wyłącz AdBlocka, kiedy do nas zaglądasz
  5. Zapisz się do naszego newslettera i czytaj go codziennie

Dziękujemy!
Zespół Aletei

 

Katolicki portal bez polityki. Wesprzyj nas!

Aleteia

Bł. Anicet, czyli św. Franciszek Warszawy. Skatowany w Auschwitz, prawdziwy siłacz wśród zakonników

ANICET KOPLIŃSKI
Udostępnij

Aresztowano go w trzecim roku trwania wojny. "Dziś wstydzę się, że jestem Niemcem" – wypalił do przesłuchującego go żołnierza. Do końca życia chciał być Polakiem. Wyhaftowany na obozowym ubraniu numer 20376 miał dopisaną obok literkę „P”.

– Był tak silny, że podnosił dziecko siedzące na krześle… – rozmarzył się ojciec Piotr, wspominając patrona domu, który jego współbracia prowadzą w Warszawie dla ubogich, głodnych i bezdomnych.
– To rzeczywiście musiał mieć parę w rękach – podsumowałem.
– Rzecz w tym, Stefan… – kontynuował swoją historię kapucyn. – Rzecz w tym, że gdy dziecko siedziało na krześle, Anicet podchodził i chwytał za dwie pierwsze nogi krzesła. I tak podnosił wszystko razem.

 

Zapomniany męczennik

Historia tego zupełnie zapomnianego w Polsce męczennika przyszła do mnie niejako sama. Jak zresztą ma to miejsce w większości przypadków materiałów mających traktować o męstwie. Mówiących o nim. Inspirujących katolika do obrania jeszcze bardziej męskiej postawy.

Zwykle przyjdzie jakiś list, znajomy opisze historię, stanę się świadkiem niezwykle prostej sytuacji na ulicy, która – gdy się nad nią głębiej zastanowić – de facto wcale taka prosta nie jest. Z postacią bł. Aniceta jest podobnie. Przyszedł do mnie wraz z kapucynami. Gdy zapoznałem kilku niezwykłych ojców z warszawskiego klasztoru. Oddających wszystko, co najlepsze tym, którzy najbardziej tego potrzebują.

Gdy szukałem źródła całej tej mocy, jaką mają w sobie, usłyszałem o nim. I się zaczęło.

 

Z Niemiec do Polski

Ponoć przy całej swojej nieludzkiej sile, wcale nie był zanadto wysoki. Warszawiacy prędzej poznawali go po charakterystycznej długiej i siwej brodzie. Obetną ją mu dopiero Niemcy w hitlerowskim obozie Auschwitz.

Zanim tam jednak trafi, będzie go znała cała międzywojenna Warszawa. Sławę o nim powtarzali ci, którzy doznali objawów jego świętości. Zatem wszyscy bezdomni, ubodzy, głodni, chorzy, bezrobotni. To im pomagał.

Pochodził z Niemiec. Rodzice nadali mu imię Adalbert. Adalbert Koplin Jako dziecko wychowywał się na terenie dzisiejszego Pomorza. Wtedy pozostającego w rękach niemieckich. Gdy wstąpił do klasztoru kapucynów, pracował w klasztorach Westfalii i Nadrenii. Już wtedy po raz pierwszy zetknął się językiem polskim. Pragnął objąć duszpasterską opieką polskich emigrantów zarobkowych zatrudnionych w kopalniach w okolicach Münster.

Dla nich nauczył się języka. Gdy wybuchnie wojna, stanie się kapelanem więźniów i jeńców wojennych, także w większości Polaków. Przełożeni widząc, jaką estymą darzy nasz naród, wysłali go do Warszawy, aby tutaj szlifował poznany język.

Gdy 2 marca 1918 roku Anicet przybył do stolicy naszej ojczyzny, momentalnie wsiąkł w środowisko. I z każdym dniem pogrążał się w nim coraz bardziej. Prawdopodobnie już wiedział, że nigdy nie będzie chciał stąd wyjeżdżać. Odnalazł swoje miejsce na ziemi. Do tego tak utożsamił się z polską kulturą, że uznał za stosowne zmienić swoje nazwisko, dodając do niego polską końcówkę. Od tej pory Warszawa będzie go kojarzyła jako ojca Koplińskiego.

 

„Jałmużnik Warszawy”

Kochał ludzi biednych. To dla nich każdego dnia wychodził kwestować. Gdy już zaspokoił ich głód cielesny, starał się także o ten duchowy. Pomagał w nauce, szukał pracy. Wreszcie odprawiał dla nich msze święte.

Świadkowie twierdzili, że w ich trakcie stawał się kimś innym. Kimś nie z tego świata. Anicet odprawiał msze święte z nieprawdopodobną powagą i pobożnością. Dbając o każdy szczegół. Z namaszczeniem podnosząc do góry Ciało Boga.

Następnie z tym Ciałem Boga w sercu wychodził na ulice. Ponownie kwestować. Odznaczał się przy tym trudną do wyobrażenia pokorą. Nie zwracał uwagi na ironiczne zaczepki. Nic sobie z nich nie robiąc, podchodził do szydzących z niego i z wyciągniętą piuską prosił o wsparcie dla „swoich biednych”. Z czasem i ci przestawali się śmiać. A coraz większa część z nich decydowała się wsypać coś do zmechaconej piuski zakonnika.

Nie trzeba było długo czekać, aż Aniceta zaczęto na ulicach nazywać „św. Franciszkiem Warszawy” czy też „warszawskim jałmużnikiem”. Zostało tak po dziś dzień.

 

„Wstydzę się, że jestem Niemcem”

Na podwarszawskim osiedlu Annopol, gdzie to ówczesna władza ulokowała osiedle dla bezrobotnych i bezdomnych, Anicet zdecydował się zorganizować wraz ze współbraćmi kuchnię. Wydawała setki posiłków dziennie.

„Karmił biednych lepiej niż my dziś…” – zachwyca się z lekką dozą wstydu na twarzy ojciec Piotr.

Aresztowano go w trzecim roku trwania wojny. Gestapowcy weszli do warszawskiego klasztoru kapucynów w nocy z 26 na 27 czerwca 1941 r. Wpierw wraz ze współbraćmi siedział aresztowany na Pawiaku. Niemcy szybko zorientowali się, że mają do czynienia z rodakiem. Zaproponowali mu więc zwolnienie. Nie skorzystał z oferty.

Do rangi symbolu urosła jego przesławna rozmowa z przesłuchującym go żołnierzem. W pewnej chwili Anicet wypalił do niego z bezradnością w głosie:

Dziś wstydzę się, że jestem Niemcem.

 

Męstwo do potęgi

Po dwóch miesiącach został przewieziony do obozu koncentracyjnego Auschwitz. Gdy ze względu na poważny już wiek (miał w tym czasie już 66 lat) nie potrafił zeskoczyć z wagonu pociągu, Niemcy dotkliwie go pobili. Kiedy nie mógł dotrzymać kroku innym współwięźniom, otrzymał dodatkowo jeszcze kilka ciosów w głowę. Skatowanego zakonnika pogryzł finalnie jeszcze esesmański pies.

Jako „nieproduktywny” został umieszczony w bloku nr 11. Było to równoznaczne ze skazaniem na śmierć. Tak też się stało. Do dziś nie wiemy, w jaki sposób zginął. Wiemy za to coś znacznie bardziej istotnego. Że do końca życia chciał być Polakiem. Wyhaftowany na obozowym ubraniu numer 20376 miał dopisaną obok literkę „P”. Oznaczającą Polskę.

Beatyfikowany 13 czerwca 1999 r. przez papieża Jana Pawła II stał się zarazem wzorcem kogoś, kto pomaga najzupełniej bezinteresownie. Kto dysponując niesamowitą siłą i tężyzną fizyczną, potrafił wykorzystać ten talent dla pomocy drugiemu. Kto potrafił wyrzekać się wygód, aby tę wygodę sprezentować innym.

Teraz wiecie, dlaczego po usłyszeniu takiej historii nie mogłem o nim tu nie napisać?

Newsletter
Aleteia codziennie w Twojej skrzynce e-mail