Aleteia.pl - pozytywna strona Internetu w Twojej skrzynce e-mail

Nie możesz nas wesprzeć finansowo?

Możesz to zrobić na 5 innych sposobów:

  1. Módl się za nasz zespół i powodzenie naszej misji
  2. Opowiedz o Aletei w swojej parafii
  3. Udostępniaj nasze treści rodzinie i przyjaciołom
  4. Wyłącz AdBlocka, kiedy do nas zaglądasz
  5. Zapisz się do naszego newslettera i czytaj go codziennie

Dziękujemy!
Zespół Aletei

 

Aleteia

Potrzebujemy samodyscypliny czy może czegoś innego?

DYSCYPLINA
Goh Rhy Yan/Unsplash | CC0
Udostępnij

Wierzę, że moc znajdujemy też wtedy, gdy odkrywamy cel i sens naszego życia, prawdziwą tęsknotę własnego serca.

Na warsztatach dla kobiet, które poświęciłyśmy tematowi planowania, padło wiele głosów o potrzebie samodyscypliny. Pomyślałam o nas, mamach, o naszych mężach i naszym zwariowanym życiu. Ogarnęłam wzrokiem zmęczone twarze uczestniczek spotkania. Przypomniałam sobie moich utrudzonych znajomych, którzy nie założyli jeszcze rodzin, a którym także brakuje wiatru w żaglach. I powstało we mnie wielkie pytanie, czy rzeczywiście potrzebujemy samodyscypliny czy czegoś zupełnie innego?

 

Samodyscyplina czy odpuszczanie?

Jeśli spodziewacie się tekstu na temat „odpuszczania sobie”, to nie do końca w tę stronę chcę iść, choć jest mi ta filozofia bardzo bliska. Wiele osób jednak kojarzy ten stan z życiem w totalnym chaosie i brakiem rozwoju. Z bezwiednym poddaniem się impulsom chwili, jedzeniem wiaderka lodów przy piątym odcinku ulubionego serialu o czwartej w nocy czy przespaniem życia w nieustannym użalaniu się nad sobą.

Oczywiście, że nie. Opisane sytuacje (o ile nie są tymczasowymi mechanizmami obronnymi na przetrwanie poważnego kryzysu, ale pomysłem na codzienność) – to przemoc na sobie samym i własnych fundamentalnych potrzebach: sensu, realizacji swojego ludzkiego potencjału, przynależności czy więzi. Taki rodzaj „odpuszczania sobie” dostarcza tymczasowego znieczulenia od problemów, rozbija nas i sprawia, że funkcjonujemy coraz gorzej. Jest ślepą ulicą, podobnie jak perfekcjonizm i aktywizm, które z kolei czynią bożka z idei wymagania od siebie.

Zastanowiło mnie jednak, czy antidotum na sytuacje, gdy czujemy się pogubieni, niezdecydowani i nie podejmujemy działania, które by nam ewidentnie sprzyjało – to właśnie samodyscyplina? Czy gdy z trudem szukamy w sobie sił, to lekarstwem na taki stan umysłu może naprawdę być zwiększenie wymagań wobec siebie? Gdyby przyszedł do ciebie przyjaciel i zwierzył się z tego, że nie umie się zorganizować, zrobić porządków czy zrzucić wagi, skończyć zaczętej pracy albo zadbać o relacje z najbliższymi – i ty powiedział(a)byś mu: „Chłopie, weź się w garść i w końcu narzuć sobie samodyscyplinę” – czy odszedłby gotowy coś w swoim życiu zmienić?

 

Wewnętrzna moc

Myślę, że bardziej niż samodyscypliny potrzebujemy wewnętrznej mocy. Tą zyskujemy na różne sposoby, którym chciałabym poświęcić trochę uwagi w Wielkim Poście. Wierzę, że wewnętrzna moc rodzi się w nas na przykład wtedy, gdy poznajemy samych siebie, nasze najgłębsze potrzeby i wartości. Gdy poznajemy je życzliwie i w trosce także o kruche i połamane części nas. Wierzę, że moc znajdujemy też wtedy, gdy odkrywamy cel i sens naszego życia, prawdziwą tęsknotę własnego serca. Nie jestem w stanie odnajdować w sobie mocy, jeśli nie znam mojego „chcę”. Kim jestem? Czego potrzebuję doświadczyć? Jak pragnę przeżyć moje życie, kim być dla moich bliskich? Kto może mi w tym procesie przyjaźnie towarzyszyć?

Brené Brown, badaczka wstydu i wrażliwości, sformułowała własną definicję „mocy”. Według niej pozwala ją odzyskiwać modlitwa (i namysł nad tym, co się w moim życiu dzieje), określenie celów i czyn (działanie). Jeśli czujesz, że zajmuje cię coś jałowego, co kradnie ci energię i czas, możesz poświęcić chwilę na modlitwę, przypomnieć sobie, dokąd zmierzasz albo co sobie obiecałeś i podjąć działanie bardziej spójne z tym, co da ci poczucie sensu i spełni ważne potrzeby. Jednakże bez katowania siebie i traktowania siebie z pogardą.

Myślę, że modlitwa jest tu tak ważna dlatego, że pozwala przeżyć coś zupełnie fundamentalnego: jestem kimś kochanym, wartościowym, szanowanym przez Boga. Pomaga mi spotkać się z sobą samą i jednocześnie z Nim. Z sobą samą – nie w porównywaniu siebie do innych, lepszych, silniejszych i bardziej świętych, ale w promieniach Jego bezgranicznego przyjęcia. Z Nim – który pragnie mi pomagać i jednocześnie uczy mnie kochać siebie i niedoskonałą, i pragnącą przemiany.

Nie wiem, czy samodyscyplina może zostawić w człowieku wrażliwe i kochające serce, miłosierne dla innych, ale jestem przekonana, że obecność Tego, który wierzy we mnie i gotów jest mnie wspierać, może napełniać każdy dzień nadzieją i sensem. W kolejnym tekście chciałabym się spotkać z wami w dalszych poszukiwaniach mocy.

Przygotowałam w tym roku kalendarz na Wielki Post, który pomaga uświadamiać sobie, jak kocha mnie Bóg. Można go pobrać tutaj.