Aleteia

„Najpierw ślubowałem ojczyźnie, później tobie”. Jak wygląda życie żony żołnierza? [wywiad]

SYLWIA WINNIK
Piotr Molecki/EAST NEWS
Udostępnij

„U mnie kobiety wychodzą przed szereg. Chcę pokazać, że choć w Iraku, Afganistanie toczy się wojna, to ich «walka» tu jest równie niebezpieczna” – mówi Sylwia Winnik, autorka książki „Tylko przeżyć. Prawdziwe historie rodzin polskich żołnierzy”.

Oni jadą na wojnę, a to one mają PTSD. Oni tam muszą „tylko przeżyć”, a one tu toczą prawdziwą walkę. Samotny bój. O żonach polskich żołnierzy, ich problemach i emocjach opowiada Sylwia Winnik, autorka książki „Tylko przeżyć. Prawdziwe historie rodzin polskich żołnierzy”.

 

Marta Brzezińska-Waleszczyk: Co najbardziej boli żony żołnierzy?

Sylwia Winnik: Samotność, rozłąka. Mąż, ojciec ich dzieci, a jednocześnie żołnierz zobowiązany jest złożoną przysięgą, podjętymi decyzjami. Ciągły strach, że zaraz do drzwi zapuka dowódca albo kapelan i przekaże informację, że mąż nie żyje albo po wypadku leży w ciężkim stanie w szpitalu. Te kobiety codziennie toczą wojnę. Niby mają normalne życie, dzieci, szkoła, dom, zakupy, choroby, ale przecież nie po to wchodzimy w małżeństwo, żeby później wszystkie te sprawy załatwiać w pojedynkę. A żony żołnierzy często zostają ze wszystkim same.

 

„Żona, dzieci to jedna rodzina, ale jest też druga – żołnierska”

Żołnierze tłumaczą prosto – ich żony wiedziały, na co się decydują. Nawet jeśli świadomie wchodziły w związek z wojskowym, to przecież… okoliczności się zmieniają, pojawiają się dzieci. Ale zatrzymajmy się przy tym argumencie na chwilę – dlaczego kobiety świadomie wiążą się z kimś, kto może zginąć na wojnie?

Pewnie nie do końca zdają sobie sprawę, jak to wygląda. Są różne sytuacje. Dariusz najpierw został żołnierzem, potem ożenił się z Marzeną. Była więc świadoma tego, co znaczy, kiedy on mówi: najpierw ślubowałem ojczyźnie, później tobie. Mimo to konsekwencja misji ją zaskoczyła. Inny rozmówca podkreślał: mogła wybrać piekarza, nie żołnierza. Nie każda kobieta może być żoną wojskowego, chyba trzeba do tego pewnych predyspozycji. I niektóre kobiety je mają, więc decydują się na takie związki. Moje rozmówczynie miały świadomość, że mąż może wyjechać na misje, ale często nie wierzyły, że do tego dojdzie. Później zderzyły się z trudną rzeczywistością.

Niektóre z żon wojskowych z żalem wyznają, że czują się jak samotne matki. Jest im przykro, że w najważniejszych momentach w życiu – jak np. przy porodach – były same, bo mąż był na poligonie.

Moje rozmówczynie też to przyznają. Marzena wyznała, że małżeństwo nauczyło ją samotności i tęsknoty. Ale też wielkiej miłości, bo bez niej nie przetrwaliby z mężem dwudziestu paru lat. Trzeba pamiętać, że życie z wojskowym usłane jest rozłąkami, bo to nie tylko wyjazd na misje, ale wcześniejsze przygotowania, szkolenia, poligony. W miłości najważniejsze jest szukanie wzajemnego zrozumienia – Marzena nie blokowała męża. Mówiła, że nie może zabronić mu wyjazdu, bo to nie byłaby miłość. Żołnierze z kolei mówią, że żona, dzieci to jedna rodzina, ale mają też drugą – żołnierską. Ich braterska przyjaźń to też silna relacja.

Z pewnością, ale czasem trzeba dokonać wyboru. Pani bohaterki brały pod uwagę postawienie ultimatum?

Nie wszystkie. Marzena, o której wspominałam, mówiła, że nie podziela decyzji męża, nie godzi się z nimi, ale nie mówi „nie”, bo szanuje jego wybory. Rozumie pragnienia męża, a jednocześnie walczy o siebie, realizuje pasje. Inna rozmówczyni postawiła ultimatum i do końca wierzyła, że mąż nie pojedzie do Afganistanu. Także dzieci, widząc niezgodę mamy na sytuację, mówiły: tato, nie jedź.

 

„Czy mąż wróci z wojny? Czy zostanę młodą wdową?”

Oni na wojnie, a często to one mają PTSD. O tym, jak cierpią kobiety żołnierzy, reporterów wojennych wciąż niewiele się mówi – chciała pani zwrócić uwagę na ten problem?

U mnie kobiety wychodzą przed szereg. Chcę pokazać, że choć w Iraku, Afganistanie toczy się wojna, to ich „walka” tu jest równie niebezpieczna. Niby rodziny mają tu normalne życie, ale pojawiają się problemy, samotność, depresja, choroby – i one są z tym same. Żyją w stresie, czy wróci, czy zostanę wdową? Ich życie to wojna. Jeden z rozmówców przyznał, że żona jest dla niego życiowym komandosem, bohaterką.

Żołnierze wracają do domu i… paradoksalnie, jest trudniej. Dlaczego?

Niektórym kobietom ciężko było przyzwyczaić się do nowej sytuacji, miały całe życie poukładane, wszystko ogarnęły same, zmuszone sytuacją, a po powrocie mąż „rozwalał” system. Choć może wydać się to zaskakujące, bo przecież taka rozłąka wiąże się z tęsknotą i bólem. Z drugiej strony – syn jednego z żołnierzy mówił, że przy pierwszej misji współczuł tacie, przy drugiej był sfrustrowany jego nieobecnością, ale przy trzeciej z wściekłością wyznał, że wolałby, żeby tata zginął, bo jego wyjazdy to tylko stres i problemy. Każda kobieta przeżywa rozłąki i powroty inaczej, ale wszystkie łączy zmaganie z samotnością, strachem. Gdzie w tym wszystkim jestem ja, jako kobieta, żona i matka?

 

Czy wyjazd na wojnę to ucieczka… od rodziny, problemów, codzienności?

Co jest najtrudniejszego dla żołnierzy? Przeżyć na wojnie? Nie myśleć o bliskich? Nie mieć wyrzutów sumienia, że się ich zostawiło, że nie widzi się, jak dzieci rosną? A może nie mają takich dylematów?

Miewają wyrzuty sumienia, zadają sobie pytania, czy było warto, ale tam, na miejscu w ogóle o tym nie myślą. Wszyscy zgodnie przyznają, że na misji, gdzie jest niebezpiecznie, wciąż trzeba się pilnować, skupiają się wyłącznie na pracy – wtedy szybciej mija czas, a myślenie o rodzinie rozprasza. Roztkliwianie się mogłoby doprowadzić do większych tragedii. Myślą o bliskich wyłącznie podczas rozmów z nimi, przez kilka minut, później jest wyłącznie praca. Potrafią się wyłączyć. Na początku, kiedy to słyszałam, buntowałam się. Z czasem dotarło do mnie, że to nie praca jak każda inna, ale kwestia charakteru, osobowości. Bycie żołnierzem to ogromna odpowiedzialność. Nie każdy z nas może być lekarzem, strażakiem, policjantem, żołnierzem czy żoną żołnierza.

Pojawia się motyw uciekania od rodziny, codziennych problemów? Jeden z bohaterów mówi, że na wojnie jest łatwiej, tam musiał „tylko przeżyć”.

Motyw ucieczki pojawia się w historii Mariusza. Wyjechał na misję do Afganistanu z powodu zdrady żony. Uciekł, bo gdyby został w Polsce, zwariowałby. Sam przyznał, że paradoksalnie Afganistan uratował mu życie (choć miał tam poważny wypadek, jeździ na wózku). Misja – choć związana z ucieczką i niebezpieczeństwem – pozwoliła mu przeżyć. W pozostałych relacjach ucieczka nie była powodem wyjazdu. Choć fakt, że codzienność przytłacza – urzędy, rachunki, banki, sklepy. A tam trzeba „tylko przeżyć”.

 

Sylwia Winnik: Piszę o miłości, tęsknocie, samotności, cierpieniu, depresji…

W książce mówią też dzieci wojskowych. Co je najbardziej boli?

Czas bez ojca. Mają żal, że matka została sama, musiała być i ojcem, i matką. Nie są w stanie zrozumieć, jak można zostawić rodzinę i dziecko, by pomagać dzieciom w Afganistanie. Janusz tłumaczył 6-letniej córce, że tam dzieci nie mają szkoły, ubrań, zabawek, tego wszystkiego, co ona ma na wyciągnięcie ręki, jedzie więc, by tam pomóc. Ale dziecku trudno to zrozumieć. Patryk, syn wojskowego, stawia sprawę jasno: jeśli facet ma żonę, dzieci, to wyjazd na misję jest strzałem w kolano, rodzic nie powinien wyjeżdżać.

Skąd pomysł na rodziny wojskowych po „Dziewczętach z Auschwitz”? To dość odległy temat.

„Dziewczęta…” wynikały z mojego zainteresowania II wojną światową. Wpłynęła na to też historia mojej rodziny – prababcia trafiła do obozu, z kolei rodzinie ze strony dziadka udało się uciec w obozie przejściowym w Płaszowie. Zastanawiałam się, jak potoczyły się ich losy. Pisanie tej książki było więc szukaniem odpowiedzi także dla mnie. Teraz chciałam zwrócić uwagę na coś, o czym się nie mówi – o problemach żon, dzieci żołnierzy. Te rodziny toczą swoją wojnę, równie trudną. Chcę poruszać różne tematy istotne dla społeczeństwa. Zależało mi, by pokazać wojnę z innej niż męska perspektywy.

Czy to książka tylko dla tych, którzy w rodzinie mają wojskowych? Co chce pani przekazać cywilom? 

Fakt, rodziny wojskowych to wąska grupa, ale wbrew pozorom książka dotyczy każdego z nas. Są w niej opisane emocje, pewne schematy, które dotyczą wszystkich. Każdy z nas w różny sposób odczuwa emocje. Choć piszę o żołnierzach, to może to dotyczyć rodzin policjantów, strażaków, właściwie wszystkich rodzin, nawet tych pracujących w korporacjach. Piszę o miłości, tęsknocie, samotności, cierpieniu, depresji, które dotyczą wszystkich. O emocjach, a te są uniwersalne.