Aleteia.pl - pozytywna strona Internetu w Twojej skrzynce e-mail

Nie możesz nas wesprzeć finansowo?

Możesz to zrobić na 5 innych sposobów:

  1. Módl się za nasz zespół i powodzenie naszej misji
  2. Opowiedz o Aletei w swojej parafii
  3. Udostępniaj nasze treści rodzinie i przyjaciołom
  4. Wyłącz AdBlocka, kiedy do nas zaglądasz
  5. Zapisz się do naszego newslettera i czytaj go codziennie

Dziękujemy!
Zespół Aletei

 

Katolicki portal bez polityki. Wesprzyj nas!

Aleteia

„Bo u nas maszynka do męczenia nowicjuszek jest na prąd…” – s. Borkowska opowiada anegdoty

ANEGDOTY ZAKONNE
Jacek Domiński/REPORTER
Udostępnij

W książce zatytułowanej „A w naszym klasztorze…” siostra Małgorzata Borkowska OSB zebrała serię opowieści, często z przymrużeniem oka, dotyczących życia monastycznego. Oto kilka dykteryjek znanej benedyktynki.

Maszynka do męczenia nowicjuszek

Kiedy wstąpiłam do klasztoru, najtrudniej było z tym faktem pogodzić się mojej cioci Józefinie, siostrze przyrodniej mojej Mamy (czyli tak zwanej u nas Babci Józce). Babcia Józka była sentymentalnego, dziewiętnastowiecznego chowu i dwóch rzeczy w życiu bała się najbardziej: chorych umysłowo i zakonnic. Miała też spory zasób powieściopisarskich fantazji na temat życia klasztornego.

Odwiedziła mnie, kiedy byłam jeszcze postulantką, zajrzała mi głęboko w oczy i pyta:
– Anka, powiedz prawdę: bardzo cię tu męczą w tym nowicjacie?
Nie było sensu tłumaczyć cokolwiek, więc powiadam:
To zależy, Babciu, czy jest prąd, czy nie ma. Bo u nas maszynka do męczenia nowicjuszek jest na prąd.
Babcia tylko ręką trzepnęła i dała spokój dalszemu sprawdzaniu swoich wiadomości.

 

Jak rozwaliłam kratę u dominikanek

Pojechałam kiedyś do Krakowa i poszłam do dominikanek na Gródku, prosić o wgląd w ich archiwum. Okazało się, że nie jest skatalogowane, więc zaproponowałam, że je skataloguję w zamian za możność zrobienia notatek. Siostry zadzwoniły do prowincjała i z jego pozwoleniem wpuściły mnie do środka.

Więc siedziałam w archiwum, pracowałam pilnie, a po południu postanowiłam pójść razem z nimi na nieszpory.

Chór mają w kościele na emporze, a na balustradzie jest drewniana krata mniej więcej metrowej wysokości. Weszłam, uklękłam, i żeby się łatwiej podnieść, oparłam się tylko dwoma palcami o te kratę… i krata mi na łeb poleciała. Z tyłu pędzi jakaś nowicjuszka z wyciągniętymi rękami, ratować, nie wiem, kratę czy mój łeb; a za mną stoi przeorysza i tak się śmieje, że się ruszyć nie może.

Bo tuż przedtem zdążyłam jej opowiedzieć, jak to w klasztorze przemyskim rozwaliłam tapczan, a w Staniątkach pulpit mszalny…

 

Czy zakonnica może być taka duża?

Były jednak poza archiwalnymi także i inne podróże, na przykład w latach siedemdziesiątych bywałam w jednej osobie przewodniczką, tłumaczem i biurem podróży podczas wizyt ojca Jana Leclercq w Polsce. Kiedyś pojechaliśmy do Drohiczyna. Była niedziela i poszliśmy na miasto zwiedzać kościoły, których tam jest kilka; zajrzeliśmy do katedry i nawet do cerkwi. Ojciec zadawał różne pytania.

Wreszcie wracamy do klasztoru, a jednocześnie wraca z katechizacji s. Beata i śmieje się tak, że się ledwo na nogach trzyma. Okazuje się, że zaczepił ją kierownik poczty, bardzo zaniepokojony: – Siostro, jacyś dziwni ludzie chodzą po Drohiczynie! Jeden to stary ksiądz, a drugi to potężny mężczyzna przebrany za zakonnicę! Rozmawiają w jakimś obcym języku… Czego oni tu mogą chcieć?

– S. Beata wpadła na niego: – Jak to mężczyzna? Czy pan nie widział twarzy? Przecież to jest nasza siostra zakonna! – No rzeczywiście, twarz nie była męska… ale czy zakonnica może być taka duża?

 

Brewiarz pod latarnią…

W roku 1980 był wielki jubileusz benedyktyński i jedną z imprez był zjazd patrologiczny we Wrocławiu, na którym miałam referat. Miasta zupełnie nie znałam, a pociąg nie chciał się spóźnić i wyrzucił mnie o czwartej rano na dworzec pełen pijaków. Wobec tego wzięłam taksówkę i pojechałam prosto do seminarium.

Ciemno (był koniec września), pusto, skwer na tyłach katedry, taksówka dawno odjechała, ja dzwonię, dzwonię i nic. Później się okazało, że na furcie posadzono dwóch kleryków, którzy mieli specjalnie czekać na nocnych gości, ale zasnęli. Co robić? Usiąść na ławce, to zasnę, zmarznę i zaziębię się. Można by się zająć brewiarzem… ale ciemno. Tylko jedna latarnia pali się na rogu. Więc poszłam tam, stanęłam pod tą latarnią i odmawiałam brewiarz…

Fragment opowieści s. Małgorzaty Borkowskiej z książki „A w naszym klasztorze…”. Siostra Małgorzata Borkowska OSB urodziła się w 1939 r. Studiowała polonistykę i filozofię na Uniwersytecie Mikołaja Kopernika w Toruniu oraz teologię na Katolickim Uniwersytecie Lubelskim. Od 1964 jest benedyktynką w Żarnowcu. Autorka wielu prac historycznych, m.in. „Życie codzienne polskich klasztorów żeńskich w XVII i XVIII wieku”, „Czarna owca”, „Sześć prawd wiary oraz ich skutki”, „Oślica Balaama”, „Ryk Oślicy”, „Twarze Ojców Pustyni”, tłumaczka m.in. ojców monastycznych, felietonistka.

Newsletter
Aleteia codziennie w Twojej skrzynce e-mail