Nie możesz nas wesprzeć finansowo?

Możesz to zrobić na 5 innych sposobów:

  1. Módl się za nasz zespół i powodzenie naszej misji
  2. Opowiedz o Aletei w swojej parafii
  3. Udostępniaj nasze treści rodzinie i przyjaciołom
  4. Wyłącz AdBlocka, kiedy do nas zaglądasz
  5. Zapisz się do naszego newslettera i czytaj go codziennie

Dziękujemy!
Zespół Aletei

 

Aleteia

Rozpadłam się, a teraz się składam – o początkach macierzyństwa

MACIERZYŃSTWO
Rodrigo Pereira/Unsplash | CC0
Udostępnij

Macierzyństwo jest stanem nieustannego odświeżania wewnętrznego systemu. Jest wezwaniem do „nieprzyzwyczajania się”. Jest sztuką balansowania pomiędzy „dobre dla ciebie” i „dobre dla mnie”. Jest trwaniem przy osobności, czyli poczuciu, że moje dziecko nie jest mną lub „dla mnie”. I że ja nie jestem nim oraz że będąc „dla niego” nie przestaję być „dla siebie”.

Dziecko mnie wyodrębniło

Mój syn mknie jak błyskawica. Czasem wydaje mi się, że widzę tylko poświatę, którą po sobie pozostawia. Zmienia się. I biegnie. Biegnie przed siebie, nie oglądając się na mnie. No, chyba że coś bardzo go zaboli albo skaleczy sobie mały paluszek prawej dłoni. Wtedy mnie przywołuje. Wtedy ja zaczynam biec.

Zazwyczaj nie wchodzimy sobie w drogę. Nie jojczę nad nim, a on nie prowokuje mnie do atencji. Coraz bardziej i bardziej jest sobie on i jestem sobie ja. Pierwszy raz w życiu czuję i celebruję życie przez własne synapsy.

Muszę to w końcu szczerze napisać: to dziecko mnie wyodrębniło. Wydobyło moją autonomiczność. Przywołało najgłębszą i zapomnianą potrzebę bycia sobą. Do szpiku kości. Po koniuszki nerwów.

 

Ściany i mury, które ukryłam

Być może od początku taki był plan. Nieprzespane noce, całe dnie spędzone na czuwaniu, zaspokajaniu potrzeb, uczeniu się siebie w coraz to nowszych sytuacjach sprowokowały mnie do najgłębszych życiowych przemian. Nigdy nie spotkałam tak silnej, pragnącej zaspokoić swoje potrzeby jednostki jak mój maleńki syn. Stanęłam naprzeciw niego z całym balastem mojego wygniecionego poczucia własnej wartości, zastanawiając się przy tym, jak przetrwam to niezwykłe starcie.

Najpierw czułam się przytłoczona. Potem rozzłoszczona. Byłam grzeczną, miłą dziewczyną, trzymającą pod kluczem swoje małe, złote „złostki”. Kiedy trzeba było, przemieniałam się w tarana, tratując po drodze wszystko, zwłaszcza siebie. Dziecko wydobyło ze mnie potrzebę wszczęcia buntu, zaopiekowania się sobą na równi z innymi ludźmi.

Dzięki obcowaniu z nim zrozumiałam, jak dalece odepchnęłam samą siebie. Mój syn krzyczał do centrum mojego jestestwa: Hej! Jesteś tam? Halo! Nie słyszę! Głośniej! Chcę się otrzeć o twoją granicę! Chcę poczuć, że jesteś ścianą, po której mógłbym się wspinać!

 

Tak rodzą się wolne kobiety

Gdyby nie on, nie postawiłabym się całemu światu. Gdyby nie on, nie przecedziłabym sieci moich znajomości. Gdyby nie on, nie zawalczyłabym o siebie.

Tak. Myślę, że dziecko konfrontuje nas ze znajomością i poszanowaniem naszych własnych potrzeb. Myślę, że im trudniej nam z naszym macierzyństwem, tym bardziej potrzebujemy dać sobie czas i zaopiekować się sobą. Myślę, że właśnie z takich doświadczeń rodzą się wolne kobiety lub zaszyte w swych domach męczennice na uwięzi. Nie jest to oczywiście reguła – bardziej intuicja, przebłysk prawdy, która któregoś dnia pojawiła się w moim sercu.

Mój syn zaprowadził mnie w miejsca, do których nigdy wcześniej bym nie doszła. Ze strachu. Z obojętności na siebie samą. Zobaczyłam, jak wiele poświęcałam dla innych. Jak bardzo wierzyłam w słuszność takiej postawy. Ile sił nauczyłam się kumulować w nieludzkim wytrzymywaniu sytuacji, które nigdy mi nie służyły.

 

Jesteśmy wojowniczkami

Po czterech miesiącach od urodzenia mojego syna zrozumiałam, czym był dla mnie poród. Zrozumiałam, że właśnie wtedy wygenerowałam najżyźniejszy grunt pod zasianie nowej siebie. Takiej, która staje w szczerości przed sobą. Takiej, która nie ogląda się na zdanie innych. Takiej, która idzie swoją ścieżką.

Rozpadłam się, a teraz składam. Wraz z nowym życiem, które wydałam na świat, rozpoczęłam proces samopoznawczy. Bardzo głęboko wzrusza mnie to, jak wielkie rzeczy wychodzą z naszego kobiecego łona. I nie mówię tu tylko o dzieciach. Mówię o wszystkim, co porusza nami, co drży, co stale przemienia się w obrębie naszej miednicy.

W takim kontekście słowo „płodność” nabiera całkiem nowego, ekstremalnie bliskiego znaczenia. Jesteśmy stale rodzące. Jesteśmy wojowniczkami. My, grzeczne dziewczyny, pozamykane w swoich ciałach na cztery lub pięćdziesiąt cztery spusty. Napinamy mięśnie. Wydobywamy głosy. Śpiewamy. Mówimy. Doceniamy życie.

Kiedy przychodzą do nas dzieci, pojmujemy, że i o nas trzeba walczyć.

Newsletter
Aleteia codziennie w Twojej skrzynce e-mail