Aleteia.pl - pozytywna strona Internetu w Twojej skrzynce e-mail

Nie możesz nas wesprzeć finansowo?

Możesz to zrobić na 5 innych sposobów:

  1. Módl się za nasz zespół i powodzenie naszej misji
  2. Opowiedz o Aletei w swojej parafii
  3. Udostępniaj nasze treści rodzinie i przyjaciołom
  4. Wyłącz AdBlocka, kiedy do nas zaglądasz
  5. Zapisz się do naszego newslettera i czytaj go codziennie

Dziękujemy!
Zespół Aletei

 

Aleteia

Kaci i ojcowie. Jacy są trenerzy piłkarscy

TRENER
Shutterstock
Udostępnij

Drużyna piłkarska to przede wszystkim zbiór wielkich ego. Dwudziestu kilku facetów, wśród których każdy ma ambicje, by co kilka dni wybiegać na boisko i rozgrywać mecz. Jak nad nimi zapanować? Od tego jest trener. Jeden człowiek, który musi ogarnąć boiskową rzeczywistość.

„Dzisiaj trener nie tylko musi przygotować zawodnika, ale być też psychologiem i Bóg jeden wie, kim jeszcze” – westchnął swego czasu Henryk Kasperczak, niegdyś wielki piłkarz, a później jeden z najlepszych polskich trenerów właśnie. Akurat Kasperczakowi udawało się i trenowanie, i psychologizowanie. Piłkarze go uwielbiali, wszak doskonale wiedział, że są sytuacje, kiedy trzeba im dać nieco luzu („piłkarza nie upilnujesz”), ale i takie, gdy trzeba ich zmusić do ciężkiej pracy, by „pozytywnie zareagowali” na obciążenia treningowe.

Jednak nie każdy potrafi uchwycić ten balans. Najlepsi trenerzy to typy owładnięte nie tylko obsesją na punkcie piłki, ale też prawdziwą żądzą zwycięstwa. Pragną go, jak kania dżdżu. I są w stanie zrobić wszystko dla kolejnego trofeum. Nawet jeśli ceną za nie będzie wyciśnięcie piłkarzy niczym cytryny, czyli pozbawienie ich wszystkich soków.

 

Kaci

Za jednego z najwybitniejszych i – można powiedzieć – najbardziej aksamitnych katów uchodzi Pep Guardiola. To psychopata w stylu Hannibala Lectera: nie ocieka krwią, na pierwszy rzut oka budzi raczej sympatię, a nad ciałami ofiar popija czerwone wino, smakując je niczym wytrawny znawca. Piłkarze raczej go lubią, ale są świadomi jego kompletnego szaleństwa na punkcie futbolu. No i tego, że kiedy tylko któryś z nich przestanie mu być użyteczny – odstawi go, niczym parę niepotrzebnych kaloszy.

Guardiola nie waha się sprowadzać piłkarzy, wykorzystywać ich zasoby a potem porzucać. Dla niego są zaledwie (a może „aż”?) środkiem do celu. Nie uczynił sztuki z modelowania drużyny, ale z wygrywania. Musi zdobywać trofea i dlatego potrzebuje piłkarzy. Ma obsesję na punkcie taktyki i motywacji. W Barcelonie puszczał swoim piłkarzom przed meczem fragmenty ich najlepszych zagrań, okraszając je patetyczną muzyką. W konsekwencji potrafił podopiecznych przemotywować. Wychodzili na boisko naładowani energią tak bardzo, że spalali się, nie osiągając w odpowiednim czasie oczekiwanego efektu.

Innym szaleńcem jest Felix Magath. To już z kolei psychopata czystej wody, który nawet nie stara się ukrywać swoich niemal sadystycznych skłonności. Najbardziej dały się one we znaki w Wolfsburgu, gdzie trenował tamtejsze VFL. Dręczył piłkarzy treningami trzy razy w ciągu dnia, a po meczach wysyłał ich na dwugodzinne biegi po lesie. Gdy chcieli napić się wody, wylewał je z butelek na ich oczach. Drużynie zostawiał tylko pięć – do podziału po skończonym treningu. Albo, jak kto woli, rzeźni.

By nieco lepiej zobrazować obsesje Magatha, warto przytoczyć jeszcze jedną historię. Pewnego razu szkoleniowiec zabrał swoich podopiecznych z VFL na kawę i ciastko. Wszystko odbywało się w ramach typowej na obozach szkoleniowych integracji. Do czasu. Restauracja mieściła się bowiem na górze mierzącej ponad 2000 m od miejsca, gdzie drużyna podjechała autokarem. Piłkarze, zobaczywszy kolejkę górską, odetchnęli z ulgą. Na próżno. Magath zdecydował, że do restauracji zrobią sobie… przebieżkę. Na miejsce dotarli niemal wszyscy. Padł tylko jeden zawodnik. Na kawę i ciastko nikt jednak się już nie skusił.

W Polsce za kata uchodzi obecnie Adam Nawałka, ale on przy Magathcie jest raczej nieszkodliwym, drobnym dręczycielem. Przywiązuje ogromną wagę do przygotowania fizycznego i taktycznego (to łączy go z Magathem), ale zna umiar. Prawdziwą uciążliwością dla piłkarzy w przypadku Nawałki są jednak jego obsesje i przesądy. Autokar nie może cofać, bo to przynosi pecha; stoły w restauracjach hotelowych koniecznie muszą być okrągłe, a nie prostokątne; piłkarze zaś muszą chodzić jak w zegarku: o jednej porze zaczynać i kończyć posiłki.

Gdy Nawałka trafił do kadry, jego natręctwa okazały się problematyczne dla piłkarzy. Musiał negocjować z nimi, jak daleko może się posunąć w swojej pasji kontrolowania wszystkich i wszystkiego. Dręczył za to swój sztab szkoleniowy. Wyznaczał im kolory dresów, w jakich mają się pojawić na śniadaniu, a lekarz musiał raportować mu o stanie zdrowia zawodników w środku nocy. Byli tacy, którzy nie wytrzymywali tempa współpracy z nim. Potrafił przygniatać swoją osobowością.

 

Ojcowie 

Jest jednak też inny typ trenerów – zdecydowanie bardziej zainteresowanych budowaniem drużyny niż ogarniętych obsesją wygrywania. Dla nich zwycięstwa również są ważne, ale środkiem do nich jest świetnie skomponowana ekipa zawodników i dobra atmosfera.

Takim szkoleniowcem jest Jurgen Klopp. Choć w Anglii nazywają go oficjalnie bossem, to przecież mniej oficjalnie mówi się o nim „funny guy” lub „The normal one”. Zawsze uśmiechnięty, z kabaretowym zacięciem, potrafi rozbawiać innych do łez. Pytany o swoje poczucie humoru zawsze podkreśla, że wie doskonale, kiedy jest czas na pracę, a kiedy na zabawę. „Kto nie kocha swoich piłkarzy, nie może zostać trenerem” – mawia Klopp.

A kocha nie tylko zawodników, ale też swoich współpracowników, niekoniecznie zresztą tych najbliższych. Kiedyś, gdy pracował jeszcze w Borussi Dortmund, potrafił odwiedzić mamę jednego z trenerów tylko dlatego, że usłyszał, iż skończyła 90 lat. Wpadł do niej na herbatkę, przed rodzinną imprezą. Jakie było zaskoczenie jej bliskich, gdy weszli do mieszkania solenizantki, a ta, jak gdyby nigdy nic, gwarzyła sobie z wybitnym już wtedy niemieckim trenerem.

Podobnym typem człowieka był słynny sir Alex Ferguson, który święcił tryumfy z wielkim Manchesterem United. Znał tam każdego – od sprzątaczki, poprzez ludzi dbających o trawę, kitmana, po wszystkich trenerów. Rozmawiał z nimi, znał ich problemy. W ten sposób tworzył ducha drużyny. Podobnie stało się, gdy trenerem United został były znakomity piłkarz klubu Ole Gunnar Solskjaer. Ten wychowanek Fergusona zaczerpnął do swojego pryncypała to, co najlepsze. Gdy przyjechał pierwszy raz do biura w roli managera United, wręczył kwiaty paniom dbającym o porządek w obiekcie. Pamiętał je jeszcze z czasów swojej piłkarskiej kariery.

Jednym z najbardziej znanych trenerów-ojców jest Zinedine Zidane. Nie uchodzi on za wielki umysł taktyczny, ale za to za znakomitego psychologa. Niedawno drugi raz objął Real Madryt pogrążony w kryzysie. Poprzednio wyciągnął drużynę z dołka, znakomicie układając zespół. Szybko złapał kontakt z zawodnikami. Zrezygnował, zdobywając trzeci Puchar Ligi Mistrzów, bo nie chciał… przebudowywać drużyny, czyli wyprzedawać dobrych druhów, z którymi osiągnął wielkie sukcesy.

Wrócił na trenerski stołek Realu, chociaż wcale nie musiał. Opromieniony sukcesami, z milionami na koncie podróżował po świecie, korzystając z wielkiego prestiżu, jakie dała mu kariera zawodnika a później trenera. Wrócił jednak, namówiony przez prezesa Realu Madryt Florentino Pereza. Ma zbudować nowy, wielki Real Madryt. Jego nazwisko znów ma stać się magicznym zaklęciem w uszach i ustach dla wielu zawodników i kibiców.

Kiedyś słynny polski bramkarz Artur Boruc zażartował, że żaden goalkeeper nie może być do końca normalny. No cóż, trochę podobnie jest z trenerami. Tutaj lekkie szaleństwo, albo przynajmniej ekscentryczne podejście, także wydaje się w cenie.

Newsletter
Aleteia codziennie w Twojej skrzynce e-mail