Aleteia.pl - pozytywna strona Internetu w Twojej skrzynce e-mail

Nie możesz nas wesprzeć finansowo?

Możesz to zrobić na 5 innych sposobów:

  1. Módl się za nasz zespół i powodzenie naszej misji
  2. Opowiedz o Aletei w swojej parafii
  3. Udostępniaj nasze treści rodzinie i przyjaciołom
  4. Wyłącz AdBlocka, kiedy do nas zaglądasz
  5. Zapisz się do naszego newslettera i czytaj go codziennie

Dziękujemy!
Zespół Aletei

 

Aleteia

Polacy weszli na Mount Everest zimą jako pierwsi na świecie. Zostawili tam specjalne „fanty”

MOUNT EVEREST
Shutterstock
Udostępnij

Mało kto pamięta, że uczestnikiem tej wyprawy był katolicki ksiądz, który od Jana Pawła II otrzymał pewien dar. A ten – jak się okazało – miał ważną rolę w finale tej historii.

Zastanawiałeś się kiedyś, jak może wyglądać msza święta odprawiana na przykład na wysokości 7000 metrów nad poziomem morza? Albo w dalekim Atlasie? Jest pewien człowiek, który w takich mszach niejako się „specjalizował”.

 

Góry: jakby bliżej nieba

W góry, tam bliżej nieba jest.
W góry, zostawić wszystko gdzieś.
W góry, nie skrzydła doda wiatr.
W góry, zobaczyć czy ten świat.
Stąd lepszy jest

Tak śpiewał Andrzej Seweryn. Wielu z nas z pewnością potwierdzi ten stan. Gdy przy pięknej bezchmurnej pogodzie, z drżącymi ze zmęczenia udami pokonuje się kolejną grań. Gdy w pewnej chwili, zupełnie nagle i niespodziewanie, odsłania się nam pobliska dolina. Oglądana z wysoka. Jawiąca się niczym maleńkie klocki lego. Poukładane przez zdolnego Artystę.

Albo gdy strome stoki formują grzebień, sprawiając, że wszystko wokół wydaje się być tak niedostępne. Znajdujące się niczym w innym wymiarze. A gdy do tego jeszcze słońce będzie ocieplać nam twarz swymi późnopopołudniowymi promieniami – wtedy faktycznie będziemy mogli stwierdzić z nutką tęsknoty w głosie, że tutaj w górach jest się jakby „bliżej nieba”.

Góry lubili też święci. Po górach kochał wędrować Jan Paweł II. Także dziś na szlakach nietrudno spotkać zakonnika, siostrę zakonną czy księdza. Zwykle chodzą sami. Jakby zanurzeni w piękno Stwórcy. Jakby kontemplujący ideał górskiej rzeczywistości. Niewielu jednak księży dochodziło tak wysoko, jak ten. Nazywał się Stanisław Kardasz.

 

Msze święte polowe

Istnieje takie piękne czarno-białe zdjęcie. Mężczyzna w czarnych spodniach w koszulce z krótkim rękawkiem i stułą przepasaną na szyi stoi przed białym głazem. Za nim widać czterech mężczyzn. Część dzierży w dłoniach sporej wielkości aparaty fotograficzne. Takie charakterystyczne dla starych czasów. Dla ubiegłej już epoki. Są skupieni. Skoncentrowani. W dali za nimi majaczy się obłe wzgórze. A dalej następne. I jeszcze jedno.

To surowe góry Hindukuszu w środkowym Afganistanie. Zdjęcie pochodzi z 1977 roku. A głównym jego bohaterem jest wspomniany ksiądz Stanisław. Tego dnia odprawiał mszę świętą w 16. rocznicę swoich kapłańskich święceń.

Podobnych mszy świętych ten niezwykły kapłan-górołaz odprawił znacznie więcej. Od 1968 roku jako ratownik GOPR zdążył uczestniczyć w wielu wyprawach wysokogórskich pod biało-czerwoną flagą. By wymienić tu choćby wyjazd na Noszak czy na Annapurnę. Wszędzie tam skrzętnie odprawiał dla uczestników najświętszą Eucharystię. Zwykle, z braku innym możliwości, mszą święta polową. Na zewnątrz.

 

„Co my potem powiemy papieżowi?”

Chyba najsłynniejszą z nich była ta z roku 1980 roku. Gdy dość niespodziewanie dla siebie znalazł się w ekipie próbującej dokonać po raz pierwszy w historii udanego wejścia zimowego na Mount Everest. Ekipa otrzymała przed wyprawą różaniec – dar od papieża Jana Pawła II.

Kilka dni po odprawionej pod stokami Everestu mszy świętej warunki pogodowe pod szczytem mocno się pogorszyły. Nie wyglądało to najlepiej. Zarówno Krzysztof Wielicki, jak i Leszek Cichy wcale nie byli entuzjastami wyjścia w górę. Wtedy do akcji wkroczył ksiądz Stanisław. Wziął na bok przyszłych zdobywców najwyższego z ośmiotysięczników i wyszeptał im: „Chłopcy, głupia sprawa… Dostaliśmy ten różaniec i co… Co my potem powiemy papieżowi?”.

Nie trzeba było powtarzać dwa razy. „Chłopcy” poszli. I, jak dziś doskonale wiemy, wrócili. Jako pierwsi zimowi zdobywcy najwyższej góry świata. Przynosząc zarazem chwałę całej szkole polskiej himalaizmu zimowego.

 

Różaniec z Mount Everestu

Przy okazji pisania o księdzu Kardaszu warto przytoczyć jeszcze jedną ciekawostkę z opisywanej wyprawy. Niewielu bowiem wie, że Polacy pozostawili na szczycie ów otrzymany od papieża różaniec. A także niewielki krzyż. Miało być to dowodem dla następnej ekipy, że byli tu poprzednicy.

Tak się złożyło, że następną ekipą wizytującą Mount Everest byli Hiszpanie. Do nich należało więc zabranie rzeczy schowanych w specjalnej skrzyneczce na szczycie i należących do Polaków, a następnie włożenie tam swoich. Mimo próśb Polaków, aby w drodze wyjątku polski różaniec został jednak na szczycie, Hiszpanie zabrali z powrotem ze sobą także i jego.

Gdy schodzili, minęli się z inną polską wyprawą, w której składzie szedł m.in. Tadeusz Piotrowski. Ten widząc, co się dzieje, chciał odkupić różaniec od Hiszpanów, by w ponownie wnieść go na szczyt. I tam go już zostawić.

Hiszpanie jednak odmówili. Suma summarum ów „różaniec z Mount Everestu” objechał wkrótce potem wiele parafii jako ten, który „był na najwyższej górze świata”. Himalaiści zbierali przy tym datki na cele charytatywne. A ksiądz Stanisław Kardasz mógł być tylko dumny ze swoich podopiecznych.

I pewnie nieco odetchnął z ulgą, że nie będzie musiał tłumaczyć się papieżowi z tego, dlaczego Polacy nie weszli z jego różańcem na szczyt.

Newsletter
Aleteia codziennie w Twojej skrzynce e-mail