Aleteia.pl - pozytywna strona Internetu w Twojej skrzynce e-mail

Nie możesz nas wesprzeć finansowo?

Możesz to zrobić na 5 innych sposobów:

  1. Módl się za nasz zespół i powodzenie naszej misji
  2. Opowiedz o Aletei w swojej parafii
  3. Udostępniaj nasze treści rodzinie i przyjaciołom
  4. Wyłącz AdBlocka, kiedy do nas zaglądasz
  5. Zapisz się do naszego newslettera i czytaj go codziennie

Dziękujemy!
Zespół Aletei

 

Katolicki portal bez polityki. Wesprzyj nas!

Aleteia

Nawrócony żołnierz: Czasem żeby odkryć Boga, trzeba sięgnąć dna

fot. archiwum prywatne
Udostępnij

O tym, że mężczyzna musi czasem upaść na kolana, by dotrzeć do Boga, opowiada nawrócony żołnierz i mistrz sztuk walki Paweł Zaremba z Krakowa.

Łukasz Kaczyński: Jak to się stało, że zawodowy żołnierz stał się wojownikiem Chrystusa?

Paweł Zaremba: Ten zwykły żołnierz był przepełniony agresją i pychą. Miał bardzo duże ego i to doprowadziło go do upadku. Stałem się nawet w pewnym momencie bezdomny. I w takiej sytuacji przyszedł do mnie Bóg i dosłownie usłyszałem: „Chodź do Mnie, wyciągam ręce. Chodź za mną!”. Wtedy poczułem, że to ostatni moment, by uratować swoje życie, ale także duszę. A miałem już ponad 50 lat.

Rozumiem, że wcześniej, pełniąc zawodową służbę wojskową, odszedł pan daleko od Boga?

Zgubiłem się bardzo. Polegało to na tym, że łamałem ciągle piąte przykazanie. Byłem na froncie w Jugosławii, gdzie naprawdę widziałem straszne okrucieństwo. Mimo to potrafiłem tłumaczyć sobie, że walczę dla kraju. To było jednak błędne. To była furtka, przez którą diabeł wszedł i tak łatwo nie zamierzał odpuścić. Potem mieszkałem w buddyjskim klasztorze i przeniknąłem tamtą duchowością. Zacząłem ćwiczyć sztuki walki i znów mówiłem, że nie ma tu nic nie tak, bo przecież chodzę też do kościoła. Niestety, w taki sposób człowiek odchodzi od przykazań krok za krokiem – piąte, pierwsze, a potem kolejne. Następuje pewne pogubienie wartości. Niewierność Bogu i zastawianie się nieprawdziwymi argumentami to ścieżka donikąd.

 

Paweł Zaremba: Straciłem wszystko

Wspomniał pan, że stał się bezdomnym – to był punkt zwrotny?

Odnosiłem sukcesy w sporcie, który był moją pasją. Byłem mistrzem Polski, zdobyłem nawet jako pierwszy Polak mistrzostwo świata w walkach w Chinach. Założyłem też Akademią Sportu i Biznesu. Miałem pieniądze, ale zapomniałem o bliskich – żonie i dzieciach – co doprowadziło do rozwodu. Niestety później moja menedżerka sprawiła, że straciłem wszystko i wylądowałem na ulicy. Czułem się słaby, że nic nie mogę, nie mam nikogo obok siebie, nie mam pieniędzy i nie mam domu. Że jestem zdany tylko na siebie. W tym momencie pojawił się Pan Bóg. Na „Strumieniach życia” u redemptorystów, czyli programie naprawczym dla ludzi, którzy są zagubieni albo bardzo grzeszący, Bóg powiedział do mnie, że czeka. Wyznałem Mu, że jestem karłowatym drzewem w Jego ogrodzie, a chcę być pięknym. Do krzyża, który tam wtedy stał, przybiłem 207 swoich grzechów – wszystko, co było przeciw Bogu i ludziom.

Nie przygniotła pana taka wizja?

Tak, bo były one bardzo konkretne, przeciw wielu przykazaniom. Potem przyszła jednak spowiedź generalna i po niej czułem się lżejszy o tonę. 19 marca 2016 r. wracając z niej, upadłem na płytę Rynku Głównego w Krakowie. Jakby coś podcięło mi nogi, czułem się tak, jakbym miał gorączkę. Zobaczyłem płonący krzyż i usłyszałem w środku: „Jesteś moim synem. Wstań, idź i mów”. To było posłanie, które wyjaśnił mi mój kierownik duchowy, o. Jan Konior SJ. Wytłumaczył, że Bóg spalił moje dawne przewinienia i wezwał do posługi.

Odpowiedział pan?

Tak, zacząłem się zajmować bezdomnymi, których życie przecież znałem. U kapucynów na Loretańskiej w Krakowie poznałem o. Cisowskiego z Dzieła Pomocy św. Ojca Pio i spytałem, czy mogę zostać wolontariuszem. Zgodził się. Chodziłem na kwesty, rozmawiałem, aż trafiłem nawet do krakowskiego komitetu organizacyjnego pierwszego Światowego Dnia Ubogich. Działania dla bezdomnych, których doskonale rozumiałem, przyjęły konkretną formę – metamorfozy, pomoc medyczna, doradcza, dziś nawet mamy karetkę dla nich na Plantach. I choć na początku bezdomność była dla mnie tragedią, dzisiaj cieszę się z tego, że rozumiem i mogę godnie reprezentować i walczyć o osoby bez domu.

Gdzie jeszcze posłał byłego żołnierza Pan Bóg?

Tam gdzie mógł się sprawdzić. Dano mi szansę głoszenia u Mężczyzn św. Józefa. I ogólnie dzięki temu mogę mówić do mężczyzn. Zwłaszcza tych, którzy mogą upaść. Chcę im pokazywać, jak ważna jest Eucharystia i by dobrze zrozumieli, kim są w oczach Boga i kim powinni być dla bliźnich. Założyłem także Fundację „ForceFit”, w której za pomocą sportu staramy się budować więzi między dziećmi i rodzicami.

Kim po tych wszystkich przejściach dla pana jest Pan Bóg?

Wzorem ojcostwa, najlepszym przyjacielem. Kimś, kto mimo mojego zagubienia, nie zostawił mnie. Ba, nawet uratował mnie nieraz z groźnych wypadków samochodowych lub górskich czy też z poważnej choroby. Mógłbym się nawet odważyć powiedzieć, że jest moim najlepszym na świecie kumplem i pokazał mi, że prawdziwego przyjaciela poznaje się rzeczywiście w biedzie.

Czy uważa pan, że takie trudne doświadczenia są potrzebne w życiu?

Myślę, że są ludzie, którym jest to niezbędne. Większość z nas odchodzi od Boga, ale On zawsze w pewnym momencie przyprowadza ich na kolanach do siebie. Nawet święci klękali nieraz w cierpieniu i dopiero wtedy rozumieli, czym jest miłość Boga. Naprawdę trzeba nieraz sięgnąć dna, by odkryć namacalnie Boga. Dziś ludzie zagubili się w kreowaniu własnej rzeczywistości, zwłaszcza mężczyźni, którzy czują się wszechmocni. I staram się im przypomnieć, że nawet wielcy rycerze, jak na przykład Zawisza Czarny, w całej swojej mocy uznawali na kolanach wielkość Boga. I dlatego każdy z nas musi czasem w swoim życiu uklęknąć przygnieciony trudami, by podnieść głowę i zobaczyć, od kogo tak naprawdę zależy jego życie.

Newsletter
Aleteia codziennie w Twojej skrzynce e-mail