Aleteia.pl - pozytywna strona Internetu w Twojej skrzynce e-mail

Nie możesz nas wesprzeć finansowo?

Możesz to zrobić na 5 innych sposobów:

  1. Módl się za nasz zespół i powodzenie naszej misji
  2. Opowiedz o Aletei w swojej parafii
  3. Udostępniaj nasze treści rodzinie i przyjaciołom
  4. Wyłącz AdBlocka, kiedy do nas zaglądasz
  5. Zapisz się do naszego newslettera i czytaj go codziennie

Dziękujemy!
Zespół Aletei

 

Katolicki portal bez polityki. Wesprzyj nas!

Aleteia

Umarli, ale najpierw kochali. Miłość w getcie

Udostępnij

Dziś, wspominając bohaterski, choć skazany na porażkę zryw mieszkańców getta, warto zatrzymać się nad przebłyskami życia, które ocalił Marek Edelman.

19 kwietnia 1943 roku w getcie warszawskim wybuchło powstanie. Wcześniej przez 2,5 roku ten niewielki, otoczony murem kawałek miasta, był miejscem śmierci. Tej szybkiej – od kuli SS-mana, tej powolnej – z głodu, zimna i chorób. Była jeszcze śmierć na odległość – oddzielona od getta podróżą bydlęcym wagonem, zakończoną u bram Treblinki. Czy w takim piekle jest miejsce na miłość?

 

Istota miłości

Marek Edelman doświadczył Zagłady w każdym jej wymiarze. W getcie obserwował śmierć, ale widział także… życie. We wstrząsającej książce „I była miłość w getcie” wspomina codzienność półmilionowej społeczności, stłoczonej na kilkunastu ulicach. Opowiada o człowieczeństwie, którego nie utracili mimo nieludzkich warunków. Próbowali je ocalić na różne sposoby – chociażby spotykając się wieczorami na podwórkach i słuchając literatury pięknej, czytanej przez pisarzy czy lektorów.

Ale przede wszystkim zdobywając się na miłość – okazując sobie ciepło, przytulając się, dzieląc skromnymi racjami żywieniowymi, a czasem oddając życie. „Istota miłości i śmierci jest zawsze ta sama, niezależnie od tego, kogo kochamy, co kochamy, kto lub co nas zabija, ludobójca, pospolity bandyta, rak czy zawał” – mówi Edelman. I dodaje: „Tego ciągle ludzie nie wiedzą albo nie rozumieją, dlatego jest takie ważne, żeby pokazywać, że jeśli jesteś zdolny do miłości, jeśli kochasz, w najpotworniejszych warunkach pozostaniesz normalnym człowiekiem”. Dziś, wspominając bohaterski, choć skazany na porażkę zryw mieszkańców getta, warto zatrzymać się nad przebłyskami życia, które ocalił Marek Edelman.

 

Umarli, ale wcześniej kochali

Hendusia Himelfarb miała jasną twarz i jasne, długie warkocze. Aryjski wygląd dawał jej szansę na przetrwanie poza murem. Znaleźli się nawet ludzie, którzy obiecali ją wyprowadzić. „Mam tu sto pięćdziesiąt dzieci, nie zostawię ich”. Opiekowała się maluchami, które wróciły do getta z sanatorium, gdzie wcześniej przebywały. Hendusia wiedziała, że nie przywieziono ich tu po życie. „Nie mogą same iść do wagonów i same pojechać w tę podróż” – odpowiedziała. Została. Z miłości czy poczucia obowiązku? Wtedy to było to samo – wspomina Edelman.

Numerek życia. Zwykła karteczka z pieczątką. Bezcenna, bo – przynajmniej w teorii – chroniła przed spędem na Umschlagplatz i drogą na rzeź. Numerków było niewiele. Jeden z nich otrzymała pani Tenenbaumowa. Znaleziono ją w łóżku, obok niej leżało opakowanie po luminalu, unikatowa karteczka i list. Napisała, że popełniła samobójstwo, żeby numerek oddać córce. Lekarze zastanawiali się, czy próbować ją ratować, w końcu uszanowali jej decyzję…

Jej córka, Deda, została sama. Nagle, niespodziewanie, pokochała pewnego chłopca. Mieli trochę pieniędzy, udało im się załatwić mieszkanie po aryjskiej stronie. Deda rozkwitła – każdy, kto na nią spoglądał, widział, że promieniała szczęściem. Koleżance powtarzała, że to najszczęśliwsze chwile w jej życiu. O getcie zapomnieli na trzy miesiące. Potem właściciele mieszkania wydali ich Niemcom. Umarli – ale wcześniej kochali.

Młoda dziewczyna, dziś już bezimienna. Jej mama zachorowała, wymagała opieki. Skądś pojawił się chłopak, rykszarz. Kiedy z mamą było bardzo źle, zostawał na noc, a ona wtulała się w niego i dzięki jego obecności zyskiwała spokój. Mama wyzdrowiała, dziewczyna poszła do pracy. Kiedy dowiedziała się, że na Karmelickiej była obława, popędziła do domu, ale było już za późno. Zaczęła gonić kolumnę ludzi. Nawinął się znajomy rykszarz, wziął ją na wózek i razem przepatrywali tłum w poszukiwaniu mamy. Znaleźli ją przed samym Umschlagplatzem. Dziewczyna wysiadła z rykszy, podziękowała chłopakowi i stwierdziła, że mama nie może iść sama w taką drogę. Razem wsiadły do wagonu…

Był młody, zdrowy i szybki, więc choć do godziny policyjnej pozostało niewiele czasu, wysłali go aby załatwił jakąś sprawę. Wracał po ciemku. W bramie dotknął dwóch grubych warkoczy. Objęli się i dalej poszli razem. Razem przeszli całą wojnę, stali się jednością. Po wojnie ona wyjechała do Ameryki, on został. Zobaczyli się po dwudziestu latach i znowu byli jednością. A ona potem znów wyjechała. Kiedy umierała, jej opiekunka zadzwoniła właśnie do niego z pytaniem, czy można przestać ją leczyć.

 

W pojedynkę nie da się żyć

„Życie tam, w getcie, w pojedynkę było niemożliwe. Bez tego nie można było przeżyć i zostać człowiekiem. Zawsze trzeba było mieć kogoś do pary w tym sensie, że trzeba było mieć przy sobie drugiego człowieka, który myśli tak samo, który jest w ciebie tak samo wciągnięty, jak ty w niego. Dla którego zrobisz wszystko, a on dla ciebie. I to jest miłość” – wspomina Marek Edelman. Wspominając tych, którzy w getcie zginęli, musimy pamiętać, że przede wszystkim… żyli. Jesteśmy im to winni.

Newsletter
Aleteia codziennie w Twojej skrzynce e-mail