Aleteia.pl - pozytywna strona Internetu w Twojej skrzynce e-mail

Nie możesz nas wesprzeć finansowo?

Możesz to zrobić na 5 innych sposobów:

  1. Módl się za nasz zespół i powodzenie naszej misji
  2. Opowiedz o Aletei w swojej parafii
  3. Udostępniaj nasze treści rodzinie i przyjaciołom
  4. Wyłącz AdBlocka, kiedy do nas zaglądasz
  5. Zapisz się do naszego newslettera i czytaj go codziennie

Dziękujemy!
Zespół Aletei

 

Aleteia

Zmęczeni życiem chcą umrzeć, oddając innym organy. Transplantacja a eutanazja

OPERATION
TeraVector | Shutterstock
Udostępnij

Dr E. Wesley Ely - lekarz z oddziału intensywnej terapii w Stanach Zjednoczonych zmaga się ze zderzeniem dwóch światów: transplantacji i eutanazji.

Gdybyś był na liście oczekujących na transplantację, miałby dla ciebie znaczenie fakt, że organ, który otrzymałeś, pochodził od jeszcze żyjącej osoby, która odeszła wskutek procedury dawstwa organów? A co, jeśli zgłosiła się sama?

Twoje przemyślenia na ten temat pociągają za sobą konsekwencje, które wykraczają dalece poza kwestię transplantacji.

Jako były współkierujący programem transplantacji płuc na Uniwersytecie Vanderbilt oraz praktykujący lekarz na oddziale intensywnej terapii, postrzegam dawstwo organów jako bezinteresowny dar dla tych, którzy tkwiąc na liście oczekujących, nieuchronnie, krok po kroku, zbliżają się do śmierci.

Mimo to borykam się z coraz bardziej narastającym zderzeniem między tymi dwoma światami: transplantacją i eutanazją.

Na międzynarodowych konferencjach medycznych w 2018 i 2019 roku słuchałem, jak transplantolodzy oraz lekarze z intensywnej terapii dyskutowali nad zjawiskiem „death by donation” (z ang. śmierć przez dawstwo). Polega ona na zakończeniu ludzkiego życia (ochotnicy nie mają żadnych chorób, są zwyczajnie zmęczeni życiem) ze świadomą zgodą na to. Lekarze zabierają ich na salę operacyjną i w znieczuleniu ogólnym otwierają chirurgicznie klatkę piersiową i brzuch, i pobierają ważne organy do przeszczepienia innym ludziom.

Ważnym wątkiem jest to, że „death by donation” ominąć może wkrótce tak długo przestrzeganą zasadę martwego dawcy. Zabrania ona kategorycznie usuwania ważnych narządów, dopóki dawca nie zostanie uznany za zmarłego. Zatem śmierć przez dawstwo („death by donation”) byłaby obecnie postrzegana jako zabójstwo, które polega na przerwaniu życia w celu pobrania narządów od funkcjonującego jeszcze organizmu.

Mechanizm pozyskiwania narządów po śmierci wskutek eutanazji czy naturalnej śmierci sercowej (obie formy zalegalizowane są już w Kanadzie, Belgii i Holandii) może nie być do końca optymalny dla osoby przyjmującej przeszczep. Wszystko dlatego, że narządy mogą być uszkodzone z powodu braku przepływu krwi, do jakiego dochodzi od 5 do 10 minut podczas procesu umierania. Ten odstęp nazywany jest okresem niedokrwienia. Śmierć przez dawstwo ma stanowić nowatorskie rozwiązanie. Zamiast pobierania narządów po śmierci, usuwano by organy w czasie, gdy otrzymują one jeszcze krew.

Choć dosłowne „oddawanie siebie” innym może wydawać się w pierwszym momencie godne pochwały, to omówmy trzy dalsze aspekty rezygnacji z dotychczasowej zasady „martwego dawcy”.

  • Osoby z niepełnosprawnością fizyczną czy psychiczną przyznają, że czują się stygmatyzowane, a społeczeństwo dewaluuje ich życie. Czy ktokolwiek odważyłby się wysłać im niezbyt subtelną wiadomość, by „zeszli z drogi” i zgodzili się zrobić coś szlachetnego z ich zdrowymi organami?
  • Jak szybko zaczęlibyśmy obserwować ekspansję zjawiska, kiedy to ci, którzy nie mogą mówić za siebie, byliby od razu postrzegani jako dawcy?
  • Jakie to ma znaczenie dla nas wszystkich, kiedy nasi uzdrowiciele – lekarze – znajdują się nagle w sytuacji, w której łamią trwającą prawie 2 500 lat zasadę, by nade wszystko chronić ludzkie życie?

Rozważmy przypadek Bena Mattlina, który cierpi na rdzeniowy zanik mięśni. Na łamach „New York Timesa” z 2012 roku wspomniał o „cienkiej i porowatej granicy, jaka znajduje się między przymusem a wolnym wyborem” dla tych, którzy czują się zdewaluowani, gorsi. Napisał dokładnie:

Nie możecie naprawdę wyobrazić sobie, jak wiele subtelnych sił (skłaniających do tego, by umrzeć) – niezmiennie dobrze życzących, dobrotliwych, a nawet łagodnych, ale przekonujących jak tsunami – pojawia się właśnie wtedy, gdy wasza fizyczna niezależność jest tak beznadziejnie zagrożona.

Społeczeństwo obywatelskie ocenia się po tym, jak traktuje jego najsłabszych, najbardziej bezbronnych członków. Przepisy dotyczące eutanazji są w teorii skonstruowane tak, by chronić najwrażliwsze populacje. Ale jakie są fakty?

Według artykułu opublikowanego w 2015 roku w „NEJM” spośród 3 882 zgonów, do jakich doszło wskutek wspomaganego samobójstwa czy eutanazji we Flandrii (Belgia) tylko w 2013 roku, aż 1 047 (27 proc. z nich) było spowodowanych dawkami leków, które przyspieszyły śmierć bez zgody pacjentów. Są oni w takich sytuacjach zazwyczaj nieprzytomni, a członkowie rodziny nie przebywają w pobliżu.

W 2014 roku w oświadczeniu dotyczącym decyzji o zakończeniu życia, belgijskie Towarzystwo Intensywnej Opieki Medycznej zakłada, że „skrócenie procesu umierania” powinno być dopuszczalne „przy użyciu leków… nawet w przypadku braku dyskomfortu”.

W trakcie dyskusji nad tymi faktami dwóch prominentnych doktorów – jeden z Holandii, drugi z Harvardu – powiedzieli mi, że tam, skąd pochodzą, takie podejście nazywa się… morderstwem.

Jeśli lekarze uczestniczą w procedurze mającej na celu odebranie życia danej osobie, to czy pacjenci będą odczuwali 100%-ową pewność, że ich doktor bez względu na wszystko będzie walczył o ich zdrowie? Jakie przesłanie na temat wartości życia ludzkiego płynie z takich zachowań w sytuacji, gdy lekarze podpisują się pod zamianą jednego życia na drugie? Jakie piętno odciska to na lekarzach, którzy już teraz współuczestniczą w procedurze, która kończy się śmiercią?

Newsletter
Aleteia codziennie w Twojej skrzynce e-mail