Aleteia.pl - pozytywna strona Internetu w Twojej skrzynce e-mail

Nie możesz nas wesprzeć finansowo?

Możesz to zrobić na 5 innych sposobów:

  1. Módl się za nasz zespół i powodzenie naszej misji
  2. Opowiedz o Aletei w swojej parafii
  3. Udostępniaj nasze treści rodzinie i przyjaciołom
  4. Wyłącz AdBlocka, kiedy do nas zaglądasz
  5. Zapisz się do naszego newslettera i czytaj go codziennie

Dziękujemy!
Zespół Aletei

 

Katolicki portal bez polityki. Wesprzyj nas!

Aleteia

Przyjaciel kardynałów, artystów i bezdomnych. Grzegorz Polakiewicz: Cóż więcej trzeba, jak tylko kochać?

GRZEGORZ POLAKIEWICZ
fot. archiwum prywatne
Udostępnij

Grzesiek nie ma prostego życia: od dzieciństwa choruje, stracił nogę, jego tata chciał go zabić. Mimo to trudno spotkać człowieka bardziej pogodnego, zawsze gotowego do rozmowy, rady i modlitwy.

Kliknij tutaj, by przejrzeć galerię

Grzegorz Polakiewicz zaraża swoim pozytywnym nastawieniem, osobiście zna papieży Benedykta XVI i Franciszka i dwa razy pomimo swojej niepełnosprawności doszedł do Santiago de Compostela. Właśnie ukazała się jego książka „Żyje się tylko raz”, której fragment publikujemy poniżej.

 

Moje doświadczenie uwrażliwiło mnie na cierpienie drugiego człowieka. Zacząłem się angażować w różne formy wolontariatu. Także w czasie nauki w liceum byłem wolontariuszem między innymi na oddziale onkologii dziecięcej. Jako młody chłopak, któremu szpitalna rzeczywistość nie była obca, po wymaganym przygotowaniu zdecydowałem się na towarzyszenie chorym dzieciom, których rodzice, mieszkający nierzadko setki kilometrów od szpitala, nie mogli każdego dnia przy nich trwać.

 

„Cała reszta już nie ma znaczenia. Nawet jak bardzo boli, nawet jak umierasz”

Pierwsza kilkugodzinna wizyta na oddziale okazała się ciężka do uniesienia. Małym pacjentem, do którego od razu trafiłem, był niespełna sześcioletni Patryk. Miał zdiagnozowaną ostrą białaczkę limfoblastyczną. Według lekarzy pozostało mu kilka dni życia. Usiadłem przy jego łóżku i wówczas zabrakło mi słów, oczy wypełniły się łzami, a gardło zacisnęło się do postaci szczeliny z trudem przepuszczającej jakąkolwiek cząsteczkę tlenu (…).

Patryk był bardzo słaby. Rozmawiał ze mną, po czym jego mała główka opadała mi na ręce (…). W pewnej chwili ujął mnie swoją wątłą rączką za dłoń i powiedział:

Wiesz, ja umieram. Ale proszę cię, nie mów mojej mamie, ona tak bardzo się o mnie martwi…

I dodał: 

Wiem, że nie wolno kłamać, ale kocham ją tak jak ona mnie i dlatego nie chcę, żeby się martwiła i płakała.

Nie potrafiłem wstrzymać łez (…). Zapytałem go, jak to wszystko znosi: ból, samotność w jednoosobowej sali. Wówczas usłyszałem: „Kochałeś kiedyś kogoś? Czułeś się kochany? No, ej… Czułeś?”. Z wahaniem odpowiedziałem: „Tak”, choć sam nie byłem pewien. Bo fakt, że ktoś cię kocha, nie jest równoznaczny z tym, że ty czujesz się kochany.

No to wiesz, że cała reszta już nie ma takiego znaczenia. Nawet jak bardzo boli, nawet jak umierasz.

 

Najkrótsze rekolekcje w życiu

Było około godziny osiemnastej, gdy zasnął na moich rękach. Godzinę później parametry życiowe zaczęły spadać. Wyproszono mnie z sali, przewieziono Patryka na OIOM, przyjechali jego rodzice. Czekaliśmy do około północy na informacje od lekarza dyżurnego. W końcu zjawiła się pani profesor i delikatnie ujęła dłoń matki chłopczyka. Patryk odszedł.

Wyszedłem ze szpitala wzburzony, z płaczem i sercem pełnym niezgody. Wewnątrz mnie szalał sztorm, którego nic nie było w stanie ujarzmić (…). Były to najkrótsze rekolekcje w moim życiu, ale i takie, z których najwięcej mi zostało. Otrzymałem mądrość sześciolatka, która pomogła mi przetrwać doświadczenia mojego życia i wytłumaczyła, czym jest cierpienie. Ten czas był niczym ogień, w którym próbuje się złoto.

Przez myśl by mi wówczas nie przeszło, że przez kolejnych kilka lat Pan Bóg poprowadzi mnie drogą, na której cierpienie stanie się moją codziennością – przenikającą zarówno sferę cielesną, jak i tę duchową – a w końcu to dzięki niemu zacznę doświadczać relacji miłości. Bezdyskusyjnie faktem jest: cierpienie samo w sobie jest bezsensowne i głupie! Patrząc na krzyż „złego łotra” ze sceny ukrzyżowania Jezusa, mamy tego najlepszy przykład. Pytanie jednak: co takiego czyni je bezsensownym? Na pewno jednym z czynników jest zapatrzenie w siebie samego, niechęć otworzenia się na to, co dalej, brak „dalekowzroczności”. Jest nim także pycha niedopuszczająca nawet myśli, że skoro krzyż już mnie dosięgnął, mógłbym uczynić z niego narzędzie dobra. Jedynie miłość jest tym, co nadaje cierpieniu sens, a co więcej – nadaje mu znaczenie daru!

Taka postawa jest łaską, która możliwa jest wyłącznie we współpracy z Panem Bogiem, bo tylko współpracując z Nim, człowiek jest w stanie doświadczyć pełni Jego miłości. Tylko wówczas, umocniony i pokrzepiony obfitością darów płynących z sakramentów, będzie mógł w wolności stanąć pod krzyżem i wypowiedzieć swoje „fiat”. Czy człowiek, który nie czuje się kochany i zazwyczaj sam przez to nie odkrył w sobie jeszcze zdolności kochania, przyjmie cierpienie, pragnąc uczynić z niego dobro, choćby dla tych, których kocha? W dziewięćdziesięciu dziewięciu procentach przypadków nie. I to niezależnie od tego, czy określa się jako „wierzący”, czy „niewierzący”.

 

Grzegorz Polakiewicz: Cóż więcej trzeba, jak tylko kochać?

(…) W cierpieniu człowiek może się stać uczestnikiem męki Pana Jezusa. Może też, nie zgadzając się ze swoim losem, być jak „zły łotr”. Wchodząc na drogę współodczuwania wraz z Chrystusem, zaczynamy dotykać czegoś niedefiniowalnego, czego nie da się ująć w ramach żadnej teorii. Na drodze tej zaczyna się niezwykle intymna relacja z Bogiem-Człowiekiem: relacja miłości osobowej, wykraczającej poza wszelkie schematy, tak niezgłębionej jak właśnie ta na krzyżu. Nieskończonej miłości do człowieka.

To, że Pan Bóg dopuszcza ludzkie cierpienie, nie oznacza, że sam go dla nas pragnie. Cierpienie obecne w świecie jest konsekwencją grzechu, ale niekiedy Bóg dopuszcza je, by móc wyprowadzić z niego jeszcze większe dobro. My dostrzegamy tylko skąpy wycinek całości, którą Bóg widzi od początku do końca. Dlatego możemy powtarzać: „Boże, nie rozumiem, ale jestem Ciebie pewien”. Takie zaufanie pozwala w tej relacji miłości iść „w ciemno” w każdy kolejny dzień.

Problem leży w nas i w naszej egoistycznej naturze. Gdy konfrontujemy się z najmniejszą próbą, ona nas przerasta, bo przywykliśmy do życia w wygodnym świecie. Mamy swój poukładany plan na życie i nie dopuszczamy w nim żadnych Bożych poprawek, bo sami bardzo pragniemy być „bogami” własnej codzienności. Tymczasem wielkość człowieka mierzona jest w jego pokorze wobec życia i śmierci – wobec tego, co przecież w końcowym rozrachunku nie jest zależne od niego!

(…) Jezus nie bez powodu w Ewangelii kieruje do nas przestrogę: „Jeśli nie staniecie się jak dzieci, nie zdobędziecie Królestwa Niebieskiego”. Te słowa znajdują potwierdzenie choćby w historii Patryka. Cóż więcej trzeba, jak tylko kochać? Miłość jest tym, co nadaje życiu sens. Bóg jest Miłością, tą, która czyni cierpienie pełnym mądrości i sensu na drodze ku pełni życia.

*Fragment książki Grzegorza Polakiewicza „Żyje się tylko raz”, Znak 2019
**Skróty, tytuł, lead i śródtytuły pochodzą od redakcji Aleteia.pl

Newsletter
Aleteia codziennie w Twojej skrzynce e-mail