Aleteia.pl - pozytywna strona Internetu w Twojej skrzynce e-mail

Nie możesz nas wesprzeć finansowo?

Możesz to zrobić na 5 innych sposobów:

  1. Módl się za nasz zespół i powodzenie naszej misji
  2. Opowiedz o Aletei w swojej parafii
  3. Udostępniaj nasze treści rodzinie i przyjaciołom
  4. Wyłącz AdBlocka, kiedy do nas zaglądasz
  5. Zapisz się do naszego newslettera i czytaj go codziennie

Dziękujemy!
Zespół Aletei

 

Katolicki portal bez polityki. Wesprzyj nas!

Aleteia

Zaskakujące ćwiczenie chrześcijanina. Wyobraź sobie, że żyjesz w czasach Jezusa…

JESUS: HIS LIFE
Udostępnij

Podjąłem próbę przeanalizowania plusów i minusów mojego hipotetycznego spotkania z Chrystusem twarzą w twarz, jak z każdym innym człowiekiem i chodzenia za Nim po Palestynie. Wnioski okazały się bardzo zaskakujące.

Wszystko byłoby prostsze?

„Błogosławieni, którzy nie widzieli, a uwierzyli” – zdarza mi się puszczać to stwierdzenie Pana Jezusa mimo uszu i myśleć sobie: “Chciałbym żyć w czasach apostołów i chodzić jak oni za Jezusem. To wszystko byłoby prostsze. Widziałbym Go i rozmawiał z Nim jak z każdym innym człowiekiem.

Tymczasem “pozostaje mi” otwierać Słowo Boże i przyjmować nauczanie Kościoła, a w tym wszystkim mieć często różne wątpliwości i pytania. Choć z drugiej strony wątpliwości i pytania to przecież nic złego. Jeśli są dobrze zagospodarowane, dają rozwój.”

W każdym razie postanowiłem pewnego dnia podjąć próbę przeanalizowania plusów i minusów mojego hipotetycznego spotkania z Chrystusem twarzą w twarz jak z każdym innym człowiekiem i chodzenia za Nim po Palestynie. Wnioski okazały się bardzo zaskakujące.

 

Plusy właściwie tylko dwa

Poznałbym Jego mimikę twarzy, spojrzałbym w Jego oczy, urealniłoby się moje wyobrażenie o Nim jako człowieku z krwi i kości. To jeden plus. Drugi jest taki, że widziałbym na własne oczy Jego cuda.

Czy jednak to by mi pomogło w budowaniu relacji z Nim? Czy w ogóle dostrzegłbym w Nim Mesjasza? W której grupie bym był? Tych, którzy po mowie eucharystycznej z 6. rozdziału Ewangelii wg św. Jana odeszli, czy tych, którzy wraz ze św. Piotrem, mówiącym: “Ty masz słowa życia wiecznego”, zostali?

Przypomnę, że proporcje były miażdżące, bo z tłumu, który został cudownie nakarmiony, została dwunastka.

 

Wysyp minusów

Pozornie, z dzisiejszej perspektywy może się wydawać, że dwa tysiące lat temu ludzie mieli łatwiej z uwierzeniem w Syna Bożego i nawiązaniem z Nim relacji, bo po prostu widzieli Go na własne oczy. Dlaczego zatem po ludzku Jezus poniósł klęskę? Skoro mieli łatwiej, to dlaczego tak niewielu uwierzyło?

Owszem, gdyby jakiś wehikuł czasu przeniósł mnie z XXI w. do czasów Jezusa, byłaby to niezwykła przygoda. Miałbym nad wszystkimi przewagę poznania Słowa Bożego, życia po Zesłaniu Ducha Świętego i świadomość dwudziestu wieków trwania Kościoła.

Jednak, jak wiemy, rzeczywistość tego świata działa nieco inaczej. Żyjąc w Palestynie dwa tysiące lat temu, czułbym społeczną presję, by Go odrzucić jako bluźniercę. Zamiast ogromu historii Kościoła, miałbym świadomość ogromu starotestamentalnej tradycji i mesjańskich zapowiedzi, które ni w ząb nie pasowały do powszechnych na tamte czasy, zabarwionych politycznie oczekiwań wobec Mesjasza.

Jego Słowa nie byłyby opatrzone szczegółową egzegezą biblistów, porównane z innymi passusami Pisma Świętego i wytłumaczone na wszystkie strony, brzmiałyby w moich uszach co najmniej rewolucyjnie.

Miałbym wreszcie trudniej, bo byłoby to życie przed zesłaniem Ducha Świętego. Prawdopodobnie przyjąłbym chrzest Janowy, ale ten obrzęd nie zmywałby przecież we mnie grzechu pierworodnego. Nie byłby to chrzest zanurzający w Kościół. Nie byłoby spowiedzi, Eucharystii. Nie znałbym jeszcze piękna krzyża. Widziałbym w nim kaźń i hańbę. Byłbym pozbawiony wielu łask i przywilejów Bożego dziecka.

 

Mamy łatwiej

Oczywiście mogłoby być tak, że Bóg otworzyłby moje serce i byłbym gotów mimo wszystko iść za Jezusem. Być może usłyszałbym już wtedy “Pójdź za Mną!”, co i tak nie oznacza, że wszystko byłoby już piękne i oczywiste.

Dziś naprawdę mamy łatwiej, a fakt, że nie widzimy Go twarzą w twarz, nie ma tu większego znaczenia. Pamiętamy zapewne słowa Abrahama z przypowieści Jezusa o bogaczu i Łazarzu, kiedy odpowiada temu pierwszemu na prośbę, by Łazarz ukazał się jego rodzinie, by się nawróciła: “Jeśli Mojżesza i Proroków nie słuchają, to nawet gdyby ktoś powstał z martwych, także nie dadzą się przekonać“.

W mojej wierze nie chodzi zatem o to, bym miał namacalny kontakt z Tym, w którego i któremu wierzę. Mam mieć wobec Niego ufność i otwartość na Jego Ducha. To ten Duch ma moc uzdolnić mnie do świętego życia. Wkładanie palców w rany Jezusa prawdopodobnie zaspokoi moją ciekawość, ale nie da trwałych owoców.

Newsletter
Aleteia codziennie w Twojej skrzynce e-mail