Aleteia.pl - pozytywna strona Internetu w Twojej skrzynce e-mail

Nie możesz nas wesprzeć finansowo?

Możesz to zrobić na 5 innych sposobów:

  1. Módl się za nasz zespół i powodzenie naszej misji
  2. Opowiedz o Aletei w swojej parafii
  3. Udostępniaj nasze treści rodzinie i przyjaciołom
  4. Wyłącz AdBlocka, kiedy do nas zaglądasz
  5. Zapisz się do naszego newslettera i czytaj go codziennie

Dziękujemy!
Zespół Aletei

 

Katolicki portal bez polityki. Wesprzyj nas!

Aleteia

Małe gesty mają wielkie znaczenie. Chorzy bardzo tego potrzebują!

WSPÓŁCZUCIE
Pitchaya Pingpithayakul | Shutterstock
Udostępnij

W pomaganiu naprawdę nie chodzi o to, że skoro nie można dać wiele, to lepiej nie dać nic. Jest dokładnie odwrotnie: każdy okruch składa się na bochenek sycącego chleba.

Jasne, że lepiej by było, gdyby sprawny system ochrony zdrowia wystarczał. Gdyby działała zasada, że im bardziej ktoś jest chory, tym więcej otrzymuje szacunku, uwagi oraz środków potrzebnych do tego, by z chorobą się zmagać. Najczęściej jest dokładnie odwrotnie. Chorowanie, a tym bardziej przewlekłe, skomplikowane i obciążone ryzykiem śmierci, wiąże się wielokrotnie z niedostatkiem, utratą wielu przywilejów oraz społecznym wykluczeniem. Dlatego tak ważne są gesty solidarności.

 

Kiedy przychodzi choroba

Choroba nie jest czymś, co ludzie planują. Nie planuje się urodzenia dziecka z wadami genetycznymi ani tego, że synek czy córka w wieku dwóch lat zapadnie na nowotwór. Nikt nie planuje wady serca. Żaden nastolatek nie zapisuje w kalendarzu odkrycia guza mózgu. Podobnie jak żadna rodzina nie żyje w oczekiwaniu na wypadek, w wyniku którego ukochana osoba zapadnie w śpiączkę.

Cierpienie spada z dnia na dzień, jak grom z jasnego nieba i wywraca do góry nogami życie. Które do tej pory toczyło się w przewidywalnym z grubsza rytmie codziennej kawy, pracy, zakupów, wyzwań, spraw do załatwienia, spotkań. To naprawdę nie jest tak, że ci, których dotyka utrata zdrowia – własnego albo członka rodziny – mogli być na to lepiej przygotowani niż ja czy ty.

Tym, co musi upaść w takiej sytuacji – to mit świata sprawiedliwego. Nagle ludzie przekonują się na własnej skórze, że cierpienie jest niezawinione. Że spotyka dobrych i zwykłych. Druga część tego mitu, która rozsypuje się na kawałki – to że choroba spowoduje automatycznie przypływ troski osób i instytucji. Zderzenie ze ścianą służby zdrowia boli. I boli, gdy dla przeciążonego personelu bywa się tylko kolejnym punktem w grafiku. Rani oschłość, która nie wiadomo, czy ma ich chronić przed nadmiarem empatii (bo mogłoby jej dla wszystkich nie starczyć), czy bardziej jest skutkiem obcowania z cierpieniem w ilościach hurtowych w niewydolnym systemie.

 

Bądź przy chorym

Tymczasem wiele spustoszenia czyni jeszcze inny mit – że człowieka, którego spotyka choroba albo nieszczęście, trzeba omijać szerokim łukiem. Dla jego dobra najlepiej dać mu spokój, bo takie ma teraz problemy. Nie dzwonić, nie odwiedzać, bo o czym tu gadać. Odsuwamy się też jakoś dla naszego dobra, bo tak ogromny może być nasz lęk. Coś jakby nie do końca uświadomione przekonanie, że nieszczęściem, a nawet umieraniem, można się „zarazić”.

Jeszcze gorsza jest zabobonna, infantylna wiara w wolę Bożą, objawiającą się w nieszczęściu. Kiedy ogołocimy chorobę z tajemnicy istnienia zła na świecie, w której współczucie Boga spotyka się z cierpieniem człowieka, i przypiszemy Mu reżyserowanie zła, to odetniemy się także od empatii (skoro „Bóg tak chciał” – cóż zostaje do zrobienia?). Ona zaś jest tym poruszeniem, które pozwala być przy drugim, nawet jeśli nie wszystko się rozumie.

Z tych i innych powodów osoby, którym zawalił się świat, doświadczają dotkliwego osamotnienia. I wobec systemu, i w sensie relacji. Dlatego tak wielkim wsparciem są publiczne zbiórki, organizowane na portalach do tego przeznaczonych. Wbrew wszystkiemu, raz po raz okazuje się, że ludzie chcą pomagać. Że przejmują się losem bliźnich. Że czyjaś tragedia ich obchodzi. I że ci, którym zawala się świat – jednak nie są sami.

 

Moc małych gestów

Fascynuje mnie niezmiennie ta moc tkwiąca w małych gestach wielu ludzi, którzy nie przechodzą obojętnie wobec prośby, zdjęcia, banera. Wobec rozpaczliwego „zauważ mnie”. Są darczyńcy, którzy wpłacają po kilka tysięcy złotych, ale odczuwam szczególne uznanie dla tych, którzy ofiarowują pięć złotych czy nawet tylko złotówkę. Z miliona złotówek przecież zbiera się milion.

W pomaganiu naprawdę nie chodzi o to, że skoro nie można dać wiele, to lepiej nie dać nic. Jest dokładnie odwrotnie: każdy okruch składa się na bochenek sycącego chleba. Można odjąć sobie kawę na mieście albo gałkę lodów. Można ugotować w domu zamiast kupować w knajpie. Jest wiele sposobów na to, by wygospodarowywać choćby drobne środki. By drugi mógł zapłacić za rehabilitację, zabieg operacyjny, leczenie. By uwierzył, że z chorobą nie jest sam. By tego doświadczył, poczuł, zobaczył na własne oczy. By miał siłę iść dalej.

Newsletter
Aleteia codziennie w Twojej skrzynce e-mail