Aleteia.pl - pozytywna strona Internetu w Twojej skrzynce e-mail

Nie możesz nas wesprzeć finansowo?

Możesz to zrobić na 5 innych sposobów:

  1. Módl się za nasz zespół i powodzenie naszej misji
  2. Opowiedz o Aletei w swojej parafii
  3. Udostępniaj nasze treści rodzinie i przyjaciołom
  4. Wyłącz AdBlocka, kiedy do nas zaglądasz
  5. Zapisz się do naszego newslettera i czytaj go codziennie

Dziękujemy!
Zespół Aletei

 

Katolicki portal bez polityki. Wesprzyj nas!

Aleteia

O. Krzysztof Popławski: dominikanin, który nauczył się mandaryńskiego i napisał książkę o miłości

KRZYSZTOF POPŁAWSKI
Witek Sroga/EAST NEWS
Udostępnij

Tato, który był pułkownikiem Wojska Polskiego, nie był zachwycony moją decyzją. Tak bardzo po męsku, wspólny moment relacji ojciec – syn, był przed śmiercią taty, który umierał na raka, kiedy podziękowałem mu za wszystko, a on mnie.

Iwona Flisikowska: W jaki sposób Ojciec odkrył swoje powołanie i dlaczego wybrał drogę dominikańską?

O. Krzysztof Popławski OP*: Już w szkole średniej zastanawiałem się, co mam robić w życiu. W ósmej klasie przeczytałem wszystkie Ewangelie i ten element ewangeliczny wiary i pobożności rozwijał się we mnie. Chyba w drugiej klasie liceum zacząłem myśleć o powołaniu kapłańskim i zakonnym. Ponieważ należałem do parafii salezjańskiej, to ta duchowość była mi bliska.

Czytaj także: Skok na spadochronie i jubileuszowy powiew Ducha. Rozmowa z prowincjałem polskich dominikanów

Po maturze wybrałem się na studia, aby dać sobie jeszcze czas na przemyślenie moich decyzji. Po roku geografii wstąpiłem do salezjanów. W trakcie salezjańskiej formacji miałem poczucie, że jestem u salezjanów, ale nie jestem salezjaninem. W nowicjacie czytałem książki Jana Góry, które wywarły na mnie wielki wpływ do tego stopnia, że zacząłem myśleć o wstąpieniu do zakonu dominikańskiego.

Zwłaszcza kiedy przeczytałem, że dominikanie głoszą słowo Boże wszystkim, wszędzie i na wszelkie sposoby. Bardzo mnie to poruszyło. A do tego zachwyciłem się świętym Dominikiem, choćby jego sposobami założenia naszego zakonu. Miałem dobrych przełożonych u salezjanów i pomogli mi rozeznać i przejść do Zakonu Dominikańskiego.

A kiedy już znalazłem się w nowicjacie dominikańskim w Poznaniu, to bardzo szybko odkryłem, że jest to moje miejsce, w którym chcę się oddać Panu Bogu całkowicie.

Jaka była reakcja rodziców na to, że ich jedyny syn chce zostać księdzem?

Moja mama uważała, że powołanie kapłańskie i zakonne jest bardzo trudne. Tato, który był pułkownikiem Wojska Polskiego, nie był zachwycony moją decyzją. Z jednej strony tematy religijne nie były mu bliskie, a z drugiej zwyczajnie chciał mieć synową i wnuki. Ale z czasem rodzice zaakceptowali mój wybór, a zwłaszcza tata, kiedy zostałem przeorem i proboszczem w Gdańsku.

Tak bardzo po męsku, i też równocześnie nasz piękny, wspólny moment relacji ojciec – syn, był przed śmiercią taty, który umierał na raka, kiedy podziękowałem jemu za wszystko, a on mnie. Parę lat później, jeden z znajomych taty, też wojskowy, podszedł do mnie, kiedy byłem w konfesjonale i powiedział mi: „Krzysiu, chciałem ci powiedzieć, że twój tata był zawsze z ciebie taki dumny”. To była dla mnie piękna wiadomość.

Przez dwie kadencje był Ojciec prowincjałem polskich Dominikanów. Jak Ojciec wspomina ten czas?

Polska prowincja ma 400 braci oraz ponad 20 klasztorów i domów, a więc były to trudne zadania „zarządzania”. Ale też dobry czas braterski, kiedy miałem możliwość dużego kontaktu z braćmi. Były mi powierzane sprawy istotne dla moich współbraci. Także ten okres 8 lat, pomimo dużego wyzwania i trudów, wspominam jako piękne doświadczenie braterstwa w zakonie.

Jednym z ważnych zadań, ale też i wyzwań był wyjazd Ojca na misje, na Daleki Wschód: dwa lata na Tajwanie i rok w Chinach. Czy chrześcijaństwo rozwija się na tych terenach i czy można „oficjalnie” ewangelizować? W jaki sposób możemy wspierać katolików w Chinach, gdzie panuje cały czas komunizm?

W Chinach nie można oficjalnie ewangelizować i nie może pełnić swojej misji żaden kapłan katolicki „z zewnątrz”. Byłem na Tajwanie przez dwa lata, a potem przez rok w Chinach. Uczyłem się przede wszystkim języka mandaryńskiego. Chiny są bardzo zróżnicowanym kulturowo i językowo, a także religijnie krajem. W jednej prowincji katolików może być dużo, w innych niewiele. Niektórzy podają, że jest 11 mln, a inni, mówią, że jest nawet 20 mln katolików oraz 50 mln chrześcijan.

Ważne jest, że co roku dużo młodych osób przygotowuje się do chrztu i przyjmuje sakrament w naszym Kościele katolickim. Podjęcie decyzji i wyboru wiary jest bardzo dojrzały. Po wielu latach duchowego spustoszenia, jakie wywołał głęboki komunizm, ludzie, którzy zagubili sens życia, odnajdują go teraz w religii. Kościół rozwija się dynamicznie mimo wszystkich przeszkód i trudności. Rozwijają się też wspólnoty protestanckie.

Powołania kapłańskie wywodzą się głównie z małych miejscowości: najczęściej z północno-wschodniej części Chin. Zakony, choćby dominikański, nie mogą oficjalnie funkcjonować. Dominikanie mają swój klasztor na Tajwanie, gdzie możemy działać i rozwijać się.

Czytaj także: O. Szustak „wbił do Watykanu na pełnej petardzie”. Ma nieść grzechy papieża do Bożego Grobu

Jeśli chodzi o pomoc katolikom w Chinach, to organizowane są msze święte w języku chińskim w Polsce, prowadzona jest też opieka duszpasterska, w Polsce m.in. przez Stowarzyszenie Sinicum. Podobna działalność ma miejsce też miejsce w innych krajach europejskich, np. we Włoszech, w Hiszpanii czy Niemczech.

Ważne jest to, że sporo Chińczyków studiuje w Europie czy USA i dla nich organizowane są duszpasterstwa. Warto przypomnieć, że Papież Benedykt XVI ustanowił 24 maja dniem Modlitwy za Kościół w Chinach. Ciekawą formą pomocy okazały się działania Ruchu Światło-Życie, który przeprowadził rekolekcje oazowe w Chinach i dla Chińczyków w Polsce. Stowarzyszenia Sinicum też działa bardzo prężnie.

Od 2014 roku pełni Ojciec funkcję socjusza, czyli asystenta generała wszystkich dominikanów na świecie, mieszkając na co dzień na Awentynie w Rzymie. Na czym polega ta misja?

Tak, jestem asystentem generała ds. Europy Wschodniej i Centralnej. Pracuję i pomagam w kontekście tej części Europy. W imieniu generała przeprowadzam różnego rodzaju spotkania i wizytacje. Pracuję też w Radzie Generalnej, która zajmuje się wszystkimi sprawami naszego zakonu na całym świecie.

Mieszkam w wyjątkowo pięknym miejscu, w klasztorze Św. Sabiny. Znajduje się tu nasz dom generalny. Ale większość roku spędzam w podróżach. Ze względu na wcześniejsze doświadczenia generał włączył mnie do grupy osób zajmujących się naszą misją na Tajwanie i w Chinach. Dlatego też regularnie odwiedzam naszych braci na tych terenach.

Przez ostatnie 3 lata byłem też odpowiedzialny za Dominikańską Fundację Spem Miriam. Jest to fundusz stypendialny dla naszych braci. Słowem sporo pracy, ale bardzo twórczej. Z perspektywy czasu widzę jak wszystko od samego początku układa się „w jedną całość”. I to jest cudowna tajemnica Bożej Opatrzności!

Gości teraz Ojciec w Polsce, m.in. z powodu promocji książki „24 godziny kochania”. Co można powiedzieć o tej książce czytelnikom portalu Aleteia?

Miłość ma niezliczoną ilość postaci i o tym opowiada ta książka. „24 godziny kochania” to historie ludzi, którzy się kochają, szukają miłości bądź boleśnie odczuwają jej brak czy stratę ze względu na śmierć, a fabuła toczy się w wielu miejscach świata.

Opowiada o złożoności naszych relacji i o miłości potężniejszej od śmierci. O miłości, za która tęsknimy i która może nam przysporzyć cierpienia. O potrzebie bycia kochanym, bo miłość jest odpowiedzią na wszystkie nasze pytania.

* Ojciec Krzysztof Popławski przez trzy lata był misjonarzem w Azji (Tajwan i Chiny). W latach 2006-2014 był prowincjałem polskich dominikanów. Obecnie jest socjuszem generała zakonu ds. Europy Środkowej i Wschodniej. Mieszka w Rzymie w klasztorze św. Sabiny na Awentynie.

Czytaj także: Dominikanin, który dostał Nobla. Poświęcił życie tym, którzy cierpią na „rdzewienie duszy”

 

Newsletter
Aleteia codziennie w Twojej skrzynce e-mail