Aleteia.pl - pozytywna strona Internetu w Twojej skrzynce e-mail

Nie możesz nas wesprzeć finansowo?

Możesz to zrobić na 5 innych sposobów:

  1. Módl się za nasz zespół i powodzenie naszej misji
  2. Opowiedz o Aletei w swojej parafii
  3. Udostępniaj nasze treści rodzinie i przyjaciołom
  4. Wyłącz AdBlocka, kiedy do nas zaglądasz
  5. Zapisz się do naszego newslettera i czytaj go codziennie

Dziękujemy!
Zespół Aletei

 

Katolicki portal bez polityki. Wesprzyj nas!

Aleteia

Po wypadku nie umiała pisać ani czytać… Jak zmieniło się jej życie? [wywiad]

WYPADEK ROWEROWY
Kzenon | Shutterstock
Udostępnij

Kiedy obudziła się po kilku dniach śpiączki, nie potrafiła pisać ani czytać. O tym, że niemożliwe staje się możliwe, płaczących niewiastach i św. Ricie, która działa z kalendarzem w ręku opowiada Aleksandra Nieć, psycholog i nauczyciel.

Agnieszka Huf: 20 lipca 2016 roku dzieli twoje życie na dwie części. Co było przed?

Aleksandra Nieć: Tak, jak u wszystkich – codzienne życie… Pracowałam w przedszkolu jako psycholog i wychowawca, spędzałam w pracy mnóstwo czasu, ale dawało mi to satysfakcję. W wolnych chwilach sporo jeździliśmy na rowerach – śmialiśmy się z mężem, że poniżej 50 km nawet nie opłaca się wyciągać ich z piwnicy. No i staraliśmy się o dziecko, ale mimo prób leczenia nie udawało się.

 

A potem przyszedł TEN dzień…

Dzień jak co dzień – praca, sprawy na mieście. Planowaliśmy pojechać rowerami na Ukrainę, więc załatwiałam paszport. Pod wieczór przyjechaliśmy z mężem do moich rodziców – ja na rowerze, on samochodem. Umówiliśmy się, że za kwadrans spotkamy się pod domem i pojedziemy razem na ukochane rowery.

 

Do domu nie dotarłaś…

Pamiętam, jak Adrian mijał mnie samochodem. Resztę znam tylko z opowiadań. Kiedy dojeżdżałam do taksówki zaparkowanej na postoju, kierowca otworzył drzwi. Uderzyłam w nie z taką siłą, że wyrwałam je z zawiasów, a sama spadłam z roweru i uderzyłam tyłem głowy o asfalt.

 

Co było dalej?

Dalej było działanie Opatrzności. Okazało się, że obok przechodziła akurat emerytowana lekarka i udzieliła mi pierwszej pomocy. Przede wszystkim kazała się nie ruszać, bo wstałam i chciałam jechać dalej, powtarzałam w kółko, że muszę wsiąść na rower. Ale jednocześnie nie umiałam powiedzieć, jak się nazywam… Dlatego ta lekarka wzywając pomoc, powiedziała, że będzie potrzebny śmigłowiec, bo prawdopodobnie mam uraz mózgu.

Ktoś inny pewnie by uznał, że skoro ruszam się i mówię, to nic mi nie jest… Przyjechała karetka i uśpili mnie, bo ciągle się wyrywałam. Obudziłam się dopiero sześć dni później – wcześniejsze próby wybudzania nie przyniosły efektu. Moim bliskim powiedziano, że nie ma pewności, że przeżyję.

 

Obudziłaś się i…?

Zobaczyłam, że pokój jest przechylony i zaczęłam się zastanawiać, jak to jest, że ludzie chodzą i nie spadają. Potem, kiedy zauważyłam całą tę aparaturę, to w pierwszej chwili miałam taką myśl „Kurcze, czy ja nie jestem w jakimś programie telewizyjnym, bo to wygląda jak wyświetlacz z Familiady”. Zero logicznego myślenia.

 

Poznawałaś ludzi?

Tak, Adriana poznałam od razu i natychmiast wyznałam mu miłość. Pamiętałam, jak się nazywam, znałam swój numer telefonu, wydawało się, że nie jest źle.

 

Kiedy zobaczyłaś, że nie jest tak różowo?

Pielęgniarka zabrała mnie do psychologa na test mini-mental. „Fajnie”, pomyślałam, „to taki prosty test, który się robi osobom starszym”. Znam go, sama przecież jestem psychologiem. Ale na tym teście okazało się, że nie potrafię podać dzisiejszej daty, nie umiem czytać ani pisać. Miałam narysować zegar – okazało się, że w ogóle nie umiem ogarnąć koncepcyjnie tego zegara, nie umiałam trafić w tarczę… Chciałam napisać swoje nazwisko, a wychodziły jakieś bazgroły.

 

Miałaś 28 lat, skończone dwa kierunki studiów, a nie potrafiłaś się podpisać… Bałaś się?

Nie, wtedy to było raczej takie przybicie – myślałam, że przecież powinnam coś umieć, a nic mi nie wychodzi. Zrozumiałam, co czują moje dzieciaki w przedszkolu, kiedy wymagam od nich czegoś, co moim zdaniem powinny już potrafić, a one nie umieją. Strach przyszedł po wyjściu ze szpitala.

 

W jakim stanie wróciłaś do domu?

Na szczęście na skutek wypadku nie straciłam wiedzy, pamięci – poznawałam ludzi, pamiętałam to, czego się uczyłam. Ale nie umiałam ogarnąć systemu znaków – litery czy cyfry były dla mnie zupełną abstrakcją. Poza tym miałam problem z równowagą, idąc nie trafiałam w drzwi, nie potrafiłam sięgnąć po szklankę stojącą na stole, miałam wrażenie, że w mojej głowie toczy się osobne życie. No i do tego diagnoza – zespół otępienny.

 

Co ona oznacza?

Dla mnie wtedy oznaczała przede wszystkim, że nie będę mogła pracować. Zaczęłam się bać, że trafię na rentę, całe życie będę siedzieć w domu. Znajomi przychodzili i mówili – fajnie ci, zostaniesz na rencie, nie będziesz musiała pracować. Ale nie po to kończyłam dwa kierunki studiów, żeby jeszcze przed 30-tką zamknąć się w czterech ścianach!

 

Taka świadomość to prosta droga do depresji…

Zaczęłam myśleć, że źle się stało, że przeżyłam ten wypadek. Bo skoro teraz nie mogę nic obok siebie zrobić, jestem ciężarem dla innych, światu jestem zupełnie nieprzydatna, to lepiej byłoby, gdybym zginęła. Ale potem zaczęłam walczyć o sprawność.

 

Co robiłaś?

To, co moje dzieci w przedszkolu – rozwiązywałam łamigłówki dla kilkulatków, próbowałam czytać nagłówki z gazet. Potem doszłam do krzyżówek, a kiedy udało mi się przeczytać książkę, to była wielka radość. Zaparłam się, że wrócę do pracy przed upływem pół roku, choć wydawało się, że to niemożliwe. Ale każdego dnia było odrobinę lepiej.

Udało mi się wyjść z domu, potem przejść dookoła bloku. Kiedy wreszcie opanowałam trasę do kościoła, zaczęłam chodzić codziennie na mszę. Czułam, że wracam do sprawności, ale lekarze twierdzili, że ciągle nie jest dobrze. Więc ja pracowałam jeszcze mocniej, ćwiczyłam z psychologiem i sama w domu. I udowodniłam wszystkim, że niemożliwe jest możliwe: wróciłam do pracy.

 

Pół roku po wypadku?

Trzy dni wcześniej!

 

Co przez te pół roku było najtrudniejsze? Strach, niesprawność?

Trudne były spotkania z ludźmi. Bo ja cieszyłam się najdrobniejszymi sukcesami, a znajomi przychodzili i na mój widok zaczynali płakać. W domu co chwilę pojawiały się płaczące niewiasty… Goście skupiali się na sobie i swoich emocjach, dzielili się swoimi przemyśleniami, niepewnością, i tą niepewnością zarażali. To odbierało mi nadzieję, że będzie dobrze.

Dobijały mnie komentarze: dobrze, że w zeszłym roku pojechaliście na fajne wakacje, przynajmniej macie wspomnienia, bo teraz… Więc ja żyłam w przekonaniu, że nic dobrego mnie już nie spotka. A potem ludzie całkiem zniknęli. Pierwszy okres po powrocie ze szpitala to był „miodowy miesiąc”- drzwi się nie zamykały, każdy chciał zobaczyć tą, co leciała śmigłowcem LPR. Ale po paru tygodniach zainteresowanie opadło, a ja zostałam sama na 37 metrach mieszkania, bo Adrian musiał wrócić do pracy.

 

I wtedy na scenę wkroczyła św. Rita?

Kilka miesięcy po wypadku wróciła myśl o tym, że bardzo chcielibyśmy mieć dziecko. Zaczęłam modlić się właśnie do Rity, chodziłam na nabożeństwa jej poświęcone. Kolejne z tych nabożeństw wypadło w przeddzień pierwszej rocznicy wypadku.

Poszłam do kościoła zdołowana, podeszłam do konfesjonału i zaczęłam opowiadać o wszystkim, co się stało – skarżyłam się, że nie wiem, po co przeżyłam, skoro i tak nie mogę mieć dziecka, że wszystko jest inaczej niż bym chciała i że moim największym grzechem jest kompletne niezadowolenie z życia.

A ksiądz zamiast głaskać mnie po głowie i litować się, jaka to ja jestem biedna, stwierdził: dzisiaj jest nowy dzień, zapomnij o tym, co było, bo teraz wszystko się zmieni. Krótko i na temat. Po nabożeństwie wróciłam do domu w lepszym nastroju, a po kilku tygodniach okazało się, że jestem w ciąży. Natalka poczęła się prawdopodobnie tej samej nocy. A teraz pod moim sercem mieszka kolejny członek naszej rodziny.

 

Obraziłaś się na rowery?

Zdecydowanie nie – działam w Gliwickiej Radzie Rowerowej, chciałabym, żeby moje miasto było bardziej przyjazne dla rowerzystów. Namawiamy firmy, żeby budowały parkingi dla rowerów, robimy rajdy rowerowe dla szkół i przedszkoli. Staramy się o budowę kolejnych dróg rowerowych – gdyby na trasie, którą wtedy jechałam, była taka droga, to pewnie nic by się nie stało. Kto wie, może mój wypadek był potrzebny, żeby ktoś inny był bezpieczniejszy?

Czytaj także: Jego rodzice mieli wypadek. Uratował ich, bo zaufał swojej intuicji

Czytaj także: Przez odmawianie różańca na rowerze prawie spowodował wypadek. Tak wpadł na pomysł

Czytaj także: Radosław Pazura o swoim wypadku, nawróceniu i pomaganiu bezdomnym [wywiad]

Newsletter
Aleteia codziennie w Twojej skrzynce e-mail