Aleteia.pl - pozytywna strona Internetu w Twojej skrzynce e-mail

Nie możesz nas wesprzeć finansowo?

Możesz to zrobić na 5 innych sposobów:

  1. Módl się za nasz zespół i powodzenie naszej misji
  2. Opowiedz o Aletei w swojej parafii
  3. Udostępniaj nasze treści rodzinie i przyjaciołom
  4. Wyłącz AdBlocka, kiedy do nas zaglądasz
  5. Zapisz się do naszego newslettera i czytaj go codziennie

Dziękujemy!
Zespół Aletei

 

Katolicki portal bez polityki. Wesprzyj nas!

Aleteia

Przeżyła cztery obozy. „Zagłada żyje ze mną, ale ja nie żyję nią”

HALINA BIRENBAUM
Paweł Wiśniewski/EAST NEWS
Udostępnij

Getto, Majdanek, Auschwitz, marsz śmierci, Ravensbrück, a na koniec Neustadt-Glewe. Jej dzieciństwo i dojrzewanie przypadło na czas Zagłady. Niezwykła historia Haliny Birenbaum.

Halina Birenbaum nie chce żyć w żałobie. Skoro przeżyła getto w Warszawie, Majdanek, Auschwitz, marsz śmierci, Ravensbrück, a na koniec Neustadt-Glewe, to żałoby jej już wystarczy. „Ja zwyciężyłam, chociaż moje życie zaczęło się od końca, moje życie zaczęło się od śmierci. Dopiero potem wróciło do początku(…)” – mówi. Przyjrzymy się więc jej opowieści od początku.

 

„Jak miałaś kogoś blisko, to miałaś dla kogo głodować”

Rodzice planowali dla niej dobrą przyszłość. Może będzie adwokatem albo lekarzem, jak starszy brat. „A potem pojawił się wyrok śmierci na cały naród żydowski. Nas wszystkich miało nie być. Z planów ojca i matki nie zostało już nic” – wspomina w poruszającej rozmowie z Moniką Tutak-Goll „To nie deszcz, to ludzie”.

Kiedy wybuchła wojna, Halina była małą dziewczynką. Nie wiedziała, jakimi prawami rządzi się okrutna wojenna rzeczywistość. Nie pojmowała, że najważniejsze to walczyć o przetrwanie. Własne. Z początku wynosiła żebraczce na Nalewkach kartofle. Regularnie, aż przyłapała ją mama. Powiedziała, że jutro oni nie będą mieli co jeść i zabroniła wynoszenia jedzenia z domu. A jej było tak strasznie żal staruszki.

Rodzina Haliny starała się trzymać razem. Cokolwiek by się nie działo. „…jak człowiek żyje, to nie wierzy, że umrze. A myśmy przede wszystkim chcieli być razem. Jak miałaś kogoś blisko, to i miałaś dla kogo głodować, dla kogo podzielić ten kawałeczek marny, widzieć tę ulgę w jego oczach na chwilę” – wspomina.

 

„Do wagonu jeszcze zdążymy…”

Rozdzielenie w końcu musi nastąpić. Na oczach Haliny żydowscy policjanci biją ojca i pakują do wagonu do Treblinki. Dziewczynka widzi go ostatni raz. Jej i mamie udaje się uciec, przeczekać łapankę w studzience kanalizacyjnej. „Do wagonu jeszcze zdążymy” – mówiła mama Haliny. Nie wierzyła, że ludzi wywożą do pracy. Robiła wszystko, żeby maksymalnie długo uniknąć wywózki.

Z czasem Halina rozdziela się z rodzeństwem, zostaje z matką, która jest dla niej całym światem. Trafia na Majdanek. Pocieszeniem dla Haliny jest, że w wagonie jest mama. „…myśmy wtedy nie szukali godności w swojej śmierci, śmierć była cały czas, myśmy szukali tylko ucieczki od śmierci” – wspomina. Razem są jednak krótko. Mama nie przechodzi selekcji, trafia do komory gazowej. Halina zostaje sama.

Ma jednak sporo szczęścia, jeśli w ogóle można tutaj użyć tego słowa. W Auschwitz, gdzie wkrótce trafia, spotyka kobiety, które próbują się nią opiekować. A to podrzucają odrobinę jedzenia, a to litują się i przenoszą do pracy w lepszych warunkach. Opiekuje się nią Hela, a kiedy odchodzi, Halina całkiem traci wolę przetrwania. Nie ma dla kogo żyć. „Jak miałaś kogoś bliskiego w Auschwitz, to chciało ci się tam jeszcze żyć” – wyjaśnia.

 

„Ja w tym esesmanie nie widziałam tylko mordercy”

I może właśnie ta (chwilowa) utrata woli życia sprawa, że Halina, która tyle przetrwała, zostaje w Auschwitz postrzelona. Na sam koniec. Trafia na oddział, selekcji już się nie robi, chodzą tylko Niemcy i dobijają. Ale szczęście jej nie opuszcza, znowu cudem unika śmierci.

Tak jak wcześniej cudem uniknęła selekcji do eksperymentów. „Mówiłam sobie: To nie deszcz, którego nie da się zatrzymać, to ludzie, a ludzie zawsze mogą zmienić zdanie. Ja w tym esesmanie nie widziałam tylko mordercy. Ja widziałam człowieka, który może też nie zabić” – wspomina w rozmowie z Moniką Tutak-Goll.

Wydaje się, że Halina widziała wszystko, co najgorsze. Najciemniejszą stronę życia. Dzieci, którym dawało się tabletki usypiające albo dusiło, aby nie wydały ukrywających się. „To był świat odwróconych wartości. Taki jest świat wojenny. W normalnym świecie przede wszystkim chroni się dzieci. W tamtym pisk dziecka to pewna śmierć setki osób”. Ale też była druga strona medalu – ludzie, którzy niespodziewanie pomogli, czy miłość, która przyszła do niej w Auschwitz (gdyby nie postrzał, nie poznałaby sanitariusza Abrama).

 

Dzieciństwo i dojrzewanie w czasie Zagłady

Wspomnienia Haliny Birenbaum ujmują od pierwszej linijki. Wydaje się, że jej życiorys nie mógł pomieścić więcej okropieństw i cierpień. Warszawskie getto, Majdanek, Auschwitz, marsz śmierci, Ravensbrück, Neustadt-Glewe…

Jej dzieciństwo i dojrzewanie przypadło w najtrudniejszym do wyobrażenia czasie. Kiedy dostała w getcie okres, pobiegła do mamy, bo myślała, że umiera. Dostała klapsa w pupę, mama się uśmiechnęła na znak, że córka dojrzała i cóż, musiała radzić sobie sama. „Nie mieliśmy nawet papieru toaletowego, wkładałam w majtki kartki od zeszytu, które raniły uda” – opowiada. Wspomina też, jak obwiązywała piersi ścierkami, żeby nie było widać, że rosną. Ale w końcu trzeba było kupić stanik. Wkładała go tak, żeby ojciec i bracia nie widzieli. W końcu wszyscy mieszkali w jednym pokoju.

Potem obozy, nagość wychudzonych kobiecych ciał. Higiena? Podcieranie się kawałkiem materiału oderwanego od bluzki albo sukienki. Okresu w obozach nie miały, bo – jak opowiada Halina – do zupy dodawano brom.

 

Birenbaum: Zagłada żyje ze mną, ale ja nie żyję nią

Halina po traumatycznych przejściach układa życie. Zostaje żoną, matką. Napotyka wielkie trudności. „Skąd mogłam wiedzieć, jak się wychowuje dzieci? Straciłam rodziców, gdy miałam dwanaście lat, sama byłam dzieckiem. Kto miał mnie nauczyć, jak być dobrą matką? Nie miałam kogo zapytać, do kogo zadzwonić. Nie miałam matki, ojca, teściowej, teścia. Nikogo”.

Jej synowie od początku wiedzieli. Trzyletni syn popatrzył na jej rękę, zobaczył numer, połowę gwiazdy Dawida i zapytał: „A coś ty tu sobie narysowała”. Musiała coś odpowiedzieć. Nie wszystko od razu. Z czasem pytań było więcej, o to, gdzie jest babcia, dalsi krewni. Gdzie pojadą na święta…

Halina ujmuje nie tylko przeżyciami, ale i sposobem opowiadania. Wprost, bez ogródek. Z innej perspektywy. Opowieści do nastolatków zaczyna od tego, że nie jest bohaterką, ale zwykłym człowiekiem. I że w czasie wojny była dzieciakiem, jak oni. Niemcy chcieli zgładzić cały naród. „A ja wam opowiem, jak mnie nie zabili” – mówi. Grupie zbuntowanych dziewczyn z poprawczaka prowadzonego przez zakonnice, które sobie z nimi nie radziły, opowiedziała o tym, jak w Auschwitz postanowiła nie brać chleba od mężczyzny. Tak ją matka nauczyła. Dlatego, że on mógłby czegoś oczekiwać w zamian, np. pocałunku. A ona myślała, że od tego zachodzi się w ciążę. Zaczęły słuchać. Zdziwione zakonnice zapytały, jak to zrobiła, a ona odpowiedziała, że opowieścią o miłości.

W gruncie rzeczy historia Haliny Birenbaum to właśnie opowieść o miłości. Nie o śmierci. Ona sama nie lubi, jak się ją zbyt szybko uśmierca (podkreśla, że nie wybiera się na tamten świat), albo na siłę robi smutną, posępną (ocalona z Zagłady). A ona na co dzień nie żyje Zagładą, przeszłością, martwi się ciasnymi butami albo niewyrośniętym ciastem. „Ona (Zagłada) żyje ze mną, ale ja nie żyję nią” – kwituje.

*To nie deszcz, to ludzie. Halina Birenbaum w rozmowie z Moniką Tutak-Goll, Agora 2019

Newsletter
Aleteia codziennie w Twojej skrzynce e-mail