Aleteia.pl - pozytywna strona Internetu w Twojej skrzynce e-mail

Nie możesz nas wesprzeć finansowo?

Możesz to zrobić na 5 innych sposobów:

  1. Módl się za nasz zespół i powodzenie naszej misji
  2. Opowiedz o Aletei w swojej parafii
  3. Udostępniaj nasze treści rodzinie i przyjaciołom
  4. Wyłącz AdBlocka, kiedy do nas zaglądasz
  5. Zapisz się do naszego newslettera i czytaj go codziennie

Dziękujemy!
Zespół Aletei

 

Katolicki portal bez polityki. Wesprzyj nas!

Aleteia

Spisałem sobie listę spraw, które pozostawiłbym rozgrzebane, gdyby Bóg zabrał mnie dziś z tej ziemi

Udostępnij

To było bardzo dyscyplinujące, gdy zobaczyłem te swoje poodkładane na później sprawy, które są ważne i których już nie miałbym szans ruszyć, bo przecież płyta nagrobna „na niby” w każdej chwili może się stać stuprocentowo realna…

Śmierć? Bardzo chętnie!

Czasami słyszę od mojej żony obawy co do tego, że nasze rodzinne szczęście może zostać przerwane jakąś tragedią. Historie znajomych naznaczone nagłą chorobą czy śmiertelnym wypadkiem drogowym sprzyjają takim niepokojom.

Czytaj także: Zaskakujące ćwiczenie chrześcijanina. Wyobraź sobie, że żyjesz w czasach Jezusa…

Mnie z kolei jakoś nigdy myśli o śmierci nie przerażały. Zawsze widziałem w nich nowe życie po drugiej stronie i pewność, że Bóg zaopiekuje się moimi bliskimi. Egoistyczne? Myślę, że nie – nie było w tych myślach nigdy beztroski i prób zwalniania się z odpowiedzialności za zabezpieczenie rodziny, nie było też bezduszności.

Z drugiej strony być może jest to swoiste „chojractwo”, a w obliczu śmiertelnej choroby całkowicie bym „wymiękł”.

 

Mój nagrobek

Tak czy inaczej, Bóg posłużył się ostatnio tym moim bezstresowym podejściem do własnej śmierci i zmienił mi perspektywę patrzenia na codzienność. Materialne zabezpieczenie to jedna strona medalu, ale druga – ważniejsza – to nasze relacje.

Słyszałem kiedyś ciekawą interpretację czyśćca – że będzie to prostowanie wszystkich skrzywionych ziemskich relacji. Jeżeli tak, to trudno się o nie nie troszczyć już teraz.

Wykonałem pewne ćwiczenie. Spisałem sobie listę spraw i relacji, które pozostawiłbym rozgrzebane, gdyby dziś Bóg zabrał mnie z tej ziemi. Był to swoisty kamień nagrobny – za to, to i to dziękuję, za to, to i to przepraszam.

To było bardzo dyscyplinujące, gdy zobaczyłem te swoje poodkładane na później sprawy, które są ważne i których już nie miałbym szans ruszyć, bo przecież płyta nagrobna „na niby” w każdej chwili może się stać stuprocentowo realna.

Czytaj także: Świadectwo Cristiny: zamordowali 51 osób z jej rodziny, a potem spotkała oprawcę swych bliskich

 

Nawróciłem się! W końcu…

Odkąd pamiętam, jestem „książkowym katolikiem”. Niedzielna Eucharystia, pacierz, „szóstka” z religii, ministrantura, lektor, wspólnota, lider… Zapatrzony w siebie, idealny odpowiednik bohatera piosenki Luxtorpedy „Hipokrytes”.

„Teraz i w godzinę śmierci naszej. Amen” – wypowiadał ów Hipokrytes codziennie po kilkadziesiąt razy i bardzo mało z tej modlitwy przez wstawiennictwo Maryi rozumiał. Uświadomił sobie jednak w momencie spisania swojego kamienia nagrobnego, że to jest klucz. W tej najprostszej i tak głębokiej modlitwie maryjnej zaszyty był jego wytrych do otwarcia nowych drzwi świadomej wiary.

Bo na czym polega tak fizycznie słowo „nawrócenie”? Na odwróceniu się o 180 stopni – tak to postrzegam. Moje odwrócenie dokonało się w bardzo specyficzny sposób. Kierunek jazdy się nie zmienił, ale zamiast patrzeć na moje „dzisiaj” z perspektywy przeszłości – dawnych zranień i trudnych doświadczeń, które jakoś mnie ukształtowały, oddałem je całkowicie Bogu i zacząłem patrzeć na moje „dzisiaj” z perspektywy przyszłości – mojego grobu, mojej śmierci, tego, co po sobie zostawię.

Gdy budzisz się rano i uświadamiasz sobie, że być może nawet dziś umrzesz, o wiele trudniej podejmować ci dialog z pokusami.


To nie automat

Komentarza wymaga jeszcze kwestia oddania Bogu swojej przeszłości – zranień, trudnych doświadczeń, grzechów. Nie jestem duszpasterzem, terapeutą ani psychologiem, ale wiem, że dla mnie jest to proces długotrwały i rozłożony na etapy, z których mogę sobie nie zdawać nawet sprawy.

Ale żyjąc w bliskości Boga i z jasną świadomością, że kiedyś umrę (czyli bądź co bądź – wierzę w to – trafię do nieba), jest to zdecydowanie łatwiejsze.

Czytaj także: „Zeszłam na drogę do piekła. On na mnie czekał”. Świadectwo Justyny

Newsletter
Aleteia codziennie w Twojej skrzynce e-mail