Aleteia

1 sierpnia’44 urodziła syna. To, że przeżyli, do dziś uważają za cud…

NIEMOWLĘ, POWSTANIE WARSZAWSKIE
Wydawnictwo ZNAK
Udostępnij

Po wyzwoleniu wrócili do Warszawy. Po prawie roku do domu wrócił także Józek, ciężko ranny w ataku sowietów na ciężarówki z jeńcami wojennymi. Halina przeżyła z Józkiem 64 lata. Oprócz Stasia doczekali się jeszcze dwóch córek, Lidki i Halinki, potem pięciorga wnucząt.

Wody odeszły Halinie rano, chyba koło piątej. Poród był długi i trudny, jak to zwykle bywa z pierwszymi porodami. Koło 13:00 na świecie pojawił się mały Staś. Był 1 sierpnia 1944 roku, ulica Śliska na warszawskim Śródmieściu. Cztery godziny do Godziny „W”…

 

Przytulił żonę i wybiegł do Powstania

Dwie godziny później Józek – dumny tata – przytulił żonę i wybiegł do Powstania. Nie martwił się za bardzo – przecież wszyscy mówili, że walka potrwa dwa, może trzy dni. Potem wróci i zajmie się rodziną, zabierze ich na wieś. Póki co Halina została pod opieką swojej siostry i ojca. Już pierwszego wieczora dla wszystkich stało się jasne, że „dwa – trzy dni” to mrzonka, spadające na miasto bomby zapowiadały ciężką bitwę. Nie było wyjścia – trzeba było przenieść się do piwnicy. Ciemność, tłok… i pierwsza tragedia: Halina nie miała pokarmu. Potworny stres sprawił, że z jej piersi nie popłynęła ani kropla mleka. Karmiła więc syna kaszą, którą przelewała przez sito i podawała łyżeczką do buzi. Sama w gorączce, osłabiona po porodzie, marzyła tylko o łyku wody. Ale jej zdobycie graniczyło z cudem – krany i studnie były pod niemieckim ostrzałem. Tata ryzykując życie stał godzinami w kolejce, żeby przynieść choć rondelek.

Mijały dni i noce. W przerwach między bombardowaniami siostra Haliny biegała do mieszkania, przynosząc prześcieradła, poszewki, ścierki. Służyły jako jednorazowe pieluszki – nie było jak ich prać, więc brudne trzeba było wyrzucać. Do innych kawałków prześcieradła sypały odrobinę cukru, moczyły pakunek w wodzie i dawały chłopcu do ssania, żeby choć trochę oszukać głód. Halina nie wypuszczała syna z rąk. Za wszelką cenę chciała go ochronić, chociaż wiedziała, że tak naprawdę niewiele może. Śmierć z wycieńczenia albo zasypanie żywcem pod gruzami były tak bardzo realne… Nocami nie spała – budziła się co chwilę, żeby spojrzeć na syna. Staś nie płakał – był wycieńczony, nie miał na to sił. Ale żył, ciągle, mimo wszystkich okropieństw, smrodu, brudu i głodu – żył. Halina też żyła – choć lepiej chyba powiedzieć: wegetowała. Otępiała, obojętna na wszystko, co działo się wokół. Myślała tylko o Stasiu.

 

Wykończeni

Początkowo mogła liczyć na pomoc sąsiadów – wspierali, robili co mogli, żeby ulżyć młodej matce. Potem jednak każdy myślał już tylko o tym, żeby przeżyć. Ludzkie odruchy poszły w zapomnienie, każdy chciał ratować siebie. Ludzie na przemian przeklinali i modlili się. Byli wykończeni.

Gdy Staś skończył miesiąc, postanowili przedostać się do Józka, walczącego w okolicach Politechniki. Pozostanie w domu nie miało sensu – wypalone mury w każdej chwili mogły runąć. W deszczu i huku spadających bomb czekali na możliwość przejścia przez barykady na Alejach Jerozolimskich. Jakimś cudem udało się – dotarli w odległą część Śródmieścia i odnaleźli męża Haliny. Józkowi udało się umieścić rodzinę w jednym z mieszkań, ale po kilku dniach bombardowanie dosięgło i tę okolicę. I znowu piwnica, ciemność, zimno, głód… Halina zaczęła zazdrościć Józkowi – żołnierze walczący na barykadach mieli chwile wytchnienia, umilali sobie życie – organizowano nawet koncerty dla podniesienia morale. Ona walczyła bez najmniejszej przerwy, ze wszystkich sił walczyła, aby utrzymać Stasia przy życiu.

Kiedy Niemcy zaczęli metodycznie, budynek po budynku, wyburzać kolejne ulice, była przekonana że to koniec. I wtedy zdarzył się cud. Bomba zrzucona na kamienicę, w której się ukrywała… nie wybuchła. Podobny cud przydarzył się Józkowi – bomba przebiła kilka pięter i zatrzymała się w jego pokoju.

Pod koniec września Halina była u kresu sił. Chwilami żałowała, że zrzucona na ich kamienicę bomba nie wybuchła – gdyby zginęła, nie musiałaby się już męczyć. Kłóciła się z Józkiem, ciągle pełnym zapału i wiary w powodzenie powstania. Kiedy przyszła wiadomość o kapitulacji, młoda mama ucieszyła się, co rozzłościło jej męża. On chciał nadal walczyć, za wszelką cenę. Ona wiedziała, że cena już była zbyt wysoka.

 

To, że żyją, to cud

Po kapitulacji Józek poszedł z kolegami do obozu jenieckiego. Halina ze Stasiem na ręku dotarła pieszo do Pruszkowa, skąd bydlęcymi wagonami wywieziono ich w okolice Koniecpola. Tam umieszczono ich u okolicznych gospodarzy. Trudy dwóch miesięcy powstania odbiły się na ojcu Haliny, który zmarł kilka dni po przybyciu na wieś. Zrozpaczona Halina została sama – siostrę już wcześniej odłączono. Wiedziała, że bez pomocy nie przetrwa. Przypomniało jej się, że rodzina Józka mieszka pod Grójcem. Wyruszyła – trochę furami, trochę pociągiem. W Grójcu spotkała ciotkę męża. Okazało się, że schroniła się u niej cała rodzina, w tym dziadkowie Stasia. Wreszcie byli bezpieczni…

Po wyzwoleniu wrócili do Warszawy. Po prawie roku do domu wrócił także Józek, ciężko ranny w ataku sowietów na ciężarówki z jeńcami wojennymi. Halina przeżyła z Józkiem 64 lata. Oprócz Stasia doczekali się jeszcze dwóch córek, Lidki i Halinki, potem pięciorga wnucząt. To, że przeżyli, do dziś uważają za cud…

Korzystałam z książki Anny Herbich „Dziewczyny z Powstania” (wyd. Znak 2014) oraz wywiadu z Haliną Wiśniewską, umieszczonego na stronie https://www.1944.pl/