Aleteia.pl - pozytywna strona Internetu w Twojej skrzynce e-mail

Nie możesz nas wesprzeć finansowo?

Możesz to zrobić na 5 innych sposobów:

  1. Módl się za nasz zespół i powodzenie naszej misji
  2. Opowiedz o Aletei w swojej parafii
  3. Udostępniaj nasze treści rodzinie i przyjaciołom
  4. Wyłącz AdBlocka, kiedy do nas zaglądasz
  5. Zapisz się do naszego newslettera i czytaj go codziennie

Dziękujemy!
Zespół Aletei

 

Katolicki portal bez polityki. Wesprzyj nas!

Aleteia

Luis Armstrong: bez wiary w Boga nie byłoby jazzu

LOUIS ARMSTRONG
akg-images/EAST NEWS
Udostępnij

"A czym myślisz były spirituals, blues, jeśli nie hymnem, naszym uwielbieniem dla Boga?Jak mógłbyś myśleć, że Afrykańczycy mogliby wytrzymać na plantacjach bez Niego, bez wiary, bez nadziei w Boga?" - miał powiedzieć Armstrong do włoskiego dziennikarza.

„What A Wonderful World” zna i potrafi zanucić chyba każdy, tak jak słynną piosenkę „Hello Dolly” w niezwykle ekspresyjnej interpretacji Armstronga.

 

Trudne Dzieciństwo

Barwny Nowy Orlean wieczorową porą. Kilkuletni Luis ukradkiem wymyka się z ubogiego mieszkania na peryferiach, aby słuchać muzyki w pobliskich pubach, jakich było sporo. To była dla chłopca najlepsza rozrywka i odskocznia od smutnego dzieciństwa. Codziennie widział jak mama pracuje ponad siły od rana do wieczora, aby utrzymać jego i siebie. Ojciec Luisa porzucił ich oboje, nie radząc sobie sam ze sobą, z chorobą alkoholową i brakiem stałej pracy.

Zdarzało się, że matka Luisa Armstronga, szukała wieczorami syna w tej czy innej knajpce i dosłownie wyciągała spod stołu, kiedy Luis był świadkiem awantur podchmielonych słuchaczy. Ale te przykre incydenty nie przysłoniły chłopcu radości słuchania muzyki: zwyczajnie na ulicach Nowego Orleanu, czy w pobliskich barach i knajpkach.

Wszędzie można był usłyszeć muzykę improwizowaną, zwłaszcza ulubione przez Luisa solówki płynące z trąbki, saksofonu czy klarnetu. Luis jest wielkim fanem orkiestry Joe Oliwiera, najlepszej w Nowym Orleanie. Oliwier ulubiony przez wszystkich, od czasu do czasu wyróżnia małego Luisa… i daje mu do potrzymania trąbkę. Chłopiec marzy, aby i on mógł w przyszłości zagrać na tym niezwykłym, magnetycznym instrumencie.

 

Dom w przytułku

Noworoczne świętowanie i noce w Nowym Orleanie były zawsze gorące: muzyka afrykańska, sztuczne ognie, ale też strzelanie z broni. Luis również postanowił przyłączyć się do sylwestrowej gorączki, mając w ręku pistolet, wyciągnięty z starego kuferka. Ale świętowanie nie trwało długo, bo został zatrzymany przez policjanta. Luis pomimo wielkich próśb i błagań o wypuszczenie z rąk władzy, został zaprowadzony do przytułku dla opuszczonych dzieci.

Tak wspominał to po latach w swoich prasowych wypowiedziach: „Kiedy przyszliśmy do przytułku, zobaczyłem, że wszyscy siedzieli przy długim stole, na którym stał wielki garnek z fasolą. Zrobiło mi się bardzo smutno, nie byłem w stanie jeść, bo bardzo tęskniłem za domem”.

Luis, delikatnie ujmując, miał trudności adaptacyjne. Trudno było uwierzyć, że się chłopiec zmieni na lepsze. Jedyną osobą, która dostrzegła w zbuntowanym Luisie potencjał muzyczny, był szef orkiestry, Peter Davis, który zapytał go, czy chciałby grać w orkiestrze.

To było spełnienie dziecięcych marzeń Luisa. Kiedy otrzymał trąbkę ćwiczył w każdej wolnej chwili! Chłopiec został wyróżniony, grał m.in. rano na pobudkę i co wieczór na ciszę nocną. Powiedzenie, że „nie ma tego złego, co by na dobre nie wyszło”, w przypadku Luisa było wręcz opatrznościowe: w przytułku mieszkał 1,5 roku, wystarczająco, aby się nauczyć podstaw gry na trąbce. Kiedy w orkiestrze brakuje kogoś, kto gra na trąbce, Luis z wielkim entuzjazmem zastępuje muzyka. Od Joe Oliwiera otrzymuje w prezencie wymarzoną trąbkę i razem tworzą świetny duet, grający muzykę improwizowaną, coraz częściej nazywaną przez wszystkich jazzem. Świat zaczyna słyszeć charakterystyczne dźwięki i tony Luisa Amstronga.

 

Rodzina, miłość i małżeństwo

Jasnym punktem, w trudnych życiowych zmaganiach Luisa była jego mama Mary Ann, o której mówił: „Była kobietą o miłej twarzy i bardzo pięknej duszy. Pracowała ciężko, aż strach pomyśleć”.

Armstrong na początku swojej drogi muzycznej grał w lokalach, a potem zaczął grywać na statkach, jak mawiał, „o wielkich kołach”, które woziły podróżnych w górę i dół Mississipi. Joe Oliwier, który przeniósł się do Chicago, zaprasza Luisa do swojej orkiestry, mówiąc, że na pewno zmieni się jego życie. I rzeczywiście tak się stało. Luis po wielu latach, tak wspomina ten moment: „Kiedy stanąłem pod drzwiami klubu i usłyszałem, jak wspaniale gra Joe i jego zespół, pomyślałem: nie, ja nie potrafię tak grać, jak oni! Ale już następnego wieczora zacząłem grać w orkiestrze: to była piękna chwila. I tak to się zaczęło”.

W orkiestrze Luis poznaje pianistkę Lil Hardin, która widzi w młodym trębaczu wielki talent. Zaczyna wspierać Luisa i uczyć muzyki, jako jedyna, która w orkiestrze ukończyła akademię muzyczną. W naturalny sposób przyjaźń i troska przerodziły się w miłość. Zawierają związek małżeński, a w życiu Luisa pojawiają się lata niezwykłego, twórczego rozwoju i niezapomnianych nagrań. Jednak, jak podkreślał muzyk, nie był tak wytrwały w miłości jak w muzyce.

 

To cud, że swoją trąbką nie wymiotę całej publiczności

Szybko rozwija się sława charyzmatycznego trębacza. Muzyk zostaje zaproszony do Nowego Jorku, a na plakatach widnieją napisy: Luis Armstrong „Najwspanialsza trąbka świata”. Fenomen talentu muzyka, który potrafi wygrać 300 kolejnych tonacji C dur, w sposób idealnie czysty i przejrzysty. „To cud, że swoją trąbką nie wymiotę całej publiczności”, żartował artysta. Zdarzało się, że razem z orkiestrą koncertował cztery razy dziennie! Publiczność zawsze wiwatowała „jeszcze jedno solo”. Ciężko! Ale Luis powtarzał w duchu „wytrzymam, dam radę”.

Płyty z nagraniami Armstronga rozchodzą się w milionach egzemplarzy i przekraczają magiczny Atlantyk. Z dnia na dzień rośnie grono słuchaczy muzyka w Europie, dlatego zaczyna trasę koncertową na starym kontynencie, mając ponad trzydzieści lat.

Jest kochany i podziwiany, dlatego chętnie tu wraca i koncertuje prawie we wszystkich europejskich stolicach. Nazwisko Armstrong to symbol jazzu. Podczas swoich koncertowych wojaży w Europie był przyjmowany przez królów i prezydentów odwiedzanych krajów z wielkim szacunkiem. Trudno w to uwierzyć, ale w tym samym czasie (a były to lata 30 i 40 ubiegłego wieku) w swojej rodzimej Ameryce na Południu zdarzało się, że nie mógł normalnie przenocować w hotelu, który był „tylko dla białych”.

 

Czy naprawdę wiesz, kim jest Bóg

W czasie jednej ze swoich podróży po Europie, będąc w Rzymie, Amstrong poprosił o audiencję u Piusa XII i został życzliwie przyjęty. W czasie spotkania słynny muzyk zwierzył się papieżowi, że nie ma dzieci, a papież odpowiedział, że będzie się za niego modlił.

Artysta chętnie i często rozmawiał z dziennikarzami, którzy towarzyszyli mu w niejednej trasie koncertowej. Wypowiadał się nie tylko na tematy muzyczne, ale też np. o połączeniu jazzu z wiarą. Oto, co mistrz trąbki powiedział włoskiemu dziennikarzowi Carlo Mazzarella dla „Il Giorno”: „Od dawna chciałem ci o tym powiedzieć, (…) zrozumiałem niestety, że nie jesteś wierzący. Nie chce ci wygłosić kazania, szanuje wszelkie poglądy, ale z tobą to inna sprawa: mówisz, że kochasz jazz, poświęciłeś tej muzyce wiele lat życia. Twój dom w Rzymie pełen jest moich płyt i starej muzyki z Nowego Orleanu. Dlatego musze ci powiedzieć, że niewiele zrozumiałeś z muzyki jazzowej. Jak mógłbyś ją zrozumieć, jeśli nie wierzysz w Niego? A czym myślisz były spirituals, blues, jeśli nie hymnem, naszym uwielbieniem dla Boga?Jak mógłbyś myśleć, że Afrykańczycy mogliby wytrzymać na plantacjach bez Niego, bez wiary, bez nadziei w Boga?”.

Historia życia Luisa Armstronga, w którym musiał pokonać niejedną „ciemną dolinę” jest opowieścią o „Wonderful World”, który mimo wielu przeciwności można przeżyć dobrze. Wystarczy wyruszyć w podróż i otworzyć się na nieznane.

Newsletter
Aleteia codziennie w Twojej skrzynce e-mail