Aleteia.pl - pozytywna strona Internetu w Twojej skrzynce e-mail

Nie możesz nas wesprzeć finansowo?

Możesz to zrobić na 5 innych sposobów:

  1. Módl się za nasz zespół i powodzenie naszej misji
  2. Opowiedz o Aletei w swojej parafii
  3. Udostępniaj nasze treści rodzinie i przyjaciołom
  4. Wyłącz AdBlocka, kiedy do nas zaglądasz
  5. Zapisz się do naszego newslettera i czytaj go codziennie

Dziękujemy!
Zespół Aletei

 

Katolicki portal bez polityki. Wesprzyj nas!

Aleteia

Ciało, które trenujemy, oddaje nam to z nadwyżką w sferze ducha. Boli? Musi boleć, ale warto!

STRONG
Udostępnij

Czy przypadkiem jako ludzie wierzący nie doceniamy roli ciała w życiu duchowym? Jako nastolatek dowiedziałem się, że mam nowotwór. Najlepsze jest to, że miesiąc wcześniej się nawróciłem. Myślę, że było to pewne przygotowanie na to, co mnie czekało.

Z trenerem personalnym Piotrem Podczaskim rozmawia Jarosław Kumor.

Jarosław Kumor: Od dziecka lubiłeś sport?

Piotr Podczaski: Do 6-7 roku życia rozwijałem się jak każde małe dziecko – podwórko, piłka, robienie swoich baz… Potem przyszła Pierwsza Komunia Święta. Inne dzieciaki dostawały zwykle rowery, a ja dostałem komputer.

To spowodowało, że izolowałem się od świata i aktywności fizycznej. Gry komputerowe nauczyły mnie systemu szybkiej nagrody, a wysiłek był czymś zbędnym. W efekcie w podstawówce lekcje WF-u były koszmarem. Wszystko mnie bolało i dyszałem jak szalony. Rodzina niestety nie była tu żadnym wsparciem.

Ale z tego co pamiętam, rodzice zapisali cię w pewnym momencie na judo.

Tak, choć nie byłem nigdy pasjonatem tego sportu. Bardzo mi pomógł jeśli chodzi o kręgosłup, bo w końcu siedząc przy grach komputerowych, mocno go sobie nadwyrężyłem, ale jednocześnie była to przyczyna drwin ze strony rówieśników. Odbierałem ten sport jako mało przyjemny obowiązek. Musiałem się cały czas przełamywać, a dzieckiem komputera (właściwie wtedy już nastolatkiem) byłem cały czas.

Czy to wtedy przyszła ta najgorsza wiadomość?

Tak. Dowiedziałem się, że mam nowotwór. Najlepsze jest to, że miesiąc wcześniej się nawróciłem. Myślę, że było to pewne przygotowanie na to, co mnie czekało. W trakcie chemioterapii ciągle towarzyszyło mi pragnienie, żeby móc sobie po prostu pobiegać. Marzyłem o tym.

Chciałem poczuć się jakoś normalnie. Bo podczas chemioterapii jest tak, że masz 50 lat więcej – wszystkie procesy są spowolnione, czujesz ból, nic ci się nie chce, wymiotujesz.

Zaraz po zakończeniu leczenia zacząłem więc biegać i był to punkt zwrotny w moim dbaniu o ciało. Z czasem przyszedł crossfit – bardzo wysiłkowy, wydolnościowy trening, w którym dajesz z siebie wszystko przez godzinę non stop. To był taki czas, kiedy chciałem sobie udowodnić, że coś potrafię, bo w młodości cały czas byłem raczej poniżany. Wmawiano mi, że jestem słaby.

Czy to był moment, gdy w twoim życiu pojawił się pewien kult ciała?

Wtedy bardziej robiłem to dla dobrego samopoczucia. Kult ciała zaczął się nieco później, wraz z rozpoczęciem przeze mnie pracy trenera. Wszedłem w środowisko, w którym głównie liczy się to, jak wyglądasz.

Większość osób była w trakcie, przed albo po zażywaniu środków dopingujących. Widziałem jak to na nich oddziałuje. Przesiąkłem tym środowiskiem, choć nigdy nie brałem, nie zamierzam i nie polecam sterydów. Jednak, jak mówi przysłowie, z kim przestajesz, takim się stajesz – zacząłem bardzo mocno zwracać uwagę na ten estetyczny aspekt, wynikający z ćwiczeń.

Wszedłem też w związek, w którym to bardzo mocno dla mnie i dla mojej partnerki się liczyło. Miałem motywację zewnętrzną – przypodobać się. W ciągu roku przybrałem na masie 28 kg i zrzuciłem 28 kg. Było to ogromne i niepotrzebne obciążenie dla mojego ciała i psychiki.

Przyszedł w końcu moment, kiedy aktywność fizyczna i duchowość zaczęły w twoim życiu iść w parze i tak jest do tej pory. Czy dobrze to rozumiem?

Owszem – teraz tak jest, ale to połączenie przychodziło z czasem. Podejmując jakikolwiek wysiłek fizyczny, musisz czuć, że to wychodzi z ciebie i nikt ci tego nie narzuca. Znajdujesz w tym jakiś swój rytm, którego nikt nie jest w stanie skopiować ani opisać.

Faktem jest, że przez 90% czasu poświęconego na trening twoje ciało się męczy. Odczuwasz ból, przychodzą momenty zniechęcenia. Ja przekuwam to na myślenie, że nigdy nie jestem wtedy sam. To cierpienie pokazuje mi sens tego, gdzie jestem i jak wysoko mogę podnieść sobie jeszcze poprzeczkę.

Bo my ciągle jesteśmy w drodze – i fizycznie, i duchowo. Kiedy się zatrzymamy, może przez chwilę będzie nam dobrze, ale po czasie będziemy rozglądać się w pewnej pustce i zaczniemy się cofać.

Poza tym, jeśli chodzi o połączenie wiary i treningu, często jest tak, że gdy mam trudny trening i ktoś „ciśnie” mnie ostro, to po prostu ofiaruję to cierpienie w jakiejś intencji lub jako pokutę. Wtedy jest o wiele łatwiej.

Pomyślałem, że mięśnie które rosną, muszą boleć. Czy możemy tak na to spojrzeć i powiedzieć, że rozwój duchowy też musi boleć?

Z pewnością tak jest. Co ciekawe, w trakcie treningu, kiedy twoje ciało mówi ci, że osiągnąłeś maksimum, to nigdy nie jest to prawda. Każdy sportowiec to potwierdzi. Dlatego tak ważna jest rola trenera.

Nawet jeśli ktoś jest olimpijczykiem, mistrzem świata, to nigdy nie zrobi treningu samemu na takim poziomie, jakby zrobił go z trenerem. To trener wie, gdzie jest twoje 100%. Tak samo jest w życiu duchowym. Mamy poczucie swojego limitu, być może obrażamy się na Pana Boga, bo myślimy, że w czymś nie damy rady, a Bóg wie, na ile nas stać. To jest swego rodzaju trening – takie dokładanie ze strony Pana Boga.

Trening fizyczny polega na tym, że przemęczamy swoje ciało, żeby ono przystosowało się do kolejnego wysiłku z nadwyżką i myślę, że tak samo jest w życiu duchowym, rozwoju osobistym, rozwoju umysłowym. Te granice trzeba przekraczać, wychodzić ze strefy komfortu, żeby się rozwijać.

Kiedy obserwujesz z jednej strony ludzi, których prowadzisz na treningach, a z drugiej inicjatywy, w których uczestniczysz od strony duchowej, to czy zauważasz, że jako ludzie wierzący nie doceniamy roli ciała w życiu duchowym?

Mam wrażenie, że często osoby, które się nawróciły, zbliżyły do Pana Boga, czują, że rozwój duchowy to jedyny, jaki powinny praktykować w swoim życiu. A tymczasem trenowanie ciała zdecydowanie sprzyja pogłębianiu duchowości.

Nauka potwierdza, że jeśli nasze ciało jest regularnie trenowane, pozwala nam to zapobiegać depresji, lepiej się wysypiać, działa pozytywnie na wszystkie układy i odmładza. A dzięki lepszym procesom myślowym jesteśmy w stanie dawać więcej dobra, wychodzić poza pewną bańkę, w której przerabiamy wszystkie nasze problemy, możemy obiektywnie na coś spojrzeć, przychodzą lepsze pomysły do głowy. To są dobre warunki do rozwoju życia duchowego. Takie jest moje doświadczenie. Ciało, które trenujemy, o które dbamy, oddaje nam to z nadwyżką.

To co mówisz, przypomina mi, że przecież w teologii mówi się o ciała zmartwychwstaniu. Czy skoro Bóg stworzył nas w ciele, to mamy o nie dbać, tak jak o ducha?

Jest to dla mnie nowe odkrycie, ale to jak najbardziej ma sens. Ilekroć skłaniam się bardziej w którąś stronę, to nagle nie układają mi się relacje z ludźmi, mam doświadczenie pewnego nieuporządkowania.

Kiedy trenujemy swoje ciało, ale też czytamy książki, bierzemy się za siebie emocjonalnie, badamy swoje serce, dbamy, by Bóg był na pierwszym miejscu w tym wszystkim, to łączy nam się to wspaniale w jedną całość. Można wtedy w pełni korzystać z dobra, które Pan Bóg nam dał. Łatwiej nam o postawę wdzięczności wobec Boga. Mamy wyostrzone zmysły. Po prostu żyjemy pełniej.

Newsletter
Aleteia codziennie w Twojej skrzynce e-mail