Aleteia.pl - pozytywna strona Internetu w Twojej skrzynce e-mail

Nie możesz nas wesprzeć finansowo?

Możesz to zrobić na 5 innych sposobów:

  1. Módl się za nasz zespół i powodzenie naszej misji
  2. Opowiedz o Aletei w swojej parafii
  3. Udostępniaj nasze treści rodzinie i przyjaciołom
  4. Wyłącz AdBlocka, kiedy do nas zaglądasz
  5. Zapisz się do naszego newslettera i czytaj go codziennie

Dziękujemy!
Zespół Aletei

 

Aleteia

„Jest mi trudno” zamiast „jestem do niczego”

woman; forest
Udostępnij

Celem istnienia żadnego człowieka nie jest nadawanie się do użycia. Ale życie. Przyjmowanie jego bogactwa i piękna.

Na to, że możemy sobie mówić „jestem do niczego”, składa się wiele czynników. Jedne z nich są bardziej poza nami – jak presja społeczna czy iluzoryczne idee sukcesu, a inne mieszkają w nas, wrośnięte w szpik i krążące z czerwonymi krwinkami. Nie przynoszą jednak życiodajnego tlenu. Raczej trują. Raczej po cichu i latami budują nowotworowe tkanki. „Jestem do niczego” odbiera nadzieję. Pozbawia perspektywy. I bardzo boli.

 

Znowu ci nie wyszło

„Jestem do niczego” może być refrenem, który słyszałeś/słyszałaś jako dziecko. „Znowu ci nie wyszło”. „Czwórka minus? A były jakieś piątki?”. „Widzisz, co zrobiłeś!”. Jednak przecież nie tylko o słowa chodzi. Rzecz zabierana z rąk z tekstem: „ja zrobię to szybciej” (a także „lepiej”). Pomijanie, bo przecież wiadomo, że on/ona i tak sobie nie poradzi. Realne doświadczanie bezsilności. Gdy rodzice się kolejny raz kłócą. Gdy tata bije brata albo siostrę i można tylko stać i patrzeć w przerażeniu. Gdy ktoś bliski choruje albo umiera i nie ma nikogo, kto pomoże to przeżyć. Wiele okoliczności może składać się na to, że słowa „jestem do niczego” będą pierwszymi pod ręką. „Nic nie mogę i nic nie znaczę”.

Warto spojrzeć na utylitaryzm, o jakim opowiadają. Na przekonanie, że jest się wartościowym tylko wtedy, jak się jest „do czegoś”. Że w życiu chodzi o to, by nadawać się do użycia. Być jak najnowszej generacji smartfon z zawsze naładowaną baterią, sprawnym systemem i wystarczającą pamięcią. Jest w tym mówieniu „jestem do niczego” wielkie okrucieństwo. Mówić tak sobie – to traktować siebie jak rzecz. Zepsutą, nieużyteczną. A przecież ja nie jestem po to. Nikt nie jest po to.

 

Nie używaj

Celem istnienia żadnego człowieka nie jest nadawanie się do użycia. Ale życie. Przyjmowanie jego bogactwa i piękna. Przyjęcie do końca daru istnienia. Doświadczania, widzenia, słyszenia, smakowania i kontaktu. Doświadczania mokrości wody i ruchu powietrza. Widzenia zachodu słońca i ważki chodzącej po kałuży. Słyszenia śpiewu ptaków i małej myszy skrobiącej za ścianą. Smakowania malin prosto z krzaka i zupy według nowego przepisu. I tego, co ubogaca najbardziej – kontaktu z sobą i z drugim człowiekiem. Wzajemnej wymiany. Przyjmowania darów wspierających moje życie i ubogacania drugiego.

Mimo goryczy i okrucieństwa tego „jestem do niczego” – rozumiem dobrze, że to próba poradzenia sobie. Nieudolna, jedyna dostępna. Zgodna z tym, czego się nauczyliśmy: że trzeba siebie ukarać. Że jak się sobie albo komuś dowali, to nastąpi rozwój. Że człowiek jest wartościowy tylko wtedy, jak mu się coś udaje albo idzie po jego myśli. Że nie wolno popełniać błędów oraz że mamy moc tak sprawić, że ich nie popełnimy. I wtedy w wyniku naszych działań nikt nie będzie smutny albo zawiedziony. I nie zawiedziemy samych siebie.

 

Jest mi trudno

Może warto spróbować inaczej. Niekoniecznie od razu eliminować „jestem do niczego” i dowalać sobie potem za dowalenie sobie – ale dołożyć sobie nową strategię (jak mawia Agnieszka Stein, łatwiej jest strategie dokładać niż eliminować). I gdy w głowie mamy takie myśli o byciu do niczego, powiedzieć sobie: „jest mi trudno”. I zobaczyć, jak powoli, dzień po dniu, nasz świat zacznie się zmieniać.

Mam to wyrażenie pod ręką już od dłuższego czasu i wydaje mi się, że zaczęłam to robić przypadkiem. Kilka lat trwa moja fascynacja Marshallem Rosenbergiem i komunikatem „ja”, poprzedzonym głębokim kontaktem z sobą. Gdy jest mi źle, gdy ogarnia mnie wściekłość albo smutek bez dna, szukam, o co mi chodzi. Marshall pisał, że warto wtedy nazwać swoje uczucia, ale to dla mnie droga jak stąd do Lizbony. Dlatego w swoim jeszcze nadal analfabetyzmie, który umie powiedzieć jedynie „smutna”, „zła” albo „przerażona” i „bezsilna” z całej listy uczuć, zaczęłam sięgać po to pierwsze: „jest mi trudno”. Pierwszy gest przyjaźni wobec siebie. Gałązka oliwna empatii dla tego, czego nie umiem.

„Jest mi trudno” umożliwia ważne odkrycia. Dlaczego jest mi trudno? Co fizycznie się dzieje (czy się wyspałam?, czy coś mnie boli?). Jakie myśli powodują, że jest mi trudno? Czy te myśli są prawdziwe? Co mogłabym zrobić, żeby sobie pomóc i żeby było łatwiej?

Newsletter
Aleteia codziennie w Twojej skrzynce e-mail