Aleteia.pl - pozytywna strona Internetu w Twojej skrzynce e-mail

Nie możesz nas wesprzeć finansowo?

Możesz to zrobić na 5 innych sposobów:

  1. Módl się za nasz zespół i powodzenie naszej misji
  2. Opowiedz o Aletei w swojej parafii
  3. Udostępniaj nasze treści rodzinie i przyjaciołom
  4. Wyłącz AdBlocka, kiedy do nas zaglądasz
  5. Zapisz się do naszego newslettera i czytaj go codziennie

Dziękujemy!
Zespół Aletei

 

Katolicki portal bez polityki. Wesprzyj nas!

Aleteia

Prosta historia o „małym i niezauważalnym”

LOTNISKO
Unsplash | CC0
Udostępnij

Nawet najbardziej szczegółowo zaplanowana pielgrzymka czy wycieczka ma prawo totalnie się nie udać. Często z zupełnie niezależnych przyczyn. Z powodów, na które nie będziemy mieli najmniejszego nawet wpływu. Tak też mogło być i tym razem. Ale nie było. Oto dlaczego…

Często zdaje się nam, że pewne układające się zgodnie z naszym planem rzeczy to wyłącznie kwestia przysłowiowego „dobrego losu”. Niektórzy nazywają go „przypadkiem”. Inni „łutem szczęścia”. I może mieliby rację, gdyby taki „przypadek” zdarzył się raz. W momencie jednak, gdy liczba wspomnianych „łutów szczęścia” zaczyna bardzo mocno się zagęszczać, zaczynamy się zastanawiać. Czy to aby na pewno wyłącznie fart?

Tak było w przypadku mojej niedawnej pielgrzymki. Leciałem jako pilot-przewodnik z niespełna pięćdziesięcioosobową grupą do Portugalii i Hiszpanii. Lubię te miejsca. Są nad wyraz maryjne. Wiele tam pokoju. Sprzyjającej modlitwie atmosfery. I uśmiechniętych, wciąż niepretensjonalnych ludzi.

Jednak nawet najbardziej szczegółowo zaplanowana pielgrzymka, czy wycieczka ma prawo totalnie się nie udać. Często z zupełnie niezależnych przyczyn. Z powodów, na które nie będziemy mieli najmniejszego nawet wpływu. Tak też mogło być i tym razem. Ale nie było. Oto dlaczego…

 

Było tak blisko

Pana Andrzeja zobaczyłem jeszcze na lotnisku przed zbiórką grupy. Miał bardzo marsową minę. Trzymał się kurczowo za brzuch. Twierdził, że chyba się otruł, bo od południa bardzo boli go żołądek. Próbował wszystkiego. I lekarstw, i ziół. Ból jednak nie przechodził. A do naszego odlotu została ledwie nieco ponad godzina.

Pan Andrzej nadał bagaż, odprawił się i przeszedł przez kontrolę osobistą. Zdecydował się zaryzykować. Tak bardzo chciał zobaczyć Fatimę. Ból jednak nie ustawał. Wprost przeciwnie. Raczej się nasilał. Cierpiący pielgrzym poprosił o pomoc. Wtedy się zaczęło. Przy pomocy księdza-opiekuna duchowego oraz obsługi lotu zdecydowaliśmy się wezwać lotniskowego lekarza.

– Ten pan nigdzie nie poleci. Kierujemy go prosto do szpitala – usłyszałem w słuchawce, gdy pan Andrzej przekazał oglądającemu go lekarzowi mój numer. – Lecicie bez niego.

Po wylądowaniu w Lizbonie było już jasne. Z Polski przyszła informacja, że to nie żołądek bolał pana Andrzeja. A woreczek żółciowy. Już zaczął się rozlewać. Jego przelot do Lizbony mógł być więc dla niego śmiertelnym zagrożeniem. Nie mówiąc już o tym, co zaczęłoby się dziać po wylądowaniu. Szpital, horrendalne koszty pobytu w klinikach… A wszystko przy jednoczesnym prowadzeniu pozostałej części grupy.

Brakowało naprawdę niewiele. Od wejścia na pokład dzieliły pana Andrzeja minuty. Powoli docierało do mnie, jak bardzo byliśmy blisko. I pan Andrzej, i my. Jako pielgrzymi, jako opiekunowie.

– Pan chyba wie, że to nie był przypadek… – zagadnie do mnie podczas kolacji pan Arkadiusz, jeden z pątników. – Ma pan komu dziękować. I ten pan także…

 

Zaginiona walizka

To nie było koniec „dziwnych zbiegów okoliczności” na tym wyjeździe. Było ich jeszcze trochę. Choćby w ostatnim dniu pielgrzymki. Gdy pewna pani przez roztargnienie wystawiła swoją walizkę na hotelowy korytarz. Tak się złożyło, że leżały tam już bagaże innej grupy. Brazylijskiej. Której kierowca właśnie przechadzał się po hotelu, zbierając walizki do podstawionego przez siebie autokaru.

– Nie ma mojej walizki… – pani Olga z zafrapowaną miną zaczepiła mnie przy recepcji.
– Jak to?
– Wystawiłam przed pokój i ktoś ją zabrał.

Nie będę tu koloryzował. Trudno w takiej sytuacji opanować złość. Trudno o zrozumienie. Gdy czas nagli, gdy trzeba jechać na lotnisko, gdy wszyscy pielgrzymi czekają już w samolocie… Nie ma czasu do stracenia. Pomóc jednak trzeba. Ale do kogo się wtedy zwrócić?

– Pan się nie martwi… – siedząca z przodu autobusu pani Danusia, widząc moje przejęcie i zdenerwowanie, spojrzała z dobrocią. – Anioł Stróż już się zajmuje tą walizką. Na pewno się znajdzie.

I rzeczywiście. Brazylijska grupa okazała się jechać na lotnisko. Mając w dodatku lot później od nas. Finalnie wszystko skończyło się dobrze. I walizka się znalazła. I na pokład samolotu zdążyliśmy na czas.

 

Najmniejsze, proste rzeczy

Pozostawało tylko pytanie: czy czasem nie za wiele tu tych „dobrych przypadków”? W dodatku w tak krótkim czasie. Czy czasem nie za wiele tych „zrządzeń losu”? Jeden po drugim?

Kto wie? Może i czytający w tej chwili ten tekst miał dziś zupełnie podobne doświadczenie. A może nawet tego nie zauważył? Jak ułożone „zupełnym przypadkiem” okoliczności sprawiły, że udało się wykonać plan, dojechać do pracy na czas czy rozwiązać – zdawałoby się – nierozwiązywalną sprawę…

W takich sytuacjach pozostaje bezradnie rozłożyć ręce… by po chwili złożyć je w geście pokornej modlitwy. Dziękczynnej. Wielbiącej dobrego Boga. Za wszystko. Przede wszystkim za te wszystkie „maleńkie cudeńka”. Niezliczone. Tak częste, że zazwyczaj niezauważalne. A przez to jeszcze piękniejsze. Podziękujmy zatem. Również teraz.

Newsletter
Aleteia codziennie w Twojej skrzynce e-mail