Aleteia.pl - pozytywna strona Internetu w Twojej skrzynce e-mail

Nie możesz nas wesprzeć finansowo?

Możesz to zrobić na 5 innych sposobów:

  1. Módl się za nasz zespół i powodzenie naszej misji
  2. Opowiedz o Aletei w swojej parafii
  3. Udostępniaj nasze treści rodzinie i przyjaciołom
  4. Wyłącz AdBlocka, kiedy do nas zaglądasz
  5. Zapisz się do naszego newslettera i czytaj go codziennie

Dziękujemy!
Zespół Aletei

 

Katolicki portal bez polityki. Wesprzyj nas!

Aleteia

„Ustawialiśmy się w kolejce do ubikacji i w ciszy modliliśmy się”. Podziemna ewangelizacja w gułagach Korei Północnej

Udostępnij

W ciągu minionego roku znacząco nasiliło się prześladowanie chrześcijan w Korei Północnej. Informują o tym dysydenci, którym udało się zbiec z tego kraju, gdzie wyznawanie każdej innej religii poza kultem wodza Kim Dzong Una traktowane jest jako zbrodnia polityczna. Szacuje się, że w komunistycznych gułagach przetrzymywanych jest nawet 70 tys. wyznawców Chrystusa.

Działanie podejmowane ostatnio przez koreańskie władze pozwalają przypuszczać, że trwa zmasowana akcja polowania na chrześcijan. Odbywają się naloty na domy ludzi podejrzanych o bycie uczniami Chrystusa, poszukuje się w nich Biblii, krzyży i innych oznak wiary. Znalezienie czegokolwiek może zakończyć się śmiercią, a w najlepszym wypadku zesłaniem do obozu pracy.

 

Wiara przeżywana w ukryciu

Podobnie dzieje się, gdy ktoś zostanie przyłapany na prywatnej modlitwie. Informuje o tym Lee (nazwisko utajnione ze względów bezpieczeństwa), której udało się ostatnio uciec z Korei Północnej. Informuje ona o aresztowaniach całych rodzin, ludziach, którzy znikają bez śladu i liczących po kilka tysięcy dolarów łapówkach za darowanie wolności dla skorumpowanych urzędników państwowych, żyjących w biedzie jak większość społeczeństwa.

Nie ma dokładnych informacji, ale według ostrożnych sondaży szacuje się, że w Korei Północnej wciąż żyje około 400 tysięcy chrześcijan, którzy przeżywają swą wiarę w ukryciu.

Także w gułagach ludzie nie manifestują otwarcie swej przynależności do Chrystusa. Organizują się jednak na różne sposoby, by dodać sobie wzajemnie otuchy.

Wiadomo było, że katolicy wspólnie się modlą. O świcie ustawialiśmy się razem w kolejce do ubikacji i w ciszy modliliśmy się – opowiada jedna z osób, której udało się zbiec.

Podkreśla, że w gułagach prowadzi się też podziemną ewangelizację i katechizację.

Nawet żyjąc w tak piekielnych miejscach jak obozy pracy, można dzielić się Ewangelią – mówi koreańska dysydentka, wskazując, że paradoksalnie prześladowania wciąż umacniają wiarę wielu wyznawców Chrystusa.

Czytaj także: Chrześcijanie w Korei Północnej: za samo posiadanie Biblii trafiasz do obozu

 

Organizacje chrześcijańskie pomagają uciekinierom z Korei Północnej

W reporterskiej książce amerykańskiej dziennikarki Barbary Demick „Światu nie mamy czego zazdrościć” (amerykańskie wydanie pochodzi z 2009 roku, a zatem przed rządami obecnie panującego Kim Dzong Una) znajdujemy opis pomocy, jaką działacze chrześcijańscy ofiarowali uciekinierom z Korei Północnej. Demick opowiada historię osiemnastoletniego Kima Hyucka, który w 2000 roku wyszedł z obozu pracy Kyohwaso nr 12. Próbował uciec do Korei Południowej, która wydała mu się najlepszym azylem. Droga tam wiodła najpierw przez Chiny, a potem Mongolię.

W Chinach dotarł do jednego z kościołów w Shenyang – największym mieście w północno-wschodniej części kraju. Działali w nim południowokoreańscy misjonarze. Skłamał, że celem jego przybycia jest chęć nawrócenia się i podporządkował się regułom miejsca.

W książce czytamy:

Hyuck, podobnie jak jego północnokoreańscy rówieśnicy, wcześniej nie słyszał o Chrystusie. Kościoły w Chongjinie zostały zamknięte dziesiątki lat przed jego urodzeniem, a jeśli starsi ludzie wciąż uczestniczyli tam w praktykach religijnych, robili to w domach. Cała jego wiedza o chrześcijaństwie pochodził a z czytanek ze szkoły podstawowej, w których misjonarze byli przedstawiani jako banda łotrów, obłudnych i okrutnych. Hyuck był więc sceptyczny wobec chrześcijaństwa. Uważał, że południowokoreański kościół, dając mu jedzenie i schronienie, jednocześnie faszeruje go propagandą. Zarazem jednak miał wobec misjonarzy jakieś poczucie winy, bo udawał przed nimi, że wierzy. Stopniowo zmieniał nastawienie. Z czasem słowa modlitwy zaczęły przynosić mu ulgę, podobną do tej, której doznał jedynie we wczesnym dzieciństwie podczas recytacji wiersza o Kim Ir Senie, gdy poczuł, że istnieje ktoś wyższy, w kogo może wierzyć. Ale teraz, gdy mówił „Uri Abogi”, „Ojcze nasz”, zwracał się do Boga, nie do Kim Ir Sena, a gdy mówił o Synu, nie myślał o Kim Dzongilu, lecz o Jezusie. 

Czytaj także: Kim zaprosił Franciszka. Tymczasem… jak wygląda sytuacja Kościoła w Korei Północnej?

Czytaj także: „Dziewczyna o siedmiu imionach” i jej ucieczka z Korei Północnej

Źródło: KAI, „Światu nie mamy czego zazdrościć”, wyd. Czarne, Wołowiec 2017

Newsletter
Aleteia codziennie w Twojej skrzynce e-mail