Aleteia.pl - pozytywna strona Internetu w Twojej skrzynce e-mail

Nie możesz nas wesprzeć finansowo?

Możesz to zrobić na 5 innych sposobów:

  1. Módl się za nasz zespół i powodzenie naszej misji
  2. Opowiedz o Aletei w swojej parafii
  3. Udostępniaj nasze treści rodzinie i przyjaciołom
  4. Wyłącz AdBlocka, kiedy do nas zaglądasz
  5. Zapisz się do naszego newslettera i czytaj go codziennie

Dziękujemy!
Zespół Aletei

 

Katolicki portal bez polityki. Wesprzyj nas!

Aleteia

Zapytał w pracy o model kurtki, która mu się spodobała. Takiej odpowiedzi się nie spodziewał

Archiwum prywatne
Udostępnij

Wydawać by się mogło, że w międzynarodowej firmie w Warszawie taka historia nie ma prawa się wydarzyć. Rzeczywistość miała jednak wobec Janka zupełnie inne plany.

Rzecz działa się w na warszawskiej Woli. Mój znajomy Jan, styrany życiem, przytłoczony i przybity wszedł do biura firmy informatycznej Codility. Ostatnie miesiące go nie rozpieszczały, nastrój spadł poniżej przeciętnej, a swego dopięła jeszcze niespodziewana jesienna pogoda. Było zimno, wiatr hulał, lodowaty deszcz schładzał morale jeszcze bardziej.

Kurtka, którą Janek miał na sobie i którą kupił parę dni temu wyrwany na zakupy przez narzeczoną, okazała się nie spełniać oczekiwań. Trzeba było załatwić nową, ale nie było pomysłu, gdzie ją znaleźć.

„Wtedy w szafie w biurze zobaczyłem kurtkę idealną – opowiada Janek – Wystarczająco cienką, żeby wyjść w niej na rower, ale jednocześnie nieprzemakalną i wiatroodporną. Niewiele myśląc, przykleiłem do niej karteczkę z pytaniem, czy się sprawdza i gdzie mógłbym taką samą nabyć„.

W firmie, w której Jan od roku wykonuje zawód Site Reliability Engineera, pracuje jakieś sto osób. Nie było więc szans, żeby zapytać bezpośrednio – nikt nie miał pojęcia, do kogo należała kurtka. O naskrobanym na szybko w środę liściku Janek natychmiast zapomniał i wrócił do codziennych zadań. Czwartek przyniósł jeszcze więcej trudności – pechowy dzień, wstanie lewą nogą, w dodatku jeszcze prezentacja, którą trzeba było przygotować na piątek, a która nie zapowiadała się najlepiej. Janek mruknął do koleżanki, że przydałby się jakiś pozytywny bodziec, bo nie wiadomo, jak będzie, a potem wstał od biurka i poszedł.

W piątek czekała na niego w pracy przesyłka. Leżała na biurku zapakowana w pudełko po starej baterii.

„Nabrałem podejrzeń, bo po pierwsze, niczego nie zamawiałem, a po drugie, często mówi się, żeby nie odbierać podejrzanych paczek, więc zacząłem pytać wkoło, czy ktoś coś wie. W końcu jednak ją otworzyłem, a w środku była dokładnie ta sama kurtka, o którą pytałem i taki napis:

It may not keep you warm but it will keep you dry, enjoy

(Firma jest międzynarodowa, a angielski jest językiem ogólnie przyjętym. W wolnym tłumaczeniu liścik brzmiał mniej więcej: Może cię nie ogrzać, ale sprawi, że się nie zmoczysz. Na zdrowie!)

 

Ludzie są z gruntu dobrzy. Tylko czasami bywają skrzywdzeni

„Banana miałem na twarzy jeszcze przez cały dzień – opowiada Janek. – Bo nie tylko dostałem od kogoś jego własną kurtkę, ale zdarzyło mi się coś bardzo miłego, co było mi potrzebne od ostatnich kilku ponurych miesięcy”.

Pytany o podejrzenia, kim mógł być autor prezentu, przyznaje, że miał kilka typów. Koleżanka, której zwierzył się z podłego nastroju, szybko się wszystkiego wyparła, ale w końcu ktoś z zespołu skojarzył, że widział Brytyjczyka ubranego w coś podobnego. Brytyjczyk nie był jednak nikim bliskim dla Jana – pojawiał się w firmie na kilka dni, a potem wracał do kraju. Cudownym trafem złożyło się też, że nosi ubrania w rozmiarze Jana.  

Czy beneficjent będzie się starał odszukać swojego darczyńcę, żeby mu podziękować? Tego jeszcze nie wiadomo, ale na pewno napisze wiadomość publiczną na ogólnodostępnym dla współpracowników kanale. Tym samym poprzedni właściciel kurtki dowie się, że sprawił komuś radość, a nie zostanie zdemaskowany – w końcu z jakiegoś powodu wolał się nie podpisywać.

Taka historia mogłaby sugerować, że firma Janka to jedna wielka rodzina, w której szalone prezenty dla nieznajomych to codzienność. To jednak nie do końca prawda.

„Jest u nas na porządku dziennym, że ktoś przynosi coś smacznego i innych tym częstuje. Atmosfera jest dobra i tak było od zawsze, ale oddanie komuś własnej kurtki to jednak wciąż coś nadzwyczajnego!”.

Dla Jana, który często i z ochotą robi coś dla innych (sama zresztą parę razy doświadczyłam jego ofiarności) ta historia to potwierdzenie, że naprawdę warto.

„Ludzie są z gruntu dobrzy. Tylko czasami bywają skrzywdzeni i coś to dobro zagłusza, trudno je na pierwszy rzut oka dostrzec”.

Czytaj także: „Skąd ma pan ten odblask taki?”. O staruszce, która spotkała bohatera

Czytaj także: W trakcie aborcji stracił nogi. „Muszę żyć z wyborem kogoś innego”

Czytaj także: Ma 77 lat. Jeździ po Bajkale na łyżwach, które zrobił dla niej tata

Newsletter
Aleteia codziennie w Twojej skrzynce e-mail