Aleteia.pl - pozytywna strona Internetu w Twojej skrzynce e-mail

Nie możesz nas wesprzeć finansowo?

Możesz to zrobić na 5 innych sposobów:

  1. Módl się za nasz zespół i powodzenie naszej misji
  2. Opowiedz o Aletei w swojej parafii
  3. Udostępniaj nasze treści rodzinie i przyjaciołom
  4. Wyłącz AdBlocka, kiedy do nas zaglądasz
  5. Zapisz się do naszego newslettera i czytaj go codziennie

Dziękujemy!
Zespół Aletei

 

Katolicki portal bez polityki. Wesprzyj nas!

Aleteia

Siostra Józefa Kozieł: komendantka i szef wywiadu

JÓZEFA KOZIEŁ
fot. Archiwum Zgromadzenia Sióstr Miłosierdzia św. Wincentego a Paulo
s. Józefa Kozieł
Udostępnij

„W akcie oskarżenia zarzucano mi, że byłam komendantką powiatu, że przyjmowałam łączników z Londynu i więźniom ułatwiałam ucieczkę. Wszystkie te zarzuty były prawdziwe” – wspominała swoją rozprawę s. Józefa Kozieł.

Józefa Kozieł do sióstr szarytek zgłosiła się w 1938 r., a po rocznym nowicjacie została siostrą miłosierdzia. Gdy niedługo potem rozpoczynała pracę w szpitalu zakaźnym – jej przełożona, również szarytka, spytała: „Komu złożysz pierwszą wizytę w tym szpitalu?”. S. Józefa odpowiedziała: „Panu Jezusowi w kaplicy”. I tak się stało.

 

S. Józefa działa w konspiracji, ratuje Żydów

(…) Gdy atmosfera wokół s. Józefy robiła się coraz gorętsza, bo zapewne jej aktywność wychodziła coraz bardziej poza zwykłe obowiązki zakonnicy i pielęgniarki, posłano ją do szpitala w Sandomierzu. Trudno dziwić się zaniepokojeniu przełożonych siostry: był to szczególny czas i konsekwencje wykrycia działalności Józefy byłyby dramatyczne dla całego zgromadzenia. Możemy się domyślać, że pobyt w Sandomierzu miał w intencji przełożonych służyć uspokojeniu i stonowaniu poczynań siostry. Stało się jednak zupełnie inaczej.

W Sandomierzu Józefa pracuje w szpitalu. Jednak i tam działa w konspiracji, a przełożeni pomagają jej dyskrecją, zaufaniem i odwagą. „W drugim miesiącu pracy otrzymałam wiadomość, że muszę przyjąć na oddział ciężko chorego, z lasu, Irka Brodę. Poszłam do ordynatora i prosiłam, aby o nic nie pytając, przyjął na oddział ciężko chorego, a jeżeli wyrazi zgodę, chorego przywiozą wieczorem. Ordynator był nadzwyczajnym człowiekiem, pomagał, ile mógł i jak mógł. Chory przyjechał furmanką wieczorem ukryty w sianie. Był bardzo brudny i zawszony” – opisywała zakonnica.

(…) Z jej szczątkowych wspomnień dowiadujemy się, że zakonnica ratowała też osoby pochodzenia żydowskiego, np. niejakiego pana Pieroga, Żyda, który był jednocześnie w AK. Nie był jej też obojętny los ludzi niepełnosprawnych, zajmowała się „brudnymi i zdziczałymi”, gdy przychodzili żebrać pod szpitalną kuchnię. Gdy osoby te potrzebowały pomocy medycznej, przełamując lekki opór personelu, umieszczała je w szpitalu.

 

Wkroczenie Armii Czerwonej i kolejna okupacja

(…) Oblężenie Sandomierza przez Sowietów i krwawe walki powodowały przepełnienie szpitala. Warunki sanitarne były fatalne, nie starczało wody, nie było światła. Chirurdzy operowali przy latarkach, s. Kozieł podawała narkozę. Salowe, bojąc się nadciągającej Armii Czerwonej, uciekły ze szpitala. Pozostawiły s. Józefę z pięćdziesięcioma pacjentami.

Gdy z miasta wycofali się Niemcy, wydawało się wszystkim, że utracona wolność wróciła. Zapanowała ogólna radość, ludzie z opaskami świadczącymi o przynależności do różnych organizacji podziemnych zaczęli się ujawniać. Najwięcej osób należało do AK. Jednak już po paru dniach okazało się, że wyzwoleńcza Armia Czerwona dokonuje wśród akowców masowych aresztowań. Rozpoczynają się transporty w głąb ZSRR. Rozpoczyna się więc kolejna okupacja.

S. Józefa dowiaduje się niedługo potem, że magazyny żywności zgromadzonej przez AK mają być skonfiskowane przez Sowietów. Postanawia działać. Ona – zaprzysiężona w AK – idzie w białym fartuchu do sowieckiego dowódcy wojska i prosi, by żywność przejąć dla szpitala. Sprytnie motywuje, że wśród rannych ratowanych w szpitalu jest wielu żołnierzy radzieckich. O dziwo, dowódca się godzi.

 

S. Józefa w więzieniu – nie przyznała się do niczego, nikogo nie wydała

(…)Wielki Piątek 1946 r. S. Józefa adoruje Najświętszy Sakrament w grobie Pańskim. Wydaje jej się, jakby Jezus mówił do niej: „Ciesz się Mną, patrz, módl się, bo długo Mnie widzieć nie będziesz”. Opanowana przecież i mocna psychicznie zakonnica zaczyna rozpaczliwie płakać. Chwilę później podchodzi do niej nieznana kobieta i każe iść za sobą. Józefa idzie. Okazuje się, że w Sandomierzu zostało aresztowanych siedemdziesiąt pięć osób, a wszystkie archiwa są w rękach UB. Dowódcy każą s. Józefie natychmiast uciekać. Siostra jednak tego nie robi. Wraca na oddział spokojna i dalej pracuje z chorymi – jest im potrzebna. Jedynie swojej przełożonej oddaje pudełko z pamiątkami i zdjęciami, by w razie aresztowania przekazała je jej rodzicom. Długo nie musi czekać. UB zabiera ją chwilę później, jeszcze w Wielki Piątek.

Zdążyła się przebrać z fartucha szpitalnego w „zakonną suknię”. Tak wspominała osiem tygodni więzienia:

Siedziałam na izolacji, ale z daleka widywałam dziewczęta i chłopców z konspiracyjnych organizacji. Przez Wielki Piątek, Sobotę, Niedzielę Wielkanocną i Poniedziałek nie dawano mi ani jeść, ani pić. Odmówiłam zeznań. W drugim tygodniu badań przyniesiono mi świeckie ubranie, nakazując się przebrać. Odmówiłam, twierdząc, że na zdjęcie sukni zakonnej muszę mieć zgodę przełożonej.

Potem nastąpiły przepychanki słowne i próby wywarcia presji przez funkcjonariuszy UB. Siostra była nieustępliwa, nie uwierzyła w zapewnienie funkcjonariuszy, że przełożona zgodziła się na zdjęcie przez nią habitu.

„Znaleźli się jednak tacy odważni, którzy postanowili siłą mi zdjąć strój zakonny. Do celi weszło ich trzech. Uciekłam w kąt celi, zaparłam się plecami o ścianę, zdjęłam buty z nóg i nimi się broniłam. Jak długo to trwało, nie wiem, ale kiedy odzyskałam przytomność, siedziałam na podłodze, a palce u rąk miałam zupełnie sine” – prosto i zwięźle relacjonowała tortury (…). Podczas śledztwa nie przyznała się do niczego i nikogo nie wydała.

 

Życie w PRL

(…) Rozpoczęła się rozprawa s. Józefy. W Sandomierzu bardzo głośna. Zakonnica, którą znali mieszkańcy jako oddaną chorym i odważną kobietę, broniła się sama. Odpowiadała spójnie, logicznie, bez lęku.

„W akcie oskarżenia zarzucano mi, że byłam komendantką powiatu, że przyjmowałam łączników z Londynu i więźniom ułatwiałam ucieczkę. Wszystkie te zarzuty były prawdziwe. Znano również wszystkie moje pseudonimy: Lipniak – pseudonim członka Stronnictwa Narodowego; Erna – pseudonim jako komendantki powiatu – Tamara – pseudonim jako szefa wywiadu”.

Wyrok: trzy lata w zawieszeniu, pozbawienie praw obywatelskich (…). Po wyjściu z aresztu s. Józefa powoli „dochodzi do siebie” (…). W końcu zakonnica wraca do Warszawy, gdzie przez siostry jest witana bardzo serdecznie i ciepło. Następnie, zapewne by zejść z oczu bezpiece, wyjeżdża do Sochaczewa. Tam pracuje w szpitalu – między innymi jako kierowniczka sali operacyjnej. Do Warszawy wraca w 1947 r. Jest obserwowana i wielokrotnie namawiana, by wyjechała za granicę. Odmawia (…). W Warszawie rozpoczyna pracę w Szpitalu Przemienienia Pańskiego, a potem w szpitalu na ulicy Banacha. Tam trafia na oddział chirurgii.

(…) S. Józefa Kozieł umiera w Warszawie, 26 lutego 2007 r. Jest pochowana na Powązkach w kwaterze szarytek.

*Fragment książki A. Puścikowskiej „Wojenne siostry”, Znak 2019
**Skróty, śródtytuły i pogrubienia pochodzą od redakcji Aleteia.pl

WOJENNE SIOSTRY

Czytaj także: 11 zakonnic dobrowolnie poszło na śmierć, ratując życie 120 osób. Męczennice z Nowogródka

Czytaj także: 14 łóżek do umierania. S. Michaela Rak, jej wileńskie hospicjum i list do Boba Dylana

Czytaj także: Siostry sakramentki z warszawskiej Starówki – zginęły podczas adoracji

Newsletter
Aleteia codziennie w Twojej skrzynce e-mail