Aleteia.pl - pozytywna strona Internetu w Twojej skrzynce e-mail

Nie możesz nas wesprzeć finansowo?

Możesz to zrobić na 5 innych sposobów:

  1. Módl się za nasz zespół i powodzenie naszej misji
  2. Opowiedz o Aletei w swojej parafii
  3. Udostępniaj nasze treści rodzinie i przyjaciołom
  4. Wyłącz AdBlocka, kiedy do nas zaglądasz
  5. Zapisz się do naszego newslettera i czytaj go codziennie

Dziękujemy!
Zespół Aletei

 

Katolicki portal bez polityki. Wesprzyj nas!

Aleteia

Polski misjonarz, który zginął w obronie swojej parafii. Ks. Jan Czuba – szaleniec Boży

BROŃ
MattiATH | Shutterstock
Udostępnij

Jeden z nich zareagował potrójną groźbą, że będzie strzelał. Wtedy ks. Jan odpowiedział: „Możesz do mnie strzelać, ale ja nic nie wiem o broni, której szukacie”. Wtedy on oddał dwa strzały.

Był świadomy tego, co może się stać i jakby czekał na tę godzinę… Z okazji trwającego obecnie Nadzwyczajnego Tygodnia Misyjnego publikujemy sylwetkę ks. Jana Czuby, misjonarza z diecezji tarnowskiej, który poniósł męczeńską śmierć podczas pracy misyjnej w Republice Konga.

Czytaj także: Mężnie stanął w obronie swych parafian i zginął jak męczennik. Nowy błogosławiony

Urodził się 7 czerwca 1959 r. Pochodził z południowej Polski, z zagłębia powołań kapłańskich, jak jest nazywana diecezja tarnowska. Dzieciństwo spędził w wiosce Słotowa koło Pilzna.

Jako uczeń szkoły podstawowej wyróżniał się pięknymi i szlachetnymi cechami charakteru – wspominał proboszcz pilzneńskiej parafii Julian Galas. Był ministrantem, a później lektorem. Choć odległość od jego rodzinnego domu w Słotowej do kościoła w Pilźnie wynosiła około 7 km, zawsze był obecny w wyznaczonych dniach służenia do mszy świętej.

 

Wrócił pomimo zagrożenia

„Misjonarz z Tarnowa zamordowany w Kongo”, „Zginął misjonarz ks. Jan Czuba z diecezji tarnowskiej”, „Męczeńska śmierć polskiego misjonarza” – te i inne tytuły artykułów prasowych przyniosły nam tragiczną wiadomość o śmierci ks. Jana Czuby w pierwszych dniach listopada 1998 r.

Pomimo niebezpieczeństwa i rozpoczęcia kolejnej wojny domowej powrócił do Republiki Konga z krótkiego urlopu w Polsce. Chciał być wśród swoich parafian w Loulombo, bo jak sam mówił, gdzie jest Kościół, tam powinien być i duszpasterz, i nieważne są w tym wypadku niebezpieczeństwo i trudności.

Na misjach pracował już 7 lat i przeżył już jedną wojnę domową w tym kraju, kiedy musiał nawet wraz z parafianami schronić się w lesie.

W ostatnim liście do brata z dnia 28 września 1998 roku napisał: „Bogu dzięki, jestem już u siebie w Loulombo. Dotarłem bez przeszkód (…) Wszystko udało się dowieźć, figurę Matki Boskiej, pszczoły i pozostały ekwipunek. W pierwszą niedzielę po przyjeździe parafianie zgotowali mi wielkie przyjęcie. Nie wiem dlaczego, ale bardzo bali się, że nie wrócę. Kiedy mnie zobaczyli i usłyszeli, to radości nie było końca. Mnie też to dodało skrzydeł, żeby z nimi tu być i trwać”.

 

„Nie jestem pewny jutra…”

Jednak z każdym kolejnym dniem sytuacja stawała się coraz bardziej poważna i niebezpieczna. Pomimo rad, a wręcz prośby kolegi, żeby opuścił misję, którą nawet gdy zniszczą i ograbią, będzie przecież można odbudować, nie uczynił tego.

Odpowiedział: „Wiem, ale każdy w tej sytuacji musi zdecydować sam. Ja zostaję”. A w niewysłanym liście do swego poprzednika na misji ks. Andrzeja Kurka, napisał: „Pisząc ten list, nie jestem pewny jutra, znowu wojna powraca… Wszystko w ręku Pana. Zostaję na miejscu do końca. Parafia funkcjonuje prawie normalnie, codziennie odmawiamy cząstkę różańca o pokój”.

Był świadomy tego, co może się stać i jakby czekał na tę godzinę. Na trzy dni przed śmiercią podczas obiadu powiedział do sióstr: „Czytam list św. Teresy z Lisieux do kapłanów i to daje mi wiele do myślenia. Być może umrę jako męczennik” oraz „Gdy umrę tutaj, nie odsyłajcie mojego ciała do Polski, ale pochowajcie je tutaj, obok groty Matki Bożej, w trumnie z białych desek”.

Czytaj także: Bł. Józef Cebula: wbrew zakazowi udzielał sakramentów i walczył o świętość w nienormalnych czasach

 

Został do końca

We wtorek, 27 października 1998 r. sytuacja stała się groźna. Poproszony, żeby opuścił wioskę, zdecydowanie odmówił. W południe pojawiła się pierwsza grupa wojska obalonego prezydenta, przyszli po broń ukrytą rzekomo na plebanii, którą dokładnie przeszukali, ale nic nie znaleźli. I kiedy można było myśleć, że już będzie spokój, nagle pojawiła się druga grupa z groźbami i agresją, jakby poprzednicy nie wykonali planu.

Między księdzem Janem a bandytami doszło do wymiany zdań, ksiądz stojąc naprzeciw jednego z nich powiedział głośno: „Nie przybyłem do Konga, aby zachęcać do wojny, ale do pokoju”.

Te słowa jednak nie przekonały atakujących. Co więcej, jeden z nich zareagował potrójną groźbą, że będzie strzelał. Wtedy ks. Jan odpowiedział: „Możesz do mnie strzelać, ale ja nic nie wiem o broni, której szukacie”. Wtedy on oddał dwa strzały.

Ks. Jan upadł bez słowa, wydając ostatnie tchnienie – tak zaświadczył naoczny świadek – ks. Bernard. Męczeńska śmierć za pokój w Kongo ks. Jana Czuby wypełniła się. Zginął w wieku 38 lat.

 

Świadectwo pewnej matki

Pani Maria Hebda, jedna z mieszkanek Bobowej, gdzie ks. Jan się wychował, opowiada: „Ks. Czuba uczył religii moją córkę Elżbietę. Była chora i miała przejść bardzo poważną operację. Denerwowała się, narzekała, płakała. Przed samym wyjazdem przyszedł ks. Jan i starał się ją pocieszyć, obiecał, że odwiedzi ją w Zakopanem. Pojechała bardzo uspokojona i pełna nadziei. Po pierwszej operacji nikt nie mógł jej odwiedzić. Przeżyła to bardzo boleśnie. Przyszedł czas na drugą operację. W momencie przewiezienia córki na salę z bloku operacyjnego pojawił się, ku zaskoczeniu nas wszystkich, ks. Jan. Elżbieta była zachwycona. Jego słowa pociechy działały na moje dziecko jak balsam. Po miesiącu przywieźliśmy córkę ze szpitala do domu. W dniu tym także przyszedł ks. Jan, a raczej przyjechał na rowerze. Druga operacja nie udała się – hak podtrzymujący łopatkę wypadł. Podczas trzeciej operacji córka straciła bardzo dużo krwi. W szpitalu dowiedziałam się, że za krew muszę zapłacić. Był to dla mnie szok. Skąd wziąć na to pieniądze, dopiero wykosztowaliśmy się tak bardzo, że w domu nie było nic. Proszę mi wierzyć – w momencie, kiedy stałam przed lekarzem, który mi o tej odpłatności powiedział, i kiedy w głowie miałam zupełny chaos – pojawił się, niczym Anioł Stróż, ks. Czuba. Momentalnie zauważył moje strapienie i zapytał lekarza, o co chodzi. Kiedy ten wyjaśnił zaistniałą sytuację, ks. Jan wyjął pieniądze i zapłacił za krew, za krew, która była konieczna, by uratować moje dziecko. Czy może być coś piękniejszego od tego gestu miłości?”.

Ks. Krzysztof Czermak / Tarnów

Czytaj także: 11 zakonnic dobrowolnie poszło na śmierć, ratując życie 120 osób. Męczennice z Nowogródka

Newsletter
Aleteia codziennie w Twojej skrzynce e-mail