Aleteia.pl - pozytywna strona Internetu w Twojej skrzynce e-mail

Nie możesz nas wesprzeć finansowo?

Możesz to zrobić na 5 innych sposobów:

  1. Módl się za nasz zespół i powodzenie naszej misji
  2. Opowiedz o Aletei w swojej parafii
  3. Udostępniaj nasze treści rodzinie i przyjaciołom
  4. Wyłącz AdBlocka, kiedy do nas zaglądasz
  5. Zapisz się do naszego newslettera i czytaj go codziennie

Dziękujemy!
Zespół Aletei

 

Katolicki portal bez polityki. Wesprzyj nas!

Aleteia

„Joker”: Człowiek bez miłości szaleje

JOKER
Udostępnij

„Nie było ani jednego dnia w moim życiu, w którym byłem szczęśliwy” – mówi Arthur Fleck i wkrótce przeistacza się w Jokera. To jest najważniejsze przesłanie filmu z fenomenalną rolą Joaquina Phoenixa.

Rekordy popularności w kinach bije nowa produkcja Warner Bros „Joker”. Do tej pory postać drugoplanowa, „ten zły”, który krzyżuje szyki Batmanowi, wychodzi z cienia. Nie tylko za sprawą znakomitej, przejmującej roli Joaquina Phoenixa.

 

Odrzucony przez wszystkich zostaje… Jokerem

Arthur Fleck całe życie rozpaczliwie błagał o zainteresowanie. Wymyślił sobie, że zostanie komikiem, będzie rozśmieszał ludzi (może to była jego recepta na to, by poczuć się potrzebnym, zauważonym, a może dlatego, że mama nazywała go Wesołkiem, bo jej przynosił radość). Nikt jednak nie wierzył w jego talent (w jednej ze scen nawet matka podaje w wątpliwość to, czy nadaje się na komika).

Arthur czuje się więc odrzucony przez wszystkich – ojca (nie zna go, wychowywała go matka), kolegów w pracy (uznają go za dziwaka), komika, który był jego idolem (Murray Franklin puszcza w telewizji występ Flecka tylko po to, by się z niego naigrywać, z tego samego powodu zaprasza go do udziału w programie na żywo, by zwiększyć sobie widownię). Tak rozpaczliwie szuka zainteresowania, że roi sobie w głowie towarzystwo sąsiadki tylko dlatego, że ta uśmiechnęła się do niego i zagadnęła w windzie.

W końcu czuje się też odrzucony przez matkę –  skrywała przed nim trudną prawdę na temat jego dzieciństwa, która być może nie sprawiłaby takiego bólu, gdyby została w odpowiednim czasie przegadana, a nie wyszła po latach, przypadkiem.

 

„Joker”: zemsta życiowego nieudacznika i podziały klasowe

Pierwsze przestępstwo Arthur popełnia trochę przypadkiem – ma parszywy dzień, gorycz narasta w nim od dawna, a w dodatku wylatuje z pracy. Jadąc metrem, widzi, jak pijani white collar zaczepiają kobietę. Nie wiadomo, czy chciałby (mógłby?) stanąć w jej obronie, ale jego histeryczny napad śmiechu odwraca uwagę oprawców od dziewczyny. Skupiają się na nim, a w końcu ten w obronie własnej sięga po broń (którą zresztą podsunął mu kolega z pracy, zapewne podstępnie licząc, że ten z niej skorzysta).

Morderstwo, które popełnia Arthur, to jednak nie „zwykła” zbrodnia. Jest jak akt zemsty, ale nie tylko w wymiarze osobistym – zemsty ubogiego na korpoludkach w dobrze skrojonych garniakach, tego, któremu w życiu nie wyszło na tych, którym się powodzi. Także szerzej – to jak akt zemsty wszystkich ubogich nad bogaczami.

W filmie świetnie zarysowany został podział klasowy i to, do czego prowadzi. Uciemiężeni, gnębieni, którym ledwo starcza na rachunki, buntują się przeciw tym, których życie zdaje się upływać w krainie mlekiem i miodem płynącej (to zresztą z tego właśnie powodu pojawiły się obawy, że „Joker” to niebezpieczny pod względem społecznym film).

 

„Joker” – film o tym, że brak miłości, samotność prowadzą do szaleństwa

„Joker” to wielowarstwowy obraz. Świetnie pokazany jest tu motyw ciśnienia na sukces – w życiu musi ci się udać, musisz mieć świetną pracę, doskonale zarabiać, mieć mieszkanie w dobrej dzielnicy, musi cię być stać. Jeśli nie spełniasz kryteriów, jesteś nieudacznikiem. Arthur też jest nieudacznikiem, życiowym przegranym – w końcu jest klaunem, nikt go nie szanuje (nawet nastolatki biją go na ulicy), nie ma przyjaciół, nie założył rodziny, mieszka z matką, którą się opiekuje i z którą wieczorami ogląda telewizję.

Ciśnienie jest zresztą nie tylko na odniesienie życiowego sukcesu, ale i… bycie uśmiechniętym – nie masz prawa być smutny, bo ludzie nie będą czuli się dobrze w twoim towarzystwie. Choć wszystko dzieje się w nieistniejącym Gotham City, to czyż jest jakoś bardzo dalekie od tego, co obserwujemy na co dzień – wystarczy zerknąć na Instagram, social media, gdzie panuje kult sukcesu, ludzi uśmiechniętych (choćby sztucznie), bo przecież smutasy są tacy nudni. Operujący hasztagiem #reallife bywają jeszcze sztuczniejsi, kreując się na ludzi, którym nigdy nic nie sprawia problemu (serio?).

Film, owszem, jest pełen brutalności, agresji, ale ma ważne przesłanie, także dlatego, że zwraca uwagę na ludzi z problemami psychicznymi. Na to, jak są traktowani i postrzegani przez społeczeństwo. Na to, jak sobie nie radzą, nie mają pomocy (często wstydzą się o nią zwrócić). Choć Joker jest tu antybohaterem, to jednak… w jakimś sensie budzi sympatię. Nie, nie litość, ale ciepłe odczucia, współczucie, bo mając świadomość ogromu krzywd, jakich zaznał, zwyczajnie trudno go winić. Co oczywiście nie oznacza, że jego choroba psychiczna usprawiedliwia popełniane zbrodnie – każe jednak spojrzeć na nie w innej, szerszej perspektywie.

Nie było ani jednego dnia, momentu w moim życiu, w którym byłem szczęśliwy” – mówi w pewnym momencie Arthur, który wkrótce przeistacza się w niezrównoważonego Jokera. I to jest właśnie najważniejsze przesłanie filmu. Brak miłości, samotność prowadzą do szaleństwa.

Czytaj także: „Obywatel Jones”: Bohater, który zapłacił za prawdę najwyższą cenę

Czytaj także: „Nieplanowane”: ważna lekcja dla działaczy pro-life

Czytaj także: Z poprawczaka na plebanię. Historia z filmu „Boże Ciało” wydarzyła się naprawdę

Newsletter
Aleteia codziennie w Twojej skrzynce e-mail