Aleteia.pl - pozytywna strona Internetu w Twojej skrzynce e-mail

Nie możesz nas wesprzeć finansowo?

Możesz to zrobić na 5 innych sposobów:

  1. Módl się za nasz zespół i powodzenie naszej misji
  2. Opowiedz o Aletei w swojej parafii
  3. Udostępniaj nasze treści rodzinie i przyjaciołom
  4. Wyłącz AdBlocka, kiedy do nas zaglądasz
  5. Zapisz się do naszego newslettera i czytaj go codziennie

Dziękujemy!
Zespół Aletei

 

Katolicki portal bez polityki. Wesprzyj nas!

Aleteia

Co najbardziej przeszkadza księdzu, kiedy odprawia mszę świętą?

KSIĄDZ PRZY OŁTARZU
Calamity Jane | Shutterstock
Udostępnij

Przepytawszy kilku znajomych kapłanów, udało mi się stworzyć niedługą listę rzeczy, które przeszkadzają większości z nas.

Odpowiedź na tak postawione pytanie siłą rzeczy będzie subiektywna. Coś, co przeszkadza jednemu, w ogóle nie rusza drugiego. Wiele zależy na pewno od charakteru konkretnego księdza, od warunków panujących w danej świątyni, a nieraz po prostu od dnia.

Niemniej – przepytawszy kilku znajomych kapłanów – udało mi się stworzyć niedługą listę rzeczy, które przeszkadzają większości z nas. Choć nieraz idzie chyba bardziej o to, że nas drażnią lub rozpraszają, niż stanowią rzeczywistą przeszkodę.

Czytaj także: Ksiądz stanął w kolejce do spowiedzi i doświadczył rzeczywistości z drugiej strony kratki

 

Taki mamy klimat

Fatalnie odprawia się mszę świętą w kościele, w którym panuje dojmujący ziąb, a ty zastanawiasz się, czy po podniesieniu uda ci się oderwać ręce od kielicha, czy pozostaną do niego przymarznięte.

Równie mało komfortowe jest odprawianie w kościele, w którym atmosfera przypomina tę w saunie, a ty – mimo iż zdjąłeś przed mszą sutannę – pocisz się jak mysz w albie i ornacie, i brniesz przez liturgię, licząc na to, że nie zemdlejesz przed błogosławieństwem.

W tym drugim wypadku wyglądasz wybawców, którzy stojąc w okolicach kruchty wpadną na to, by otworzyć na oścież drzwi do świątyni, zapewniając choć odrobinę cyrkulacji powietrza.

 

Małe dzieci, mały kłopot

Części z nas przeszkadzają dokazujące dzieciaki. W większości zdajemy sobie sprawę, że dziecko to dziecko i ma swoje prawa. Zwłaszcza to naprawdę małe. Nie mamy pretensji do rodziców, że dzieci krzyczą czy płaczą.

Niemniej – zwłaszcza jeśli trwa to dłużej lub młody człowiek dysponuje dużymi możliwościami wokalnymi – jest to kłopotliwe. Tak dla rodziców, jak dla celebransa i reszty zgromadzonej wspólnoty.

Ja na przykład mam dużą tolerancję na dzieci, a ewentualne krzyki i płacze staram się nieraz nawet jakoś „ograć”, rozładowując napięcie. Ale i mnie się zdarzyło, że byłem na skraju obłędu, gdy puszczony samopas malec defilował mi przez całe kazanie przed ołtarzem, rzucając małą żółtą kopareczką i donośnie oznajmiając swoje zadowolenie z własnych poczynań, a ja rozpaczliwie starałem się łapać za ogonki ostatnie uciekające mi myśli i utrzymać jakoś ciąg logiczny kazania, tudzież skupienie słuchaczy.

Nieraz nasze świątynie dają możliwość zabrania dokazującego dziecka w jakieś „odosobnione” miejsce, nieraz nie. Rozwiązań idealnych nie ma. Inna sprawa to „msze dla dzieci”, na których hałas i zamieszanie wśród najmłodszych uczestników wydają się nieuniknione, a odprawiający mszę ksiądz wraca do zakrystii jak po niezłym rodeo.

Czytaj także: Gdzie i kiedy klękać w kościele? Na jedno czy dwa kolana? A może wystarczy skłon?

 

Państwo do kogo?

To akapit o tym, co przeszkadza, bo drażni i w związku z tym rozprasza. Nieśmiertelne (choć częstokroć pewnie niezawinione i nieumyślne) spóźnienia. Jasne, każdemu się zdarza zaspać, nie móc zaparkować czy wyciągnąć dziecka z domu. Ale są i tacy wytrawni spóźnialscy, którzy regularnie docierają w okolicy drugiego czytania.

Siłą rzeczy z prezbiterium to widać. Zwraca uwagę i potrafi rozdrażnić, zwłaszcza kiedy zdajesz sobie sprawę, co tu celebrujesz – nie na co, a do Kogo spóźnialscy się spóźniają.

Podobną reakcję u wielu z nas wywołują zachowania i postawy nielicujące z godnością miejsca i liturgii. Do siedzących z nogą założoną na nogę, niczym w kawiarni, miałbyś ochotę podejść i zapytać „Kawa czy herbata?”.

Największy wysyp tego typu zachowań następuje oczywiście przy tak zwanych „szczególnych okazjach” jak śluby, pogrzeby, pierwsze Komunie, kiedy to w świątyni zjawiają się ci, którzy zazwyczaj nie naprzykrzają się Panu Bogu i w związku z tym nie za bardzo pamiętają co, jak i kiedy się robi. Siadają, stoją, klękają na chybił trafił, a dialogi liturgiczne odbywasz w najlepszym wypadku z organistą lub sam ze sobą.

Gdybyś nagle przeszedł na łacinę, część nie mrugnęłaby okiem – im jest zasadniczo obojętne, w jakim narzeczu odprawia się ten „szamański obrzęd”. Sami rozumiecie. A jak do akcji wkroczą jeszcze fotograf i kamerzysta, którzy – masz wrażenie – za chwilę usiądą ci na ołtarzu, to robi się naprawdę trudno.

Swoją drogą, wielu operatorów sprzętu upamiętniającego te uroczystości ma taki miły i grzeczny zwyczaj, że przed mszą przychodzą do zakrystii i ustalają z celebransem zasady pokojowego współistnienia w przestrzeni liturgicznej, co bardzo sobie cenimy.

 

Strzelić sobie w stopę, czyli kamyczek do naszego ogródka

Przeszkody w należytym przeżywaniu i celebrowaniu liturgii wynikają częstokroć i z naszej strony. Pomińmy te losowe i raczej rzadkie sytuacje, kiedy czołgamy się do ołtarza z czterdziestostopniową gorączką, katarem uniemożliwiającym oddychanie lub gardłem pozbawionym praktycznie możliwości wydawania głosu.

Kłopot potrafi sprawić niewłaściwe czytanie, które przeczyta lektor (a ty miałeś homilię przygotowaną pod tekst, który został pominięty). Jakby nie było, ludzie niewinni. Mogłeś sprawdzić przed mszą, czy lektor na pewno wie, co ma przeczytać.

Osobna dziedzina to nasza własna „radosna twórczość” liturgiczna. Zasada posługiwania się mszałem (tą wielką księgą leżącą na ołtarzu) jest prosta: „czarne czytasz, czerwone robisz” (chodzi o kolor liter – czarnymi wydrukowany jest „tekst”, czerwonymi „didaskalia”). Tymczasem część z nas męczy talent i przerabiają tekst liturgiczny zatwierdzony przez Kościół na swoją modłę, czego efektem nierzadko są nieścisłości logiczne, błędy teologiczne lub po prostu ordynarne bzdury.

Poza majsterkowaniem przy tekście istnieje też oczywiście szeroka gama uskutecznianych przez celebransów dziwactw pozawerbalnych. Odprawiasz z takim „kolegą” i zastanawiasz się intensywnie „co teraz będzie?” i czy to ogóle jeszcze jest ryt rzymskokatolicki.

To tyle. W sumie niewiele. Zgodnie z zapowiedzią dość subiektywnie. Ciekawi mnie, jak to wygląda z perspektywy wiernych uczestniczących we mszy świętej. Może doczekamy się podobnego tekstu z drugiej strony ołtarza?

Czytaj także: Kulminacyjny moment Eucharystii: patrzeć na hostię lub kielich czy schylać głowę?

Newsletter
Aleteia codziennie w Twojej skrzynce e-mail