Aleteia.pl - pozytywna strona Internetu w Twojej skrzynce e-mail

Nie możesz nas wesprzeć finansowo?

Możesz to zrobić na 5 innych sposobów:

  1. Módl się za nasz zespół i powodzenie naszej misji
  2. Opowiedz o Aletei w swojej parafii
  3. Udostępniaj nasze treści rodzinie i przyjaciołom
  4. Wyłącz AdBlocka, kiedy do nas zaglądasz
  5. Zapisz się do naszego newslettera i czytaj go codziennie

Dziękujemy!
Zespół Aletei

 

Katolicki portal bez polityki. Wesprzyj nas!

Aleteia

Co się dzieje, kiedy sam sobie odmawiasz miłości?

MIŁOŚĆ
Giulia Bertelli/Unsplash | CC0
Udostępnij

Ostatnio nasz czteroletni synek, gdy wyliczył wszystkie osoby w domu, które kocha, dodał: „i siebie kocham”. Objął ramionami swoją piżamkę, przekrzywił głowę, a jego twarz przybrała wyraz pełen czułości.

Można oduczyć się kochać siebie i wielu ludziom się to przytrafia. Na ogół następuje to tak wcześnie, że trudno zauważyć, kiedy człowiek stał się sam dla siebie nieważny i niegodny miłości. Tak bardzo bolesne bywają to ścieżki. Jak ogromnie brzemienne w skutki. Wtedy trzeba zawsze być naj. Nieustannie coś udowadniać albo na coś zasługiwać. Dawać radę. Gdy przestajemy siebie kochać, zaczynamy bardzo wielu rzeczy sobie odmawiać. I to takich, bez których nie idzie żyć.

 

Spojrzeć z czułością

Widać, że ktoś oduczył się kochać siebie, po sposobie, w jaki o sobie mówi. „I wtedy jak to zwykle ja… (tu zlepek dowalających epitetów)”. Nie mówilibyśmy tak nawet o kimś, kogo nie lubimy. Językiem, który przekreśla wszelkie nadzieje. W skrócie – „jestem do niczego”. Tu nie zaświta żadna jutrzenka. To ktoś, kto na nic nie zasługuje. Na którym postawili krzyżyk wszyscy z Bogiem włącznie.

Widać, że ktoś oduczył się kochać siebie, po etykietach, jakie nadaje rzeczom o wadze życia i śmierci. Swoim pragnieniom i marzeniom. Swojemu smutkowi, który rozrywa serce. Osamotnieniu, z którego nie wiadomo, jak wyjść. Wszystko to trafia w szuflady: „To nieważne”. W słoiki z opisem: „Inni mają gorzej”. Szczelnie zamknięte, by starczyło na wiele zim. A przecież tak ciężkie jest brzemię zakazu zajmowania się sobą. To jak minąć na ulicy pobitego. To jak nakrzyczeć na żebrzące, głodne dziecko, żeby sobie poszło – i odprawić je z niczym. To jak nie pozwolić na wezwanie karetki do umierającego.

Widać, że ktoś oduczył się kochać siebie, po tym, jak układa kalendarz. Drobnym maczkiem, zadanie za zadaniem. Bez brania pod uwagę, że ze zmęczenia to będzie można umrzeć albo na kogoś nakrzyczeć. Bez miejsca na adnotację: „czuję się źle, a więc z tego zrezygnuję”. Bez miejsca na „nie”, bo przecież mili ludzie nigdy nikomu nie odmawiają. I zawsze dają radę. Nawet wtedy, gdy już dawno nie dają.

Widać, że ktoś oduczył się kochać siebie, gdy opowiada, jak bardzo tego nie wolno robić. Deklaruje publicznie hasłami bez litości. Że co cię nie zabije, to cię wzmocni (a nie – że tylko nie zabije). Że rozwój jest poza strefą komfortu, więc nawet jeśli w nocy budzisz się w panice i bez tchu, to dobrze. Znaczy, że wymagasz od siebie jeszcze za mało. W pracy, w domu, w życiu duchowym. Bo kopanie siebie jest lepsze od aspiryny.

Widać, że ktoś oduczył się kochać siebie, gdy dzieje się nie po myśli. Gdy ciało ogłasza strajk i dostaje gorączki. I wtedy w poczucie winy nie pozwala sobie wybaczyć niemocy. A przecież wybaczyć potrzeba sobie dopiero ten brak litości dla siebie. A gdy coś rani do głębi, jak nóż wbity w serce i obrócony dziesięć razy, że z bólu nie da się oddychać – łzy kogoś, kto oduczył się kochać siebie, płyną, ale tylko po cichu i do środka. Wpadają kanalikami łzowymi prosto do gardła. I nikt ich nigdy nie zobaczy. Bo stanąć w swojej obronie albo prosić o wsparcie też nie można.

 

To, co dobre i kochane

Jak bardzo ten ktoś potrzebuje usłyszeć, że ma prawo. Zająć się sobą. Że to pierwszy obowiązek człowieka, który chce sprawić jakieś dobro także w życiu innych ludzi. Przejąć się sobą do głębi.

Przejąć się jak dziewczynką z zapałkami na mrozie w wigilijny wieczór. Otulić kocem troski. Zauważyć łzy i nie mówić: taka duża, a płacze. Pozbierać je do flakonika, a resztę otrzeć z twarzy czule. Rozgrzać serce zamarznięte z bólu odrzucenia, który był zbyt wielki, by go umieć przeżyć. Położyć poduszkę pod głowę, co rozbolała od wszystkich „muszę”, „powinnam” i „trzeba”.

Trzeba wyjąć pudełko z rąk chłopca z zapałkami i włożyć w nie miłość, która jest za darmo i nie trzeba po nią wystawać na rogu ulicy. Potrzeba opowiedzieć noszonemu w sercu dziecku, że jest ważne. Że może być słabe. Że może nie mieć siły. Że jest dobre i kochane.

Ostatnio nasz czteroletni synek, gdy wyliczył wszystkie osoby w domu, które kocha, dodał: „i siebie kocham”. Objął ramionami swoją piżamkę, przekrzywił głowę, a jego twarz przybrała wyraz pełen czułości. I pomyślałam, to ten trop. Tak siebie kochać. I obejmując w sobie samych zranione przez życie dzieci – stawać się coraz bardziej jak one. Do nich przecież należy Królestwo.

Czytaj także: 5 sposobów, aby pomóc naszym dzieciom w rozwiązywaniu konfliktów

Czytaj także: Jak pokonać perfekcjonizm w małżeństwie?

Czytaj także: A gdyby tak zmienić swój sposób przeżywania rachunku sumienia?

Newsletter
Aleteia codziennie w Twojej skrzynce e-mail