Aleteia.pl - pozytywna strona Internetu w Twojej skrzynce e-mail

Nie możesz nas wesprzeć finansowo?

Możesz to zrobić na 5 innych sposobów:

  1. Módl się za nasz zespół i powodzenie naszej misji
  2. Opowiedz o Aletei w swojej parafii
  3. Udostępniaj nasze treści rodzinie i przyjaciołom
  4. Wyłącz AdBlocka, kiedy do nas zaglądasz
  5. Zapisz się do naszego newslettera i czytaj go codziennie

Dziękujemy!
Zespół Aletei

 

Katolicki portal bez polityki. Wesprzyj nas!

Aleteia

Czy na liście osób, które obdarzam miłością, znajduje się także moje imię?

LUSTRO
Roberto Delgado Webb/Unsplash | CC0
Udostępnij

Z tego brania siebie pod uwagę odsłaniają się polany sprzyjania sobie. Wybierania tego, co mnie karmi i wzmacnia. Takich zajęć, takich miejsc, takich relacji.

Pisałam ostatnio o tym, że miłości do siebie można się oduczyć. I jak wielki to ból. Ktoś napisał w odpowiedzi, że jeszcze gorzej niż się jej oduczyć – jest nie nauczyć się jej nigdy. Znalazłam jednak w tym miejscu także nadzieję. Bo skoro kochania siebie uczymy się albo nie, lub też oduczamy na przestrzeni życia, to znaczy, że można także zacząć się tego uczyć od nowa. Jak dziecko. Po kawałku.

Kojarzy się to często tak, że ktoś sobie kupuje kawę i ciastko. I to ulubione. A ja myślę, że czasem nawet te trzy dychy wydane na deser to ochłap na pociechę po milionach sytuacji potraktowania siebie do bani. I że życie mogłoby wyglądać zupełnie inaczej, gdyby pokochać siebie naprawdę serdecznie.

I zamiast na przykład zadręczać się tym, co i kto o mnie powie, bardzo się przejąć tym, co sam albo sama o sobie myślę i mówię. Zamiast starać się spełniać oczekiwania wszystkich i ze stresu siwieć albo nie spać po nocach, pomyśleć o tym, co dla mnie naprawdę jest ważne. I wpisać siebie na listę bliskich osób, na których zdaniu mi zależy.

 

Starać się mniej

Można uczyć się kochać siebie, wybierając to, co jest mniej obciążające – czyli dla odmiany „starając się mniej” (o, jak bardzo lubię tę frazę Agnieszki Stein!). Może najpierw potrzeba zaopiekować się przekonaniem, że „trzeba się w życiu utyrać”. I zapytać siebie, czy ono mnie wspiera. Czy dzięki niemu moje życie staje się pełniejsze i lepsze. Czy pomaga moim bliskim, z którymi mieszkam. Bo jeśli gasnę jak blaknący pergamin i w smaku przypominam coraz bardziej ocet, to może tę dewizę można pożegnać i poszukać lepszej. „Mogę dać z siebie tyle, ile mogę”. „To ok nie mieć siły”. „Najpiękniejsze rzeczy w życiu są darem”.

Pokochać siebie serdecznie, jak dziecko, to podobnie jak ono uczyć się nowych słów. Znajomy salezjanin, któremu wiele zawdzięczam, słuchając, jak sobie dowalam, powiedział mi kiedyś: „Ej, nie wolno ci tak mówić o sobie”. I zostały te słowa ze mną jak położona na ramieniu dłoń przyjaciela, który chce wziąć mnie w obronę przede mną samą. Możesz mówić o sobie jak o kimś bliskim, kto jest dla ciebie ważny i kogo nie chcesz zranić. Możesz mówić do siebie jak do kogoś, kogo kochasz. „Jestem sobie wdzięczna, że wczoraj zatrzymałam się w biegu”. „Jestem kimś wartościowym”. „Jest mi trudno”. „Jestem cudem”. Te słowa otwierają nowe pejzaże. I bez wyjazdu do Nowej Zelandii, na zapomnianej ulicy swojego miasta albo wsi, zobaczysz coś pięknego, co jest głęboko w tobie.

 

Brać siebie pod uwagę

Uczyć się kochać siebie – to brać siebie pod uwagę. To potrzeba ważna jak oddech: być dostrzeganym i branym pod uwagę. Nawet małe dzieci nie chcą, by ktoś za nich decydował i wkraczał w ich przestrzeń jak taran. Okazują też, że są zmęczone albo głodne – tym wyraźniej, im są mniejsze. Nie jak dorosły, który o 11 spostrzega, że jeszcze nie jadł śniadania, albo po tygodniu spania po cztery godziny wysadza dom w powietrze i wtedy dopiero dociera do niego, jak jest niewyspany.

Uczenie się brania siebie pod uwagę otwiera ścieżkę przyjaźni z tą ważną częścią mnie: z moim ciałem. Z tej uważności na to, co się z nim dzieje, może zawitać czegoś w moim życiu mniej, a czegoś innego więcej. Mniej ścisku w żołądku. Mniej napięcia, które trzyma jak pod elektrycznym pastuchem całe dnie. Mniej bólu. Bo gdy słuchamy, jakie sygnały ciało nam wysyła, możemy spełniać jego prośby. O sen. O czas wolny. O ruch. O odpoczynek. O przytulenie. O miękki koc.

Czuły radar ciała jednak wyłapuje także wiele innych rzeczy. To, czy możemy spełnić czyjąś prośbę, czy też zgoda nas obciąży nadmiernie. I to, czy nasze granice są bezpieczne, czy naruszane. Możemy sprawdzać, czy to, co ktoś robi względem nas, jest dla nas ok, czy niekoniecznie. I w ten sposób, słuchając swojego ciała, zyskujemy więcej wolności. Więcej autentyczności i wyborów w zgodzie z własnym sumieniem, wartościami, potrzebami i poczuciem integralności.

I z tego brania siebie pod uwagę odsłaniają się polany sprzyjania sobie. Wybierania tego, co mnie karmi i wzmacnia. Takich zajęć, takich miejsc, takich relacji. Gdy na liście osób, które obdarzam miłością, znajduje się także moje własne imię.

Czytaj także: Co się dzieje, kiedy sam sobie odmawiasz miłości?

Czytaj także: Bądź sam dla siebie wsparciem, czyli jak budować relację z samym sobą

Czytaj także: Krytyka zamiast wsparcia. Czy da się uratować taki związek?

Newsletter
Aleteia codziennie w Twojej skrzynce e-mail