Aleteia

Dlaczego pojęcie „grzeczne dziecko” nie wspiera wychowania?

DZIEWCZYNKA RYSUJE
Evgeny Hmur | Shutterstock
Udostępnij

Krąży po internecie tak obrazek, na którym św. Mikołaj pyta siedzącą mu na kolanach dziewczynkę: „Czyli zawsze byłaś cicha, grzeczna, słuchałaś poleceń, na wszystko się zgadzałaś i nigdy się nie denerwowałaś?”. I dopowiada: „W takim razie otrzymujesz prezent”. Dziewczynka przyjmuje kolorowe pudełko z wstążką i zaciekawia się: „Co jest w środku?”. Wtedy Mikołaj uchyla rąbka tajemnicy: „Pakiet zaburzeń psychicznych na całe życie”.

Wiemy już tyle o rozwoju człowieka, że możemy opisywać dzieci bardziej złożonymi i wspierającymi pojęciami niż „grzeczne” -„niegrzeczne”. To trochę relikt poprzedniej epoki, skupionej na tym, by dziecko nie przeszkadzało w wystarczająco już trudnym i często pełnym dramatów życiu rodziców. W czasach, gdy buty były na talony, a potem, gdy wydawało się naszemu społeczeństwu, że transformacja ku kapitalizmowi wymagała pracy 24/7.

 

Grzeczne dziecko

Termin „grzeczne dziecko” to coś, co nie pomaga rodzicom w widzeniu ich dzieci. Nakłada na wzajemną relację dwojga ludzi – rodzica i dziecka – filtr, przez który rodzic widzi tylko punkt docelowy, w którym dziecko miałoby się znaleźć. To może być taki punkt, że dziecko nigdy się nie wierci, nie potrzebuje czegoś „nie w porę”, nie ma odmiennego zdania niż rodzice. Nie krzyczy, nie niszczy rzeczy, gdy się gniewa. Nie płacze zbyt długo (albo wcale), gdy się skaleczy albo czuje się zawiedzione. Dobrze się uczy. „Grzeczne dziecko” to w sumie dziecko idealnie dopasowane. Do systemu, do wymagań, do naszych oczekiwań i wyobrażeń. „Bądź grzeczny” znaczy: „nie potrzebuj”. „Nie przeżywaj trudności”.

Pomogło mi ogromnie wyrzucenie z własnego słownika pojęcia „grzeczne dziecko”. I zamiast tego – patrzenie na różne trudne dla mnie zachowania dzieci  jako na nieporadne, zaszyfrowane komunikaty (o takich szyfrach pisał już prawie trzydzieści lat temu Thomas Gordon, autor „Wychowania bez porażek”). Dzieci chcą nam zakomunikować tak, jak umieją – czyli bez narzędzi dorosłego ubierania w słowa uczuć i pragnień – jakieś swoje ważne potrzeby.

A z potrzebami jest tak, że coś się z nimi może zadziać jedynie, gdy są nazwane. Więc nawet owo słynne „nienawidzę cię”, które ja rozszyfrowałam kiedyś dzięki temu, co napisał Gordon i było to dla mnie olśnieniem – oznaczać może w ustach dziecka tysiąc innych rzeczy. „Jestem rozczarowana”, „jestem zły”, „potrzebuję pomocy, której ty mi teraz swoim zachowaniem nie dajesz”. I tylko rodzic, jako większy i mądrzejszy, może pomóc dziecku zorientować się w tym, o co naprawdę mu chodzi. „Chyba się bardzo zezłościłeś, bo chciałeś naprawić tą zabawkę, a ona się rozleciała”. „Czy chcesz teraz, żebym cię posłuchała – kilka razy mówiłaś coś do mnie, a ja byłam zajęta swoimi sprawami i nie słyszałam”.

 

Trud bycia sobą

Podobnie gdy dzieci się konfliktują albo mają inne zdanie, mogę szukać, o co im chodzi i co ważnego chcą mi powiedzieć, zamiast sprowadzać ich działania do kategorii „grzeczny” -„niegrzeczny”. Bo odkrywam, że jeszcze tak się nie zdarzyło, by dzieci podejmowały jakieś działania z zamiarem zrobienia czegoś złego. Robią różne rzeczy najlepiej, jak umieją (i jak nie umieją). Ja mogę dać im przestrzeń wysłuchania i ponazywania tego, na czym im zależy. I często samo wysłuchanie już wiele zmienia. Mogę też opowiadać im o tym, czego ja potrzebuję i co bym chciała. I możemy dochodzić do porozumienia.

Myślę też o sobie. Czy naprawdę chciałabym myśleć o sobie, że sama jestem „grzeczna”. „O, jaka grzeczna kobieta!”. Mam poczucie, że to określenie byłoby jak kaftan bezpieczeństwa. Jak foremka do świątecznych pierniczków, nie zaś miara człowieczeństwa. Kojarzy mi się z takim dopasowaniem do oczekiwań innych, że kogoś przestaje być widać. Potrzebuję móc być po prostu żywym człowiekiem, któremu bywa trudno, wścieka się, smuci, czegoś potrzebuje, ma gorsze dni. Że trochę podobnie jest ze słowem „anioł”. „Jesteś aniołem”, gdy niczego nie potrzebujesz. I gdy nigdy nie mówisz „nie”, choć to, co się dzieje, bardzo ci nie odpowiada.

Wolę świat wzajemnych odniesień żywych ludzi, pięknych w trudzie bycia samymi sobą.