Aleteia.pl - pozytywna strona Internetu w Twojej skrzynce e-mail

Nie możesz nas wesprzeć finansowo?

Możesz to zrobić na 5 innych sposobów:

  1. Módl się za nasz zespół i powodzenie naszej misji
  2. Opowiedz o Aletei w swojej parafii
  3. Udostępniaj nasze treści rodzinie i przyjaciołom
  4. Wyłącz AdBlocka, kiedy do nas zaglądasz
  5. Zapisz się do naszego newslettera i czytaj go codziennie

Dziękujemy!
Zespół Aletei

 

Aleteia

Oto my: banda grzeszników powołana przez Boga, by być Jego Ludem, Jego rodziną i zalążkiem Królestwa

WSPÓLNOTA
Jed Villejo/Unsplash | CC0
Udostępnij

Być może dlatego wciąż wierzę. Moją wiarę buduje świadectwo moich braci i sióstr. Zwłaszcza wtedy, kiedy moje własne oczy zachodzą mgłą. Oto są tuż obok mnie inni. Mogę się ich złapać i iść dalej. Pomogą mi nieść moje brzemię. Dziś oni dźwigają mnie, jutro ja z innymi będę dźwigał kogoś z nich.

Potrzebuję Kościoła, bo nie da się być chrześcijaninem w pojedynkę. Wiarę, którą otrzymałem za pośrednictwem wspólnoty potrzebuję przeżywać we wspólnocie. Bo wiara to nie raz przyjęty pakiet przekonań, ale droga, którą idę raz wolniej, raz szybciej, ale nigdy sam.

Posłuchaj rekolekcji w wersji audio:

 

Spodobało się Bogu

Cała historia zbawienia jest historią wspólnoty. Nawet Adamowi nie było do końca dobrze w raju, dopóki Pan Bóg nie postawił przed nim Ewy. Zresztą oba opisy stworzenia człowieka wyraźnie podkreślają, że jesteśmy bytami powołanymi do istnienia w relacjach.

Bóg, który jest odwieczną relacją Trzech Osób, stworzył człowieka „na swój obraz i podobieństwo” – jako wspólnotę. Księga Rodzaju mówi: „Stworzył więc Bóg człowieka na swój obraz, na obraz Boży go stworzył: stworzył mężczyznę i niewiastę” (Rdz 1,27).

Człowiek od początku istnieje jako Dwoje – najmniejsza z możliwych, ale już wspólnota. I tak dalej przez całe dzieje zbawienia. Noe zostaje ocalony wraz z rodziną, Abraham wraz z rodziną wyrusza w drogę. Nawet jeśli kogoś Bóg powołuje w samotności, jak Mojżesza, to powołuje go dla Ludu, a więc dla wspólnoty, ze względu na nią. Jezus chce mieć dwunastu apostołów, jak patriarcha Jakub miał dwunastu synów.

Gdy ich posyła, posyła ich po dwóch. Jan biegnie do pustego grobu wraz z Piotrem i choć go wyprzedza, to potem czeka na Piotra, by wejść do środka wraz z nim. Owszem, Maria Magdalena spotyka zmartwychwstałego Pana sama, ale natychmiast słyszy: „udaj się do moich braci i powiedz im: Wstępuję do Ojca mego i Ojca waszego oraz do Boga mego i Boga waszego (J 20,17).

Nawet taki gigant jak apostoł Paweł nie wyrusza w podróże apostolskie sam, a gdy pod koniec życia uwięziony doświadcza osamotnienia, boleśnie to przeżywa i prosi Tymoteusza: „Pospiesz się, by przybyć do mnie szybko” (2Tm 4,9).

Nie idzie tylko o naturalną ludzką potrzebę, by mieć kogoś koło siebie, ale o to, że zbawienie dziać się może jedynie we wspólnocie. Pięknie zostało to ujęte przez ojców ostatniego soboru w konstytucji dogmatycznej o Kościele: „Podobało się Bogu uświęcać i zbawiać ludzi nie pojedynczo, z wyłączeniem wszelkich wzajemnych powiązań, lecz ustanowić ich jako lud, który uznałby Go w prawdzie i Jemu święcie służył” (Lumen gentium, 9).

 

Jeden, czyli żaden

Zaproszenie jakie Bóg kieruje do człowieka ma zawsze charakter głęboko osobisty, ale nigdy indywidualistyczny. Tak jak potrzebowaliśmy wspólnoty, aby za jej pośrednictwem otrzymać wiarę – prawdę o Bogu objawionym w Jezusie Chrystusie, tak potrzebujemy wspólnoty jako „środowiska wiary”, w którym może się ona rozwijać i umacniać.

Jezusowej Ewangelii nie da się realizować w pojedynkę. Ona zawsze odsyła nas do wspólnoty, do konkretnych ludzi, którzy żyją obok nas. Święty apostoł Jan w swoim liście mówi, że nie da się kochać niewidzialnego Boga, nie kochając człowieka, który jest obok nas i który jest naszym bratem (por 1J 4,19). Przywoływany już w pierwszym tekście tego cyklu święty Cyprian z Kartaginy mówił: „Jeden chrześcijanin, to żaden chrześcijanin”.

Ale czy to oznacza, że potrzebuję Kościoła? Może wystarczy, jeśli będę się starał praktykować Ewangelię w relacjach z kimkolwiek, kogo spotkam? Dlaczego musi to być od razu formalna wspólnota Kościoła? Z dwóch powodów.

Po pierwsze dlatego, że miłość ma swój porządek (fachowo, mądrze i po łacinie nazywa się to w katolickiej nauce społecznej „ordo caritatis”, czyli „porządek miłowania”). Miłość, żeby była prawdziwa, musi być konkretna, musi być miłością do konkretnych ludzi.

Jasne, że Chrystus wzywa nas do miłowania każdego człowieka, bez względu na jego przynależność wspólnotową, wyznaniową, religijną. Ale jeśli nie chcę czy nie potrafię kochać tych, których mam tuż obok siebie, z którymi łączą mnie naturalne duchowe więzi – bo należymy do tej samej duchowej rodziny Kościoła, który jest nasza Matką (o tym mówiliśmy tydzień temu) – to moja postulowana miłość do miliarda Chińczyków, których nigdy nie widziałem na oczy wydaje się nieco „podejrzana”.

To zakorzenienie w konkretnej wspólnocie, które nie wynika z naszego wyboru jest szalenie ważne. Bez niego grozi nam, że będziemy uprawiać jakąś formę altruizmu inspirowanego chrześcijaństwem, ale nie miłość.

Bo prawdziwa miłość jest bezwarunkowa. Kocham ludzi, którzy są mi dani (nie wybrani przeze mnie wedle moich gustów i upodobań, ale właśni dani – i zadani, jak mówił święty Jan Paweł II) właśnie dlatego, że zostali mi dani. Nie ja ich sobie wybrałem. I nawet kiedy mnie denerwują, ranią, zawodzą nie szukam innych, nie rezygnuję z miłości do nich na rzecz kogoś, kto wydawałby się jej bardziej wart i godzien. Wszyscy chyba „czujemy”, że dopiero wówczas można mówić o prawdziwej miłości.

 

Jeden drugiego brzemiona noście

Jak bardzo potrzebne nam jest środowisko wiary, czyli wspólnota Kościoła, doświadczamy zwłaszcza w chwilach kryzysu i zwątpienia. Kiedy ogarnia mnie zwątpienie, kiedy nie umiem lub nie mam siły się modlić, kiedy upadam w grzech – podnosi mnie i niesie na swoich barkach wspólnota braci i sióstr. Tak samo słabych i kruchych jak ja.

Banda grzeszników powołana przez Boga, by być Jego Ludem, Jego rodziną. Od zarania mojego życia otacza mnie modlitwa tysięcy ludzi, których tu na ziemi nigdy nie poznam. Spotkamy się dopiero w Domu.

Być może dlatego wciąż wierzę, wciąż jeszcze mam siłę od nowa powstawać z moich grzechów, wciąż głoszę Ewangelię, że gdzieś po drugiej stronie globu ktoś ofiarowuje za mnie swoją modlitwę i swoje cierpienie. Moją wiarę buduje świadectwo moich braci i sióstr. Także, a może zwłaszcza wtedy, kiedy moje własne oczy zachodzą mgłą, kiedy sam przestaję dostrzegać cel i sens drogi. Oto są tuż obok mnie inni.

Mogę się ich złapać i iść dalej. Mogą mnie podtrzymać, kiedy słabnę i zaczynam się chwiać. Pomogą mi nieść moje brzemię. Nie stanie się ono przez to lżejsze, ale nie pozostanę z nim sam. Dziś oni dźwigają mnie, jutro ja z innymi będę dźwigał kogoś z nich. Bo jesteśmy rodziną. Jesteśmy naczyniami połączonymi.

Miłość Boga i Jego zbawienie przychodzą do nas zawsze za pośrednictwem człowieka. Są powierzone nie jednostkom, ale Ludowi, wspólnocie. Potrzebuję Kościoła, by mieć do nich dostęp. I sam jestem w Kościele potrzebny, by Bóg mógł mieć swój Lud, przez który wciąż działa w świecie. Lud, który już tu w doczesności jest zalążkiem Królestwa.

Newsletter
Aleteia codziennie w Twojej skrzynce e-mail