Aleteia.pl - pozytywna strona Internetu w Twojej skrzynce e-mail

Nie możesz nas wesprzeć finansowo?

Możesz to zrobić na 5 innych sposobów:

  1. Módl się za nasz zespół i powodzenie naszej misji
  2. Opowiedz o Aletei w swojej parafii
  3. Udostępniaj nasze treści rodzinie i przyjaciołom
  4. Wyłącz AdBlocka, kiedy do nas zaglądasz
  5. Zapisz się do naszego newslettera i czytaj go codziennie

Dziękujemy!
Zespół Aletei

 

Aleteia

Trzy słodkie i jedna gorzka lekcja życia. Czyli o tym, jak warszawiak Kraków odwiedzał

KRAKÓW
ParrySuwanitch | Shutterstock
Udostępnij

Jestem szkoleniowcem i czasem przychodzi mi pracować w weekendy, niekiedy również poza rodzinnym miastem. Porzućmy romantyczne wyobrażenia. Taki wyjazd przeważnie nie przynosi żadnych inspirujących przemyśleń czy niezwykłych zdarzeń. No chyba, że jest to wyjazd do Krakowa!

Czy to miasto naprawdę jest takie? Grzegorz Turnau śpiewa, że chodzi się tam „z księżycem w butonierce”, więc pewnie jest coś na rzeczy… Znam Kraków jako przyjezdny, więc poniższe historie nie są wynikiem tylko i wyłącznie moich osobistych doświadczeń.

 

Kto w Krakowie pracuje w soboty?

Jest piątek. Wsiadam do pociągu na Dworcu Zachodnim. W przedziale jest nas trzech. Wszyscy w podobnym wieku. Moi kompani jadą do domu. Myślą, że ja też z Krakowa. Gdy dowiadują się, że jest inaczej, zaczynają zgadywać, że podróżuję w celach rozrywkowych. Doznają wstrząsu, gdy mówię, że jadę do pracy. Ale szybko dochodzą do siebie. Przecież są ludzie pracujący w weekendy… np. aktorzy i muzycy. Odkrywam karty i deklaruję, że będę poprowadzić szkolenie. Zapada cisza. W końcu jeden ją przerywa i mówi: „Ja chyba tylko raz zgodziłem się pracować w weekend i musieli mi zapłacić potrójną stawkę”.

Poczucie wyższości przodownika pracy. Oto co odczułem w pierwszej chwili. Gdzie teatr i muzykowanie – jest praca do wykonania i ja ją wykonuje. Ale chwilę później pomyślałem, że wcale niegłupie mają podejście do życia te krakusy…

 

Zakupy na zeszyt albo nawet bez

Jestem już w Krakowie. Koło sali szkoleniowej jest niewielki barek. Typowe polskie dania w przystępnej cenie. Jakość wyśmienita. Płatność tylko gotówką. Odliczam monety na zestaw dnia. Brakuje 5 złotych. Zastanawiam się, czy nie zamówić bez zupy. Jeszcze ust nie otworzyłem, a już słyszę. „Odda mi pan następnym razem, tylko proszę pamiętać, bo ja na pewno zapomnę”- mówi sprzedawca i właściciel zarazem, a po chwili wręcza mi paragon. Mogę oddać jutro? – pytam, bo zapomniałem, jak głupie jest to pytanie. „W weekend mnie tu nie ma, innym razem pan odda”. Czy właśnie ktoś mi pożyczył pieniądze, bez gwarancji zwrotu i jeszcze podatek za nie zapłacił?

Od środka zalała mnie ciepła fala wdzięczności. Chwilę później moje wnętrze napełniło się ciepłem barszczu. No i pomyślałem, że niby też uważam, że pieniądze to nie wszystko. Niestety nie pamiętam, kiedy ostatni raz doświadczyłem tej myśli w praktyce na ulicach jakiegoś wielkiego miasta…

 

Jak zostać bohaterem kabaretu?

Na stoliku przede mną drugie danie z zestawu nr 1. Przy stoliku obok trzech mężczyzn koło 50. Siedzą, gadają i nic się nie dzieje. Jak bohaterowie z kabaretu Macieja Stuhra. Nic nie jedzą, nic nie ustalają, telefony też mają schowane. Ich spotkanie do otaczającego świata nie wnosi absolutnie żadnej zmiany. Czasem pada jakieś zdanie. Czasem pomruk śmiechu. Czasem pozbawiona treści cisza. Mój wzrok szybko ucieka w kierunku ziemniaków z pietruszką.

Ileż spraw można by w tym czasie załatwić – pomyślałem w pierwszej chwili. Ale chwilę później przypomniało mi się, że w dzieciństwie też umiałem tak „nic nie robić” i że może życie też trochę na tym właśnie polega…

 

Głodny? No to poczekasz!

Jest niedzielny poranek. W drodze na szkolenie chciałbym kupić drożdżówkę, która odegra rolę śniadania. Mijam kolejne sklepy z zielonym logo – w Warszawie czynne od świtu aż do później nocy. No chyba faktycznie nikt tu w weekend nie pracuje. Nagle wyrastają przede mną otwarte drzwi. Wchodzę. Za grubą szybą, na tle ściany z wysokoprocentowych alkoholi, stoi młoda ekspedientka. Drożdżówek ani nawet paluszków nie mają. Tylko szkło i procenty. Wychodzę. Ale na zegarze 8.00 rano i ktoś właśnie otwiera sklep obok. Patrzę na szyld, na którym widnieje napis: Zakłady bukmacherskie. Z pustym brzuchem odchodzę pustą ulicą z głową pełną refleksji.

Dobrze żyć w mieście, w którego kulturę wpisane jest unikanie pracy w weekendy. Bezcenna jest umiejętność „tracenia” czasu przez zwykłe przebywanie z innymi ludźmi. Uwalniające jest myślenie, że pieniądze to nie wszystko i że nie muszę znać kogoś nawet pięciu minut, żeby mu zaufać. Niezmiennie zachwyca mnie to miasto. Zresztą mam o nim więcej podobnych historyjek.

A jednak nawet w ten sposób żyjące społeczeństwo ma swoje choroby np. alkoholizm czy hazard. Bo czy ktoś w pełni zdrowy o 8.00 rano w niedzielę potrzebuje kupić pół litra albo zrobić zakład? Budowanie życiowej równowagi wyłącznie na dobrych nawykach, które zapewnia lokalna kultura czy przepisy prawa to trochę za mało. Bez ciągłego kształtowania sumienia prędzej czy później można trafić na podwodną skałę, której łódź naszego życia nie wytrzyma.

Newsletter
Aleteia codziennie w Twojej skrzynce e-mail