Aleteia.pl - pozytywna strona Internetu w Twojej skrzynce e-mail

Nie możesz nas wesprzeć finansowo?

Możesz to zrobić na 5 innych sposobów:

  1. Módl się za nasz zespół i powodzenie naszej misji
  2. Opowiedz o Aletei w swojej parafii
  3. Udostępniaj nasze treści rodzinie i przyjaciołom
  4. Wyłącz AdBlocka, kiedy do nas zaglądasz
  5. Zapisz się do naszego newslettera i czytaj go codziennie

Dziękujemy!
Zespół Aletei

 

Aleteia

Dlaczego sukces nie karmi głodu serca?

SUKCES
Razvan Chisu/Unsplash | CC0
Udostępnij

To uznanie, jakie dostajemy z powodu naszych „sukcesów” – nie karmi. Jest jak cukierek w pozłacanym papierku, po którym chce się zjeść następny, bo jest się nadal głodnym.

Na szkoleniu, w którym brałam ostatnio udział, prowadzący zainicjował dyskusję na temat predyktorów sukcesu. Czy bardziej wykształcenie, czy inteligencja emocjonalna. Poczułam ogromny wewnętrzny opór. „Poczekajcie – powiedziałam do grupy. – Zdefiniujmy sukces”. Usłyszałam w odpowiedzi: „wyniki, osiągnięcia”.

 

W poszukiwaniu sukcesu

Zaczyna się to bardzo wcześnie. Od piątek i jedynek w szkole. Od bycia wtłoczonym w system, który odcina to, co jednostkowe, delikatne i wrażliwe, i upycha całkiem małe jeszcze osoby do foremek. To nic, że najpierw trzeba zacząć mielić na pasztet coś bardzo kruchego: poczucie własnej wartości. Ową godność, która wynika tylko z tego, że się jest człowiekiem. I nagle okazuje się, że swoją wartość dopiero trzeba udowodnić. Siedząc czterdzieści pięć minut w ławce. Skupiając się na tym, co nauczyciel mówi, bez względu na to, czy to jest ciekawe i użyteczne, czy też nudne i niepotrzebne. A na koniec naszej wartości dowodzi, ile tego zapamiętaliśmy.

Być może zaczyna się to jeszcze wcześniej. Już w przedszkolu, gdy dzieci hurtowo dzieli się na grzeczne (niesprawiające kłopotu) i niegrzeczne (te, którym z różnych powodów bywa trudno). Możliwe jednak, że to wszystko zaczyna się jeszcze wcześniej. Gdy rodzic bierze w ramiona nowo narodzone dziecko i już widzi je za dwadzieścia lat. Jak jest wziętym prawnikiem. Znanym lekarzem. Politykiem. Piłkarzem w kadrze narodowej. Nie po prostu Olą, Maćkiem albo Grzesiem. Nie kimś wartościowym, dobrym i bliskim, ale kimś, kto dopiero się kiedyś stanie – kimś wielkim. Jeśli na to zasłuży. I tak od pierwszych miesięcy i lat możemy uczyć dzieci, że zasługują na miłość tylko w określonych warunkach. Jednak nie wtedy, gdy są słabe, gdy czegoś nie umieją, nie wiedzą, nie radzą sobie i przychodzą do nas nie w porę, czyli wtedy, kiedy my w dorosłym świecie usiłujemy udowodnić swoją wartość i jesteśmy tym tak wyczerpani, że brakuje zasobów na przytulenie, uśmiech, wsłuchanie się w dziecko.

Gdy to coś niezwykle kruchego i ważnego w nas zostanie z nas wyjęte, połamane i rozbite – sukces mierzony wynikami może być świętym Graalem, którego szuka się przez całe życie. Im większe poczucie własnej niewystarczalności, tym usilniejsze poszukiwanie koła ratunkowego. Czegokolwiek, co powie: „zasługujesz”. Zasługujesz na uznanie. Zasługujesz na podziw. Zasługujesz na miłość.

 

Bezwarunkowo

Poszukiwanie tego sukcesu albo przesuwanie się po ścieżce życia od jednego osiągnięcia do następnego może być rozpaczliwą próbą zrealizowania potrzeby bycia widzianym i słyszanym. Bycia kimś ważnym. Potrzeby osobistego znaczenia, uznania i wkładu. I te potrzeby, te głody będzie tym trudniej zaspokoić, im mniej tego się dostało właśnie od momentu, gdy mama i tata po raz pierwszy wzięli nas w ramiona. To bardzo ważne – kogo wtedy zobaczyli. Czy cud życia i osobę, która zasługuje na bezwarunkową miłość i szacunek, czy kogoś, kto będzie im sprawiał kłopot / dawał zadowolenie. Im więcej usłyszymy: „kocham cię”, „jesteś ważny dlatego, że jesteś”, „liczysz się dla mnie” – tym bardziej potem czujemy się wystarczający. I możemy wychodzić do świata z pozycji bezpieczeństwa i chęci obdarowania innych. Im tego mniej, tym bardziej świat przypomina salę luster, które dopiero mogłyby naszemu połamanemu wnętrzu powiedzieć: „jesteś dobry”, „jesteś cudem”.

Te społeczne lustra jednak często wszystko zniekształcają. Uwydatniają tylko małą cząstkę nas. Nagradzani bywamy za wiedzę. Za kreatywność. Za szybką pracę. Za dokładność. Ale nie pokazują zarwanych nocy. Poświęconych na rzecz osiągnięć relacji. Wymazanego z planu dnia odpoczynku. Niemożliwej – z powodu odczuwanego stresu i zagonienia – bliskości.

I dlatego to uznanie, jakie dostajemy z powodu naszych „sukcesów” – nie karmi. Jest jak cukierek w pozłacanym papierku, po którym chce się zjeść następny, bo jest się nadal głodnym. Karmi jedynie taki rodzaj akceptacji, w którym ktoś przyjmuje nas z naszymi miejscami słabymi. Z naszym poranieniem. Z naszym „nie umiem” oraz „nie wiem”.

A to może się wydarzać jedynie w więzi z drugim człowiekiem, nie w publicznych oklaskach, premiach i lajkach.

Newsletter
Aleteia codziennie w Twojej skrzynce e-mail