Aleteia

Ksiądz, który chodzi nawet do szkoły rodzenia. „Posługa jest przepiękna i jestem za nią wdzięczny”

KSIĄDZ RODZINA
Halinskyi Maksym | Shutterstock
Udostępnij

Ksiądz, który zawozi pieluchy do szpitala, bierze udział w szkole rodzenia, marzy o byciu przy porodzie i udaje mu się to. Krok po kroku razem z małżonkami, przyjaciółmi, specjalistami wprowadza kolejne inicjatywy dla małżonków i rodzin. Tak działa ks. Jacek Kotowski, duszpasterz rodzin w diecezji łomżyńskiej. To miała być rozmowa o duszpasterstwie, a wyszła… historia szczęśliwego kapłaństwa!

Kościół jest dobry” to adwentowa akcja portalu Aleteia.pl. W czasie, gdy w naszej wspólnocie braci i sióstr wierzących doświadczamy tak wielu trudności, skandali i zgorszenia, chcemy pozostać przestrzenią, która nie zapomina o tym, co dobre i piękne w Kościele. To tu – mimo wszystko – płynie Źródło życia i nadziei. Na naszych stronach znajdziecie więc artykuły i historie o akcjach, wspólnotach, organizacjach i osobach świeckich lub duchownych, które – jak światła w świątyni – rozświetlają przestrzeń Kościoła.

Marlena Bessman-Paliwoda: Skąd u księdza zainteresowanie i chęć pomocy małżeństwom i rodzinie?

Ks. Jacek Kotowski*: Dziesięć lat temu, kiedy obejmowałem funkcję duszpasterza rodzin, do posługi małżonkom i rodzinom bp Stanisław Stefanek przekonywał mnie „pastorałem”, trochę na siłę. Broniłem się, jak tylko mogłem, bo obawiałem się odpowiedzialności, która łączy się z tym duszpasterstwem. Byłem młodym księdzem, cztery lata po święceniach, jeszcze bez studiów specjalistycznych. Bp Stefanek używając różnych argumentów, ostatecznie przekonał mnie, mówiąc, że będzie trzeba się jakoś zbawić, że takie osiągnięcia jak otwieranie i zamykanie drzwi w domu biskupim, odbieranie telefonu i pisanie w kalendarzu (pracowałem jako jego sekretarz), nie przekonają Świętego Piotra. Mogę mieć problem z przekroczeniem bram nieba. A jak mu powiem, że pomogłem chociaż jednej rodzinie, to wtedy bramę otworzy i do Królestwa niebieskiego zaprosi. To był chyba najmocniejszy argument (śmiech).

A tak poważnie, to cieszę się z tego powierzonego mi odcinka diecezjalnej pracy, bo ten zagon, który uprawiam jest bardzo żyzny, obfity w owoce, wdzięczny i radosny, chociaż dziś związany ze szczególną odpowiedzialnością. Nigdy wcześniej ataki na małżeństwo i rodzinę tak się nie nasilały. Chyba nigdy wcześniej nie przeżywały one takiego kryzysu. Niektóre osoby czy środowiska chcą zniszczyć rodzinę. Siostra Łucja, święta z Fatimy, powiedziała kardynałowi Carlowi Caffarra, że ostateczna walka rozegra się między Bogiem a szatanem właśnie o rodzinę. I to jest chyba ten czas.

Jak rozumie ksiądz swoje zadanie?

Najogólniej mówiąc: bronić przed szatanem oraz kryzysem małżeństwa i rodziny. Podstawą jest modlitwa za małżeństwa i rodziny w diecezji. Tak mam w pierwszej kolejności zapisane w dekrecie. Drugie to słuchanie. Pan Bóg podpowiada, dokumenty Kościoła także, ale o małżeństwo chciałem pytać także małżonków.

Posadziłem przed sobą dwa małżeństwa, najkrócej mówiąc moich przyjaciół, i poprosiłem, żeby mówili mi szczerze, czym żyją, co przeżywają, czego potrzebują dziś do bezpiecznego trwania małżeństwa i rodziny, a ja postaram się najlepiej jak potrafię działać, wykorzystując swoje możliwości, zdolności i znajomości z ludźmi zaangażowanymi w duszpasterstwo rodzin w Polsce, aby im to dać. Tak powstało Studium Życia Rodzinnego, z którego korzysta każdego roku mniej więcej 150 osób.

To co mamy dzisiaj w diecezji – taki szeroki wachlarz różnych „usług” i propozycji dla małżonków – to nie tylko mój pomysł, ale całej rady programowej, małżeństw, przyjaciół, którzy siadają razem ze mną, dyskutują, mówią o problemach, jakimi dziś żyją rodziny, i wspólnie pomagają na te potrzeby odpowiedzieć.

W tych poszukiwaniach dotarł ksiądz na zajęcia szkoły rodzenia. Jak do tego doszło?

Bycie ojcem czy matką to najpiękniejsza życiowa kariera mężczyzny i kobiety. Papież Paweł VI mówił, że jest to przedłużenie miłości małżeńskiej na wieczność. Proszę zwrócić uwagę, że dom, który się zbuduje z najlepszych materiałów rozpadnie się po iluś latach, samochód zardzewieje, kariera zawodowa się skończy, a dziecko, któremu przekażą życie będzie żyło na wieki, ponieważ ma nieśmiertelną duszę i dzięki temu będzie o nich świadczyć w wieczności.

Pomyślałem więc, że trzeba iść do szkoły rodzenia i powiedzieć o tym ludziom, którzy przygotowują się do porodu. Ułatwiła mi to pani doktor Bożena Florczyk, która zaprosiła mnie na spotkanie opłatkowe do swojej szkoły rodzenia. Tak się życzliwie łamaliśmy tym opłatkiem pośród „gugania” i płaczu najmłodszych uczestników wigilii, że dostałem zaproszenie na zajęcia. To okazja, by młodym rodzicom mówić, że nie są po prostu w ciąży, ale w stanie błogosławionym, że mają pod sercem największy dar, że zaufał im Bóg, dał im „coś” najpiękniejszego, co stworzył – człowieka.

Dzisiaj mamy dwie szkoły rodzenia, z którymi współpracujemy w Łomży i Ostrołęce. Rodzice uczą się tam techniki oddychania, kontrolowania skurczy, a my mówimy im, że bycie ojcem i matką to najpiękniejsze powołanie.

Kiedy mijam, idąc ulicą czy jadąc samochodem kobietę w stanie błogosławionym, czynię znak krzyża, to znaczy błogosławię taką mamę. Nauczył mnie tego biskup Stefanek. Tłumaczył mi, że taką kobietę Bóg trzyma za rękę, bo przecież dał jej „aż” dziecko, czyli powiedział: „ufam ci, że je przyjmiesz i urodzisz”. Chyba nie ma lepszego sposobu, żeby pokazać człowiekowi, jak bardzo Bóg na niego liczy, jak mu ufa.

I nie tylko, bo nie ominął ksiądz sali porodowej, a raczej operacyjnej.

Kiedy już ukończyłem szkołę rodzenia, to zażartowałem w obecności pani doktor, że już teraz mam kwalifikacje i mogę być przy porodzie. Pani doktor ma poczucie humoru, jest życzliwa i bardzo odważna, więc dała mi możliwość zobaczenia cesarskiego cięcia.

I jakie to było uczucie?

O mały włos nie zemdlałem! To było coś niesamowitego. Zobaczyłem dziecko w maziach płodowych z jeszcze nieodciętą pępowiną! Widziałem pierwsze czynności, jakie wykonuje się przy noworodku. Coś pięknego… Nigdy tego nie zapomnę.

Piękna jest też historia „wspólnego dziecka” księdza i położnej Kasi, które urodziło się z zespołem Downa.

„Wspólne dziecko” brzmi ciekawie i jest powodem radości, ale czuję się zobowiązany to dokładnie wyjaśnić. Pani Katarzyna Jankowska, wtedy położna, a dziś dziekan Akademii Rodzica, umówiła na rozmowę ze mną pewną mamę, która otrzymała od lekarzy surową diagnozę: dziecko ma zespół Downa. Pojawiło się w niej dużo wątpliwości, a Kasia – jak mi potem wyjaśniła – szukała kogoś, kto będzie potrafił z nią rozmawiać.

Nie chodziło o pomoc medyczną, tą otrzymała od Kasi, u mnie szukała pomocy duchowej. Wspieraliśmy ją jako kapłan i położna, zabezpieczyliśmy materialnie z Funduszu Ochrony Życia, jaki mamy w diecezji, ponieważ dziecko potrzebowało specjalistycznej pomocy medycznej w Warszawie, miało operacje na sercu. Dziś Jakub radzi sobie świetnie, funkcjonuje w rodzinie i jest kochany przez rodziców. Cała ta sytuacja sprowokowała kilkanaście spotkań i rozmów z Kasią na temat ciąży i porodu. Zyskałem w ten sposób przyjaciela i wykładowcę na Studium Życia Rodzinnego.

Zobaczyliście w duszpasterstwie wyzwanie i za tym poszło działanie.

Tak, ta sytuacja sprawiła, że powołaliśmy do życia hospicjum perinatalne. W tej chwili pomagamy rodzicom, którzy dowiadują się, że ich dziecko będzie żyło krócej niż oni, czyli umrze jeszcze pod sercem matki albo zaraz po urodzeniu. Razem z położną, ginekologiem i psychologiem otaczamy taką mamę fachową opieką.

Robimy wszystko, co możemy, żeby rodzice nie musieli brać na siebie decyzji o życiu i śmierci dziecka. Zostawiamy ją Panu Bogu, to są przecież Jego kompetencje. Rodzice oczywiście cierpią, bo śmierć dziecka zawsze napełnia ich serca bólem, ale przynajmniej w sumieniu są spokojni, że Panu Bogu zostawili tę trudną decyzję. Dziś możemy mówić o dzieciach, które umarły naturalnie, którym pomogliśmy godnie odejść z tego świata. Niestety mógłbym opowiedzieć też o takich sytuacjach, w których nie byliśmy w stanie przekonać rodziców, żeby decyzję o śmierci dziecka zostawili Panu Bogu.

Kiedy zanosił ksiądz nowo narodzonemu siostrzeńcowi pieluchy do szpitala, pojawił się kolejny pomysł…

A potem na mieście mówiono, że jakiś ksiądz w Łomży ma dziecko, bo te pieluchy do szpitala przynosi (śmiech).

Kiedy moja siostra urodziła dziecko w szpitalu w Łomży, pani doktor Bożena Florczyk specjalnie położyła ją w sali z pewną Kasią, która urodziła dziecko z zespołem Downa. Odwiedzałem siostrę i widziałem z jednej strony radość z powodu urodzenia zdrowego dziecka u siostry i z drugiej smutek tamtej mamy z powodu urodzenia chorego dziecka. Wtedy pomyślałem, że trzeba coś zrobić, aby Kościół towarzyszył rodzicom z dziećmi niepełnosprawnymi.

Dziś Duszpasterstwo Rodzin z dziećmi niepełnosprawnymi działa w czterech miastach naszej diecezji, a Łomża działa wzorowo! Łomżyńska grupa była też u papieża Franciszka. W tym roku lecą razem do Lourdes. Od Kasi, tej ze szpitala, od której wszystko się zaczęło, otrzymałem SMS-em zdjęcie, na którym papież Franciszek trzyma jej córeczkę na rękach. Napisała mi wtedy: „Najszczęśliwszy dzień w moim życiu”. Myślałem, że sam się z radości rozpłaczę.

Kryzysy małżeńskie, straty dzieci, problemy wychowawcze – obok piękna rodziny ksiądz jeszcze bardziej widzi ich trudności i problemy. Nie czuje się ksiądz obciążony posługą?

Posługa duszpasterza jest przepiękna i dziś dziękuję biskupom łomżyńskim, którzy mi zaufali i ją powierzyli. Jest to trudny kawałek chleba, ale nigdy nie spotkała mnie taka sytuacja, po której żałowałbym, że jestem duszpasterzem rodzin. Tym bardziej nigdy nie żałowałem, że zostałem księdzem. A jestem szczęśliwym księdzem. Mam kochających się rodziców, wspaniałe siostry, wielką rodzinę, w której nie było jeszcze żadnego rozwodu, a rodzina jest naprawdę duża.

Kiedy jako młody duszpasterz rodzin poszedłem do poradni i spotkałem się z różnymi życiowymi scenariuszami, o których w swojej rodzinie nigdy nie słyszałem, a nawet nie wyobrażałem sobie, że życie może pisać takie scenariusze… to było to dla mnie bardzo trudne doświadczenie.

Jeden z księży poradził mi, abym nie brał wszystkich trudnych spraw na siebie, bo nie udźwignę ich ciężaru. Musisz nabrać trochę dystansu – tłumaczył. Nie powiem, że dystansuję się całkowicie. Niektóre sytuacje wzruszają, niektóre przerażają, o niektórych myślę długo, zastanawiając się jak pomóc, ale dzisiaj potrafię to Panu Bogu oddać na modlitwie.

Oczywiście wiem, że kiedyś Pan Bóg mnie zapyta, co zrobiłem, żeby małżeństwa w Łomży były bardziej trwałe, a rodziny bardziej szczęśliwe. Zdaję sobie sprawę, że u Świętego Piotra będę na te pytania odpowiadał. Wiem też, że nawet z licznymi osobami tworzącymi duszpasterstwo rodzin całego świata nie naprawimy i wszystkich problemów nie rozwiążemy. Na szczęście Pan Jezus jest od tego! To jednak nie zwalnia mnie z tego, by się starać i posługiwać w duszpasterstwie najlepiej jak potrafię. Czy robię to na 100% i skutecznie, to Pan Bóg będzie oceniał. Ja chcę mieć w sercu poczucie, że zrobiłem wszystko.

*Ks. dr Jacek Kotowski – od dziesięciu lat Duszpasterz Rodzin Diecezji Łomżyńskiej. W ramach duszpasterstwa działa Studium Życia Rodzinnego, Kawiarenka dialogowa, Specjalistyczna poradnia rodzinna, Poradnia na telefon, Telefon alarmowy dla kobiet w stanie błogosławionym, Fundusz Obrony Życia, Hospicjum perinatalne, Duszpasterstwo rodzin z dziećmi niepełnosprawnymi, wsparcie informacyjne i duchowe po stracie dziecka.