Aleteia.pl - pozytywna strona Internetu w Twojej skrzynce e-mail

Nie możesz nas wesprzeć finansowo?

Możesz to zrobić na 5 innych sposobów:

  1. Módl się za nasz zespół i powodzenie naszej misji
  2. Opowiedz o Aletei w swojej parafii
  3. Udostępniaj nasze treści rodzinie i przyjaciołom
  4. Wyłącz AdBlocka, kiedy do nas zaglądasz
  5. Zapisz się do naszego newslettera i czytaj go codziennie

Dziękujemy!
Zespół Aletei

 

Aleteia

„Nie będzie się śpiewać kolęd”. Dzikowska i jej meksykańska wigilia

ELŻBIETA DZIKOWSKA
KAMIL PIKLIKIEWICZ/Dzien Dobry TVN/East News
Udostępnij

Pomoc tego dnia okazał candelilleros nie tylko Luis Echeverría. Nieba przychyliła im natura. Kiedy wigilijni goście zaczęli się rozchodzić, w pustynnym Ocampo, gdzie średnia roczna opadów wynosi 200 mm, lunął deszcz. Scena jak ze świeckich jasełek.

Wielokroć opisywany w książce odwiedzający wiejską meksykańską biedotę prezydent Luis Echeverría Álvarez nie może nie kojarzyć się z generałem Velazco Alvarado obdarowującym ziemią peruwiańskich chłopów bezrolnych, co odmalowywała autorka w Hombre. Dzikowska wspomina między innymi o candelilli – trawie, z której można pozyskiwać naturalny wosk, i o chłopach, którzy tę roślinę uprawiają. Pisze sugestywnie, obrazowo. Wyostrza styl. Skraca frazę, często stosuje przeciwstawienie. Nieco upraszcza, chcąc być bardziej zrozumiałą. Sposób jej narracji momentami przywodzi na myśl opowieści Kapuścińskiego.

 

Wigilia z prezydentem

„Wosk z candelilli [jest najlepszy] – twierdzą jego zbieracze. Jest drogi i łatwo mogą go zastąpić parafiny syntetyczne – mówią przemysłowcy. Przemysłowcy chcą zarobić jak najwięcej. Candelilleros, wytapiacze wosku, chcą żyć.

Z tego zajęcia żyje 45 tys. ludzi. Żyje źle. Nie ma z czego żyć lepiej. Candelilla rośnie na pustyni, tam gdzie nic nie rośnie. Może tylko bezużyteczna gobernadora, drobny krzew, którego suchych liści nie chcą jeść nawet kozy. Człowiek ścina, topi candelillę, dwa tygodnie, miesiąc i wraca do domu. (…) Ma pięcioro, siedmioro, dziesięcioro dzieci. Chciałby pracować dłużej, nie musi odpoczywać, ale kto od niego kupi nadmiar wosku? Każda wieś ma przydzieloną ilość, nie może sprzedać więcej. Po co komu droga candelilla? Każdy zakup jest filantropią (…).

Candellileros z Ocampo mają największe problemy. Jeśli prezydent im nie pomoże, nie pomoże im nikt. Prezydent przyjechał do Ocampo 28 października 1974 r. Jeden z etapów objazdu stanów pustynnych. Razem z nim – ministrowie, dyrektorzy banków. I dziennikarze. Wieczorem – zebranie robocze. W prezydium – władze, na sali – chłopi. Ich przodkowie zrobili rewolucję w 1910 r., chcieli ziemi. Niedaleko stąd, w Cuatro Ciénegas, urodził się jeden z największych prawodawców reformy rolnej, zamordowany w 1920 r. prezydent Venustiano Carranza.

Meksykańscy chłopi potrafią żądać, nauczyła ich tego historia, upoważniła przelana krew. Jeśli już tak szczęśliwie się złożyło, że jest z nimi prezydent – trzeba to wykorzystać. Więc wchodzą na trybunę i mówią:

Chcemy ziemi,
chcemy wody,
chcemy szkoły,
chcemy dróg,

chcemy kredytów,
chcemy światła…

Chłopi z Ocampo chcą także zwiększenia zakupu wosku z candelilli.
 Chłopi mówią, prezydent słucha (…). Cárdenas nie tylko słuchał, starał się także rozwiązywać problemy wsi. Stara się też o to Echeverría. W Ocampo Echeverría obiecał chłopom, że im pomoże. I że spędzi z nimi Wigilię!”. Ten świąteczny wieczór Dzikowska także opisuje. Bo ani Cárdenas, ani Venustiano Carranza na Wigilię na wieś nie przyjeżdżali. A przez to, że Echeverría tam będzie, stanie się po trosze zlaicyzowanym Chrystusem.

 

Prezent z nieba

„(…) Fiesta zaczyna się o ósmej. Gra orkiestra. Ochrona wypracowuje w tłumie wąską ścieżkę i prezydentowi udaje się dotrzeć do honorowego stołu. Przeciskają się za nim żona, syn, kilku ministrów, potężny generał Castaneda, który zawsze towarzyszy publicznym wystąpieniom szefa państwa (…). Najbliżej głowy państwa – stoły chłopów. Zaproszono ich 2 tysiące.

Mężczyźni trzymają na kolanach sombrera, duże, wyplatane (…), kobiety – najmłodsze dzieci, których nie zdecydowały się zostawić w domu. Wigilijną strawę roznoszą córki candelilleros. Spieszą się. Nie wypada, aby prezydent już skończył, a lud jeszcze nie zaczął jeść. Potrawy dla wszystkich takie same, tyle że przysłały je w świątecznym upominku rozmaite wspólnoty (…).

Nie będzie się śpiewać kolęd. Meksykańska Wigilia jest świecka. Kościół oddzielił od państwa jeszcze w wieku ubiegłym prezydent Benito Juárez. Są za to popisy artystyczne (…). W skomplikowanych tańcach z lassem prezentują się charros, meksykańscy kowboje. Oglądamy (…) sztuczne ognie. Gdyby nie skierowane wciąż na prezydenta obiektywy aparatów i kamer filmowych, wydawać by się mogło, że Echeverría jest jednym z najzwyklejszych gości: rozmawia, próbuje potraw, klaszcze, gdy mu się coś podoba. Już wiemy na pewno, że nie będzie przemówienia.

Po skończonej wieczerzy wszyscy jej uczestnicy ustawiają się w kolejce, by złożyć prezydentowi życzenia. Kamery filmują, a szef państwa ściska szorstkie ręce candelilleros. Mówią: »felicidades, señor presidente, dużo szczęścia, panie prezydencie«. To okolicznościowa formułka, którą wymieniają też pomiędzy sobą krewni, znajomi, przyjaciele. Candelilleros dodają do niej: »muchas gracias por haber llegado, señor presidente, gracias por su ayuda, dziękujemy, panie prezydencie, że pan przyjechał, za pomoc«.

Ale pomoc tego dnia okazał candelilleros nie tylko Luis Echeverría. Dosłownie przychyliła im nieba sama natura. Kiedy wigilijni goście zaczęli się rozchodzić, w pustynnym Ocampo, gdzie średnia roczna opadów wynosi 200 mm, lunął deszcz. Scena jak ze świeckich jasełek.

*Fragment książki R. Warszewskiego, „Dzikowska. Pierwsza biografia legendarnej podróżniczki”, Znak 2019. Tytuł, śródtytuły i skróty pochodzą od redakcji Aleteia.pl

Newsletter
Aleteia codziennie w Twojej skrzynce e-mail