Aleteia

Da się przeżyć 5 dni za 50 zł? Podjęłam wyzwanie

WYZWANIE 50 ZŁOTYCH
fot. Joanna Operacz
Udostępnij

Jak mi poszło? Nie było to może całkiem bezproblemowe, ale nie było również specjalnie trudne. I nauczyło mnie kilku rzeczy.

Kliknij tutaj, by przejrzeć galerię

Dziennikarka Wirtualnej Polski Agata Wołoszyn zrobiła niedawno eksperyment: czy da się przeżyć 5 dni, jedząc produkty kupione za 50 zł. Ja też postanowiłam spróbować – ale podejść do tego nieco inaczej.

10 zł (albo mniej) dziennie to kwota, która wielu osobom w Polsce musi wystarczyć do przeżycia. Najniższa emerytura to 1015,35 zł netto, czyli ok. 34 zł na dzień – a przecież żywność to nie jedyny wydatek.

Dosyć łatwo byłoby żywić się przez 5 dni samym ryżem albo zupami z torebki. Ja jednak, podobnie moja poprzedniczka, postanowiłam jeść posiłki zdrowe, zbilansowane i takie, jakie lubię. Inaczej jednak niż Agata Wołoszyn, postawiłam głównie na rzeczy ugotowane od podstaw w domu. Założyłam, że takie żywienie będzie tańsze i smaczniejsze.

Mieszkam z mężem i trojgiem dzieci, więc musiałam osobno przyrządzać jedzenie dla siebie. Było mi może nieco łatwiej niż innym osobom w tej sytuacji, bo jestem przyzwyczajona – mam alergię na mleko krowie, a raz na rok robię sobie 2-6 tygodniowy post oczyszczający, podczas którego jem tylko niektóre warzywa.

Podobnie jak moja koleżanka po fachu, nie wliczyłam do kosztów wody i herbaty oraz gazu i prądu użytych do gotowania i pieczenia.

Jak mi poszło? Nie było to może całkiem bezproblemowe, ale nie było również specjalnie trudne. I nauczyło mnie kilku rzeczy.

 

Dzień 0

Planuję posiłki na najbliższe pięć dni, robię listę zakupów i jadę do najbliższego dyskontu. Niestety, ponoszę porażkę tuż za drzwiami, przy ziemniakach. Chciałam kupić ok. 2 kilogramów, a okazuje się, że nie ma ziemniaków na wagę, tylko takie w 2,5-kilogramowych paczkach (wydają mi się drogie) i w 5-kilogramowych workach. Nie planowałam wyzwania „100 potraw z ziemniaka”, więc rezygnuję z zakupów. Przy okazji uświadamiam sobie, jak trudno jest osobom mieszkającym w pojedynkę albo we dwoje robić oszczędne zakupy. A przede wszystkim, że – wstyd się przyznać – właściwie nie wiem, ile kosztuje kilogram ziemniaków.

Najczęściej kupuję to, co wszyscy lubimy, i w takich sklepach oraz takich ilościach, które wydają mi się korzystne cenowo. Tylko sporadycznie porównuję ceny. Wszyscy doradcy od budżetu domowego mówią, żeby nie polegać w tej sprawie na „wydaje mi się”, tylko robić tabelki w Excelu. Może jednak trzeba tego spróbować, chociaż przez miesiąc?

Kiedy się tak miotam w sklepie od ziemniaka do ziemniaka (leżą w innych miejscach) i zapisuję ceny w telefonie, zauważam, że dyskretnie przygląda mi się mężczyzna w średnim wieku. Chyba zerknął na mój wózek, w którym smętnie leżą dwie marchewki i pietruszka, i ma ochotę zaproponować mi kupienie czegoś do jedzenia. Trochę się wstydzę i oddalam się czym prędzej. I zastanawiam się, ile razy sama przeszłam koło osoby, która potrzebowała pomocy.

Kilka godzin później jadę do innego dyskontu. Okazuje się, że ziemniaki kosztują 3,49 zł za kilogram. Drogo! Jeśli ktoś gotuje dużo ziemniaków, to ma problem. Biorę 2 kilogramy. Oprócz tego do wózka wrzucam:

  • 2 marchewki
  • 1 korzeń pietruszki
  • 1,4 kg jabłek (7 sztuk)
  • główkę czosnku
  • 1 kg kaszy jęczmiennej
  • 2 brokuły (nie planowałam ich kupować, ale akurat są w promocji, każdy po 4,99 zł)
  • 1 puszkę mleczka kokosowego (miałam je na liście ze znakiem zapytania, bo jest dość drogie, ale kiedy zobaczyłam przecenę z 5,99 do 3,99 zł, postanowiłam, że jednak zrobię curry z ciecierzycy)
  • ciecierzycę (paczka: 400 g)
  • passatę pomidorową
  • 1 kg mąki pszennej
  • 10 jajek
  • dżem z czarnej porzeczki
  • 10 dag baleronu, czyli 9 plasterków (jest w dobrej cenie)
  • surową szyję z indyka.

Płacę w sumie 46,64 zł. Planowałam jeszcze kupić banany i ewentualnie kozie mleko, ale nie wystarcza mi pieniędzy. Chciałam też zostawić sobie nieco większy zapas, ok. 8 zł. Ale nie jest źle. Zastanawiam się nawet, czy jak to wszystko ugotuję, to nie będę miała za dużo jedzenia. Kilograma kaszy raczej nie zjem w 5 dni.

Wieczorem piekę chleb z ok. 70 dag pszennej mąki, wody, soli i zakwasu (mam zakwas w lodówce, bo od dawna piekę chleb). Z innej mąki robię drugi chleb – dla męża i dzieci. W końcu rodzina też musi coś jeść.

 

Dzień pierwszy

Przed śniadaniem uświadamiam sobie, że na pierwszy posiłek zaplanowałam kanapki z wędliną, a przecież jest piątek! Akurat mamy końcówkę tygodnia ze świętem Trzech Króli, więc już od wtorku codziennie mieszały mi się dni. Jem więc 2 kromki chleba bez żadnych dodatków. Czasem w piątki robię sobie post o chlebie i herbacie albo o chlebie i kawie (jeśli akurat pogrążę się w nałogu kofeinowym), ale dzisiaj uznaję, że nie będę tego kontynuowała, bo zakłóciłoby to moje plany.

Po odwiezieniu dzieci do szkoły i załatwieniu kilku spraw wracam do domu (pracuję w domu) i gotuję dość gęsty krupnik z indyczej szyi, kaszy, marchewki, pietruszki i trzech dużych ziemniaków. Dietetyczka Bożena Kropka, z która kiedyś robiłam dla Aletei wywiad na temat leczenia alergii dietą, mówiła, że takie pożywne zupy były przez setki lat podstawą diety w naszej części świata – stały na piecu i każdy brał sobie miskę, kiedy był głodny. Zupa miała być na obiad, ale wygląda tak zachęcająco, że od razu zjadam dwa solidne talerze. Zostało dwie trzecie. Na deser jem jabłko.

Na obiad robię warzywne burgery. Gotuję brokuły i ścieram je na tarce. Oddzielnie gotuję 1 szklankę kaszy jęczmiennej. Dwie trzecie kaszy dodaję do brokułów razem z 2 jajkami, pieprzem i 4 dużymi ząbkami czosnku przeciśniętego przez praskę. Wyrabiam to wszystko i smażę kotlety. Wychodzi mi 15 sztuk. Zjadam trzy z dodatkiem kaszy. Dzisiaj trochę źle się czuję (chyba wraca niepożegnana do końca infekcja zatok). Pewno dlatego jem raczej z poczucia obowiązku niż z głodu. Zostaje mi trochę kaszy, więc chowam ją do lodówki razem z pozostałymi 12 kotletami.

Uświadamiam sobie, że przez przypadek urządziłam sobie festiwal kaszy jęczmiennej, bo dodałam ją do wszystkiego, co dzisiaj ugotowałam. Nie przeszkadza mi to, bo każda potrawa smakowała inaczej. Kasze są też, jak wiadomo, bardzo zdrowe i pożywne. Trochę mam dosyć gotowania, zwłaszcza że oprócz potraw dla siebie zrobiłam jeszcze obiad dla rodziny. Na szczęście na jutro mam wszystko gotowe.

Na kolację jem 2 kanapki z dżemem i piję kawę zbożową. Bez mleka, bo przecież nie wystarczyło mi pieniędzy. Buuu…

Przez cały dzień nie odczułam żadnych niedogodności związanych z jedzeniem. Trudno mi orzec, czy zawdzięczam to swemu geniuszowi kulinarnemu (ekhm, ekhm…) czy raczej brakowi apetytu przy infekcji.

 

Dzień drugi

Na śniadanie robię 2 kanapki z baleronem. Ponieważ zatoki nadal nie wydobrzały, a w dodatku boli mnie gardło od kaszlu, smaruję chleb czosnkiem, który ma przecież działanie przeciwbakteryjne. Zużywam do tego aż 3 spore ząbki, więc kanapki ledwo dadzą się jeść. Przypominam też sobie, jak sycąca jest wędlina. I jaka słona! Na co dzień jem ją bardzo rzadko, bo niezbyt ją lubię i uważam, że przy moim trybie życia nie potrzebuję mięsa w dużych ilościach. Kanapki robię najczęściej z różnymi pastami warzywnymi albo hummusem.

Trzeba było kupić awokado! Byłoby czym posmarować chleb! No i przydałby się jakiś warzywny dodatek do kanapek, np. pomidor albo ogórek kiszony. No trudno… Jem za to jabłko. Kilka godzin później akurat jestem w sklepie, więc zerkam na cenę bladych, nienaturalnie jędrnych pomidorów. 16,99 zł! No bez przesady! Pomidory w styczniu to jednak kiepski pomysł.

Drugie śniadanie: 2 kotlety brokułowe i reszta kaszy z wczoraj. Trochę tego za dużo, ale nie chcę marnować kaszy.

Na obiad podgrzewam krupnik. Zgęstniał, więc dolewam trochę wody. Oskubuję mięso z kości i dodaję je do zupy. Mam ochotę na coś słodkiego. Rozważam nawet, czy by nie pójść do sklepu i nie zabalować na stoisku ze słodyczami za te 3,36 zł, które mi zostało. Ciekawe, ile sztuk cukierków czekoladowych można by za to kupić? Odpędzam jednak te fantazje i robię sobie dwie kanapki z dżemem i „poprawiam” dwoma jabłkami.

Na kolację podgrzewam w mikrofalówce cztery burgery. Na zimno też są smaczne, ale teraz wolę pogrzane. Zastanawiam się, czy ten artykuł nie ułoży mi się w nudną brokuł-story. Ale serio, kotlety są takie dobre, że zupełnie mi się nie nudzą. Jeśli nigdy ich nie jedliście, koniecznie spróbujcie!

 

Dzień trzeci

Rano namaczam ciecierzycę, żeby wieczorem ją ugotować, żeby jutro zrobić z niej obiad… Wiem, trochę to skomplikowane. Kupiłam niewielką paczkę (400 g), więc obawiam się, że nie wystarczy mi na ostatnie dwa obiady.

Śniadanie: trzy kromki chleba z resztką wędliny. Wczorajszy czosnek najwyraźniej zgnębił chorobę, bo czuję się lepiej. Jeszcze tylko boli mnie gardło. Gdybym miała kozie mleko, zrobiłabym sobie kawę zbożową z mlekiem, która na pewno by mi pomogła.

Drugie śniadanie: dwie kromki chleba z dżemem. Zaczyna być monotonnie. Na szczęście chleb jest bardzo smaczny. Zwykle piekę chleb z mąki pełnoziarnistej – żytniej i pszennej, ale biała mąka pszenna jest tańsza i dlatego teraz ją kupiłam. Nie pomyślałam o tym, że ułatwię sobie zadanie, bo biały chleb będzie smaczniejszy niż pełnoziarnisty. Uświadamiam sobie coś jeszcze. Do tej pory uważałam, że pieczenie chleba jest dobrym pomysłem wyłącznie ze względów zdrowotnych, a finansowo to żadna rewelacja. Teraz widzę, że domowe pieczywo jest jednak trochę tańsze, a jest dużo bardziej sycące (kiedy zdarza mi się jeść pieczywo ze sklepu, mam wrażenie, jakbym łykała powietrze). Domowy chleb wolniej czerstwieje, a po kilku dniach jest nawet smaczniejszy niż na początku. Trzeba go tylko zawinąć w czystą ściereczkę, a nie przechowywać w folii. Potem jem jabłko. Szkoda, że nie kupiłam choć jednego banana albo kilku mandarynek. Jeśli będziecie robili sobie takie wyzwanie, radzę wam: włóżcie do koszyka mniej jabłek niż ja i weźcie inne owoce.

Obiad: resztka krupniku (trzydniowe ziemniaki to żaden szał, ale da się zjeść) oraz 3 kotlety brokułowe i 3 ugotowane ziemniaki. Z rozpędu nakładam na talerz i zjadam surówkę, którą zrobiłam dla reszty rodziny (sałata lodowa z sosem vinegret i prażonymi nasionami). Tego dnia mamy gości, więc pozwalam też sobie na kawałek szarlotki. To już drugie odstępstwo od planu, ale bratanek męża przyjechał z narzeczoną, żeby nas zaprosić na ślub. Taka okazja wymaga uczczenia, prawda?

Na kolację jem resztę kotletów brokułowych, czyli 3 sztuki, i jabłko.

Wieczorem gotuję w szybkowarze ciecierzycę. Okazało się, że kiedy spęczniała, zrobiło się jej całkiem sporo. Dosyć często gotuję ciecierzycę, ale zawsze w większych ilościach, więc jestem mile zaskoczona. Z jednej czwartej (jednej piątej?) ciecierzycy robię humus: mielę ją blenderem na gładką masę i dodaję czosnek, oliwę i pieprz. Pycha! Okazuje się, że zrobiłam jednak trochę za dużo. Najwyżej podzielę się z mężem i będziemy ją jedli przez najbliższe dni. Szkoda, że dzieci nie chcą nawet patrzeć na hummus, bo to bardzo dobra alternatywa dla kanapek. Resztę ciecierzycy zostawiam na jutrzejszy obiad.

 

Dzień czwarty

Śniadanie: kanapki z hummusem. Wreszcie jakaś odmiana po wędlinie i dżemie.

Drugie śniadanie: pieczone ziemniaki (pokrojone z plastry, posolone i pokropione oliwą, a pod koniec pieczenia posypane ziołami). W torebce zostało tylko 6 ziemniaków, więc nie bardzo mi się chce włączać piekarnik i robić całe to zamieszanie. Jak zwykle, okazuje się, że wyszło sporo jedzenia. Po jakimś czasie biorę sobie jeszcze jabłko i podskubuję resztki pieczonych ziemniaków.

Na obiad robię curry z ciecierzycy. Zapomniałam kupić cebulę, więc biorę jedną z domowych zapasów (odstępstwo numer trzy). Podsmażam pokrojoną cebulę na oliwie, potem dodaję resztę czosnku i trochę startego imbiru, paprykę w proszku i przyprawę curry. Dodaję passatę pomidorową, ciecierzycę razem z wodą, w której się gotowała, i pół puszki mleczka kokosowego. Bez mleczka byłaby chyba równie dobra – a ja zaoszczędziłabym 4 zł. Mam gar jedzenia, ale wlałam za dużo wody, więc curry jest bardzo rzadkie. Nakładam sobie dwie solidne porcje. Jem ostatnie jabłko.

Kolacja: omlet z 3 jajek i 2 łyżek mąki, posmarowany dżemem.

 

Dzień piąty

Śniadanie: jajecznica z 3 jajek i 2 kromki chleba. Chleb zrobił się twardawy, ale nadal jest smaczny.

Drugie śniadanie: 2 kanapki z hummusem. Zjadłabym owoc albo coś słodkiego, ale nie mam już jabłek, więc robię sobie kanapkę z dżemem.

Na obiad gotuję pół szklanki kaszy i zjadam ją z curry. Nie daję rady zjeść wszystkiego.

Kolacja: kanapki z 2 ugotowanymi jajkami.

Podsumowanie

Zostało mi: ponad 0,5 kg kaszy jęczmiennej, odrobina mąki, ćwiartka chleba, jedna trzecia słoika dżemu i pół puszki mleczka kokosowego. Zostało mi też ponad trzy złote, ale przecież zużyłam trochę przypraw i oliwy, które miałam w domu, więc pewno to się bilansuje.

Eksperyment wykazał – zgodnie z moimi przypuszczeniami – że łatwiej się żywić ekonomicznie, kiedy się gotuje w domu, bazując na takich produktach jak kasza, ziemniaki i warzywa. Najbardziej korzystne cenowo okazały się zupa i kotlety brokułowo-kaszowe. Poświęciłam jednak więcej czasu na gotowanie niż moja poprzedniczka z Wirtualnej Polski, która bazowała na pierogach ze sklepu i jajkach sadzonych. A czas też kosztuje.

Przez pięć dni nie byłam głodna. Czasami jadłam nawet więcej, niż potrzebowałam – pewno trochę z obawy, że jak zgłodnieję, to rzucę się na rzeczy spoza listy. Najbardziej brakowało mi mleka do kawy zbożowej, warzyw na kanapki i jakiegoś smarowidła, np. awokado. Nie byłam bardzo znużona monotonią potraw. Ale jutro chętnie zjem coś innego.

Wiem, że ludzie w wielu miejscach na świecie jedzą znacznie bardziej monotonnie, np. maniok przez cały rok, i to tylko raz dziennie. Mam za co być wdzięczna! Mogę też docenić to, że na co dzień nie jestem zmuszona do tak skrupulatnego oszczędzania. A może jest to jakiś pomysł?