Aleteia

Zanim został zakonnikiem, siedział w więzieniu za napad. „Przypadkiem” spotkał swą ofiarę

OJCIEC GRZEGORZ
fot. archiwum prywatne o. Grzegorza
Udostępnij

Doświadczałem dna i rynsztoku. Ale nie ma takiego dna, z którego Bóg by nie wyciągnął człowieka. Tak, spotkałem ofiarę napadu dwukrotnie, jak to się mówi: przypadkowo. Ale dla mnie jest jasne, że przypadki są tylko w gramatyce – opowiada franciszkanin.

Iwona Flisikowska: Po raz pierwszy miałam okazję uczestniczyć w mszy sprawowanej przez Ojca w Jerozolimie, a dokładnie w Ein Karem, czyli miejscu, gdzie mieszkali Elżbieta z Zachariaszem, rodzice Jana Chrzciciela. To co najbardziej utkwiło mi w pamięci, to zdanie powtarzane przez ojca kilkukrotnie: „Dla Boga nie ma rzeczy niemożliwych”. Czy to jest ojca credo na co dzień?

Ojciec Grzegorz: Tak można powiedzieć. Dla Boga nie tylko nie ma rzeczy nie możliwych, ale też czyni piękne rzeczy w naszym życiu, tylko trzeba to dostrzec. Nie ma takiego dna, z którego by nie wyciągnął człowieka: jest tak dobry i miłosierny!

Kiedy patrzę na swoje życie przed nawróceniem, a potem decyzję pójścia do zakonu, to tak naprawdę nie byłem człowiekiem wierzącym. Pojawiały się „jakieś” praktyki religijne i to wszystko. Nie miałem, tak po ludzku patrząc, w nikim oparcia. Myślę, że właśnie dlatego doświadczałem takiej bezsilności, dna i rynsztoku.

Pewnego dnia trafiłem do więzienia za napad. Z perspektywy czasu widzę i tak to odbieram, że Bóg powiedział „dosyć”. I ten pobyt w więzieniu to był dla mnie czas prawdziwej pustyni. Dotarło do mnie, że ja sam nic nie poradzę, że jestem bezsilny wobec swoich słabości.

Stopniowo, czując się kompletnie na dnie, zacząłem dostrzegać nadzieję: dziś mówię, że to było światło płynące z Bożego Miłosierdzia. I zacząłem krok po kroku, będąc w więzieniu, pracować nad sobą. To wszystko, co przeżyłem powoduje, że kiedy spotykam ludzi z różnymi historiami swojego życia, to nigdy ich nie osądzam, nie oceniam i nie mam od razu gotowych recept na ich bezradność czy cierpienie. Jedynie, co mówię od razu, to zaufaj Jezusowi pomimo ciemności.

OJCIEC GRZEGORZ
fot. archiwum prywatne o. Grzegorza

 

Hasło „siedziałem w więzieniu” brzmi strasznie.

To było straszne! Kiedy dowiedziałem się, że grozi mi wyrok od 5 lat „w górę”, czyli nawet do końca życia, to wpadłem w rozpacz! Miałem najgorsze myśli! Ale na szczęście uruchomiły się u mnie „mechanizmy obronne”. I dzięki Bogu za to!

Zacząłem ćwiczyć sam siebie, np. rzuciłem palenie, picie „czaju”. Po jakimś czasie zatęskniłem – dosłownie – za rozmową z Bogiem. Zacząłem się modlić, prosić o pomoc. I ratunek przyszedł: wyszedłem dzięki amnestii!

Dla mnie to był początek zupełnie nowego życia. Pamiętam do dzisiaj, po wyjściu z więzienia, jak to z chłopakami z podwórka dowiedzieliśmy się, że są podobno ciekawe rekolekcje w Sandomierzu, a do tego darmowe! Żartowaliśmy, że zobaczymy, jak wygląda życie „klechów” i… pojechaliśmy całą paczką.

Przyjeżdżamy, a tu dużo konferencji, modlitwy. Przyjazna atmosfera. To wszystko skruszyło beton, jaki miałem w swoim sercu. Najbardziej poruszyło mnie odkrycie, że Bóg akceptuje mnie takim, jakim jestem. Wyspowiadałem się po latach i tak zaczęła się moja nowa droga.

OJCIEC GRZEGORZ
fot. archiwum prywatne o. Grzegorza

 

Czyli droga do franciszkanów, a także do Wspólnoty Pielgrzymów Bożego Miłosierdzia, w której jest ojciec duchowym opiekunem?

Tak, jestem już ponad 25 lat w zakonie i ukoronowaniem tego jubileuszu była podróż do Jerozolimy. A pielgrzymowanie jest naszym życiem. Jeśli staniesz, to umierasz. W przypadku Pielgrzymów Bożego Miłosierdzia – modlimy się „nogami” w intencji tych osób, które powierzają nam swoje sprawy, a także tych ludzi, których spotykamy w drodze.

Dla mnie dużym przeżyciem była piesza pielgrzymka z Polski do Rzymu z obrazem „Jezu ufam Tobie”, który ciągnęliśmy na wózku. Trwała wiele tygodni, w różnych trudach, bo była to też forma pokuty: gdy idziesz i nie wiesz, gdzie będziesz spał i masz przy sobie parę groszy w kieszeni albo wcale. Pada deszcz, jest zimno. Są skoki temperatury i jest upał.

Mógłbyś siedzieć wygodnie „na kanapie”, a jednak nie. Jesteś w drodze i czujesz gorzki pot w swoich ustach. To taki rodzaj rekolekcji w drodze, tylko dla wytrwałych. W tych trudach, w drodze do Rzymu przepraszaliśmy również za zło, jakie istnieje w świecie, zwłaszcza w koronce do Bożego Miłosierdzia: za grzechy nasze i całego świata.

Mam jeszcze jedno, trudne pytanie: czy ojciec spotkał się z ofiarą tego napadu sprzed lat, w którym ojciec brał udział?

Tak, spotkałem się dwukrotnie, jak to się mówi, przypadkowo. Ale dla mnie jest jasne, że przypadki są tylko w gramatyce.

W chwili napadu, gdy włamaliśmy się do mieszkania, weszła pielęgniarka, która opiekowała się chorym domownikiem. Mieliśmy na głowach pończochy i jej pojawienie się było dla nas zaskoczeniem: chwyciłem kobietę mocno za rękę. Jak się później dowiedziałem, doznała poważnego szoku.

Kiedy się nawracałem, miałem takie myśli, aby ją odnaleźć i przeprosić. Dosłownie się o to modliłem. I któregoś dnia, będąc u rodziców w swoim mieście, siedząc na przystanku autobusowym, spotkałem tę pielęgniarkę. Zacząłem rozmowę i powiedziałem jej, że to ja byłem wśród tych napastników i to ja przytrzymałem ją za rękę. Zaczęliśmy rozmawiać i dowiedziałem się, że kobieta po doznanym szoku przestała pracować jako pielęgniarka.

Podjechał bus i pani pożegnała się ze mną. Minęło kilka lat i w rodzinnym mieście sprawowałem swoją mszę prymicyjną z indywidualnym błogosławieństwem. W pewnym momencie podeszła do mnie znajoma pielęgniarka. Położyłem na jej głowie swoje dłonie i udzieliłem błogosławieństwa, a ona ucałowała moje kapłańskie dłonie.

Rozpłakaliśmy się oboje. To było dla mnie niezwykłe przebaczenie i ja też przez ten jej gest otrzymałem błogosławieństwo i wewnętrzny pokój. Niezwykłe, powie ktoś, a ja odpowiem tak, bo dla Boga nie ma rzeczy niemożliwych.

OJCIEC GRZEGORZ
fot. archiwum prywatne o. Grzegorza