Aleteia.pl - pozytywna strona Internetu w Twojej skrzynce e-mail

Nie możesz nas wesprzeć finansowo?

Możesz to zrobić na 5 innych sposobów:

  1. Módl się za nasz zespół i powodzenie naszej misji
  2. Opowiedz o Aletei w swojej parafii
  3. Udostępniaj nasze treści rodzinie i przyjaciołom
  4. Wyłącz AdBlocka, kiedy do nas zaglądasz
  5. Zapisz się do naszego newslettera i czytaj go codziennie

Dziękujemy!
Zespół Aletei

 

Aleteia

40 lat temu Polacy jako pierwsi weszli zimą na Mount Everest

POLACY NA MOUNT EVEREŚCIE
Udostępnij

„Gdyby to nie był Everest, tobyśmy chyba nie weszli“ – to zdanie wypowiedział Leszek Cichy 17 lutego 1980. Tego dnia wraz z Krzysztofem Wielickim dokonał czegoś, co wydawało się niemożliwe. Jako pierwsi ludzie stanęli zimą na szczycie ośmiotysięcznika. I to od razu najwyższego!

Jaki był Everest sprzed 40 lat? Jak wyglądały polskie przygotowania do tego bezprecedensowego w historii himalaizmu wyczynu? W siermiężnej Polsce końca lat 70. wyzwanie było dość absurdalne: budżet wyprawy sięgał 200 000 dolarów, miesięczne zarobki – czterdziestu. W konsekwencji wyprawa miała tylko jeden, porządny namiot szturmowy (amerykański), zaś Krzysztof Wielicki wspinał się w… okularach do spawania.

Ekipa jechała na raty, część ładunków utknęła po drodze, a kierownik Andrzej Zawada rwał włosy z głowy, próbując spiąć wszystko w jeden kawałek. W dniu ataku szczytowego wspinaczom skończyło się pozwolenie na wspinaczkę, zaś po powrocie władze PZPR miały pretensje, że nie weszli na Everest 15 lutego, kiedy to… kończył się VIII Zjazd PZPR i Edward Gierek ponownie został wybrany I sekretarzem.

POLACY NA MOUNT EVEREŚCIE
fot. Archiwum Leszka Cichego
Krzysztof Wielicki na szczycie Everestu.

 

Polacy zimą na Mount Evereście. 40. rocznica zdobycia szczytu

Nagranie z 17 lutego, godzina 14.30

Andrzej Zawada: Halo, dwójka, halo, dwójka, słyszymy, gdzie jesteście? Odbiór!

Leszek Cichy: Jak myślicie?!

Andrzej Zawada: Halo, halo, nie słyszę! Odbiór!

Cisza…

Andrzej Zawada: Halo, halo, Leszek, Krzysztof. Odbiór!

Leszek Cichy: Jesteśmy na szczycie, czy nas słyszycie!?

Andrzej Zawada: Nie słyszę! Powtórz, powtórz, gdzie jesteście?!

Leszek Cichy i Krzysztof Wielicki: Na szczycie Mount Everestu! Zimą! Polacy!

Krzysztof Wielicki: Wasza to zasługa! To dzięki wam!

Andrzej Zawada: Hurra! Hurra! Na szczycie! Halo, baza, są na szczycie! Ściskamy, całujemy was! Rekord świata!

Leszek Cichy: Strasznie wiało po drodze! Mamy dowód. Na ostatnim odcinku strasznie wiało. Naprawdę. Gdyby to nie był Everest, tobyśmy chyba nie weszli…

„Zyga” Heinrich: Halo, Leszek, Krzysiu, tu Zyga! Uważajcie w zejściu i zaczynajcie jak najszybciej schodzenie, bo o szóstej się robi ciemno, nie ma księżyca, pogoda jest nie najlepsza. Jak najbardziej uważajcie, zwłaszcza do Południowego Wierzchołka, bo później jest już łatwiej.

Leszek Cichy: Tak, są nawisy, musimy cholernie uważać. Będziemy bardzo skupieni, nie rozprężamy się. Jeszcze tutaj zdjęcia porobimy i od razu schodzimy. Mamy nadzieję, że do czwórki dotrzemy na pewno, bo mamy jeszcze trzy godziny czasu. Ale czy niżej? Nie wiemy, bo poniżej Południowego Wierzchołka był strasznie kopny śnieg. Naprawdę, nie do opowiedzenia.

Andrzej Zawada: Halo, Leszek! Ile tlenu wam zostało?

Leszek Cichy: Starczy nam poniżej Południowego Wierzchołka, a tam odkryliśmy butlę, gdzie jest trochę tlenu.

Andrzej Zawada: Czy znaleźliście ciała?

Leszek Cichy: Krzysiek widział Niemkę, widzieliśmy miejsce, gdzie był plecak tego przewodnika z Alaski, którego kartkę mam ze szczytu. Ale ciała nie widzieliśmy. Dajcie nam trochę czasu na zrobienie zdjęć…

Andrzej Zawada: Tak jest, Leszek! Zajmijcie się sobą. Schodźcie ostrożnie i czekamy na wiadomość już poza Południowym Wierzchołkiem.

Leszek Cichy: Dobra. Cześć!

Bogdan Jankowski: Baza, baza jeszcze chce ściskać was! Bardzo jesteśmy wzruszeni. Dostaliście listy od żon. Czekają na was. Schodźcie ostrożnie.

POLACY NA MOUNT EVEREŚCIE
fot. Piotr Trybalski
Kamień z Everestu, jeden z kilkudziesięciu małych fragmentów skały zniesionej ze szczytu przez Leszka Cichego i Krzysztofa Wielickiego.

 

Różaniec i papieski krzyż na szczycie Mount Everestu

Połączenie ze szczytu z bazą było pierwszym sygnałem, jaki dali od chwili porannej łączności o 6.20. Wówczas obiecali, że odezwą się, nim wejdą w kuluar, potem z Wierzchołka Południowego, ale tego nie zrobili. Bo łączność wymagała zachodu: zdjęcia rękawic, włożenia do klimków baterii, które mieli schowane pod odzieżą, w cieple ciała, i dokręcenia długich anten, składających się z kilku segmentów. Brakowało na to czasu, siedem godzin podejścia w morderczych warunkach sprawiło, że zatrzymywanie się, łączenie i raportowanie to były ostatnie rzeczy, na jakie mieli ochotę.

W tym czasie w bazie i obozach ekipa odchodziła od zmysłów. W archiwach wyprawy zachowało się nagranie wypowiedzi Andrzeja Zawady, który z namiotu obozu drugiego raportował do bazy: „Jest godzina 14.10, od ponad siedmiu godzin nie mamy żadnej informacji od dwójki atakującej Everest”. Ton głosu lidera mówił wszystko. Zawada liczył się z tym, że informacja może nie nadejść już nigdy.

Napędziliśmy im strachu tą ciszą. Mam tego świadomość. Zaraz po zakończeniu łączności ze szczytu zabraliśmy się do pracy. Mieliśmy do spełnienia kilka obowiązków (…). Gdy w roku 1975 na szczyt dotarli Chińczycy, zamontowali wielki dwumetrowy trianguł – metalowy krzyżak. W ten sposób chcieli ostatecznie udowodnić, że udało im się pokonać Everest od strony północnej, drogą Mallory’ego (…).

W pakiecie szczytowym mieliśmy też różaniec. Dostaliśmy go od matki Staszka Latałły, który w czasie wyprawy Andrzeja Zawady z 1974 zginął na stokach Lhotse. Matka Staszka poprosiła, żebyśmy – jeśli tylko się uda – zostawili go na szczycie Everestu. Wówczas nie zdawaliśmy sobie sprawy, że ów papieski różaniec, a raczej doczepiony do niego krzyżyk, urośnie do symbolu o niesłychanych rozmiarach. Jakimś cudem do Radia Wolna Europa przedostała się wiadomość, że ekipa Zawady, w ramach politycznej manifestacji, niesie podarowany przez papieża krzyż. Ten krzyż, w miarę jak wiadomość obiegała media, rósł do rozmiarów proporcjonalnych do Everestu. W pewnym momencie był już wielki jak ten na Giewoncie! Co za absurd! Ale to były czasy Polski Ludowej, wniesienie wielkiego krzyża na Everest? Czemu nie, wszystko jest możliwe. Ta historia miała później inne, mniej wesołe dla nas konsekwencje.

 

Krzysztof Wielicki i Leszek Cichy zdobywają zimą Mount Everest

Zostawiliśmy też termometr minimalny w celu sprawdzenia, jakie temperatury panują na wierzchołku Everestu. Ostatnie zadanie, jakie nas czekało, to zabranie kamyków ze szczytu – nazbieraliśmy ich ponad kilogram – oraz próbki śniegu. Bo nasza wyprawa miała też naukowy charakter, śnieg był potrzebny do badań składu powietrza na wysokich szczytach w celu określenia wielkości zanieczyszczenia spowodowanego próbami jądrowymi.

Na wierzchołku spędziliśmy około czterdziestu minut. Długo. Ale tam czas płynął inaczej. W ogóle nie zdawaliśmy sobie sprawy, że te wszystkie czynności, które musimy wykonać, pochłoną nam aż tak dużo czasu. Zawada wypytywał nas o to, jak się czujemy, o temperaturę, czy mamy linę, jak długą. Był bardzo zatroskany. „Zyga” cały czas powtarzał jak mantrę, żebyśmy uważali i koniecznie połączyli się z bazą z Wierzchołka Południowego. Gdy w pewnym momencie Zawada powiedział, że teraz łączą się z Polską, poprosiłem go, by naszym żonom nie wspominał, że zejście będzie trudne.

Na szczycie staraliśmy się nie poddać euforii. Oczywiście cieszyliśmy się, rzucaliśmy się sobie w ramiona, ale z premedytacją tonowaliśmy tę radość. Może to zabrzmi dziwnie, ale wiedziałem, że na szczyt wejdziemy. Uważaliśmy, że tylko wiatr może nas zatrzymać. Fizycznie zatrzymać. Bo psychicznie byliśmy z Krzysiem całkowicie pewni. Zapewne trudno w to uwierzyć, ale mówiłem o tym zaraz, gdy zeszliśmy z Everestu, opowiadałem w wywiadach po powrocie do Polski – większą euforię czułem na wszystkich swoich poprzednich wierzchołkach. Na Gaszerbrumie II, na Shisparé. Tutaj jej nie było. W jednym z wywiadów Krzysiek powiedział, że dla niego wejście na Everest było rozwiązaniem problemu sportowego, pokonaniem granicy, której dotychczas nikt nie pokonał. Tak właśnie myśleliśmy wówczas o Evereście, jak o zadaniu do wykonania. Może zanikał w ten sposób cały ten górski romantyzm „zdobywania niezdobytego”. Trudno. Wówczas myśleliśmy tylko o jednym: spieprzać na dół tak szybko, jak tylko się da. Bo tak naprawdę szczyt był dla nas na Przełęczy Południowej, w trójce, w bazie, na dole. Tymczasem znajdowaliśmy się w połowie drogi. Sukces trzeba było tam jeszcze donieść. W głowie kołatała mi jedna myśl: walczyć do końca!

*Fragment książki Leszka Cichego i Piotra Trybalskiego, „Gdyby to nie był Everest…”, Wydawnictwo Literackie 2020
**Tytuł, lead, śródtytuły i skróty pochodzą od redakcji Aleteia.pl

POLACY NA MOUNT EVEREŚCIE
Newsletter
Aleteia codziennie w Twojej skrzynce e-mail