Aleteia.pl - pozytywna strona Internetu w Twojej skrzynce e-mail

Nie możesz nas wesprzeć finansowo?

Możesz to zrobić na 5 innych sposobów:

  1. Módl się za nasz zespół i powodzenie naszej misji
  2. Opowiedz o Aletei w swojej parafii
  3. Udostępniaj nasze treści rodzinie i przyjaciołom
  4. Wyłącz AdBlocka, kiedy do nas zaglądasz
  5. Zapisz się do naszego newslettera i czytaj go codziennie

Dziękujemy!
Zespół Aletei

 

Aleteia

Ofiary uratowały kata? Niezwykła historia Johanny Langefeld, strażniczki z Ravensbrück

JOHANNA LANGEFELD
YouTube
Udostępnij

Johanna Langefeld, strażniczka z Ravensbrück, nie stanęła przed sądem. Uciekła. Pomóc miały jej w tym byłe więźniarki z obozu. Według ich relacji była im życzliwa. „To była kulturalna kobieta. Nie biła” – wspominała Wanda Wojtasik-Półtawska.

24 listopada 1947, Kraków. Najwyższy Trybunał Narodowy ma sądzić nazistowskich zbrodniarzy. Proces śledzą byli więźniowie obozów koncentracyjnych, polskie i amerykańskie media. Na salę wprowadzani są oskarżeni. Wśród nich brakuje Johanny Langefeld – byłej strażniczki obozów w Ravensbrück i w Auschwitz. Oskarżona uciekła.

 

Byłe więźniarki pomagają strażniczce z Ravensbrück? Historia Johanny Langefeld

Kilka lat później pojawia się plotka, że… ktoś pomógł jej uciec. Kraków obiegną relacje tak nieprawdopodobne, że trudno w nie uwierzyć. Bo twierdzenie, że Langefeld uwolniły z Montelupich dawne więźniarki Ravensbrück, jest co najmniej niedorzeczne. A jednak.

Jak to możliwe, że ofiarowały ratowały kata? Marta Grzywacz podejmuje próbę odpowiedzenia na to i wiele innych pytań. W opowieści, której punktem kulminacyjnym jest dojście do informacji, kto i dlaczego pomógł byłej strażniczce w obozach koncentracyjnych, autorka cofa się do początków – ze szczegółami opisuje losy Langefeld, to jak trafiła do Ravensbrück, jaki miała stosunek do swojej „pracy” i nazistowskiej ideologii, jak zmieniało się jej nastawienie.

Jaka była „Nasza Pani z Ravensbrück”? Autorka książki dociera do relacji więźniarek, z których wynika, że cieszyła się ich sympatią. Bo jakże mogło być inaczej, skoro kiedy w październiku 1942 r. Langefeld po krótkiej przerwie wróciła do Ravensbrück, więźniarki… wiwatowały na jej cześć? Był to niezwykły widok nawet dla esesmanów – to nie do pomyślenia, że więźniowie obozu koncentracyjnego cieszą się na powrót strażnika.

Gdy zobaczyłyśmy, że wraca, poczułyśmy wielką ulgę. Langefeld odnosiła się do nas po ludzku. W jej oczach zasługiwałyśmy na szacunek, bo byłyśmy czyste i pracowite. Starała się unikać kar, a jeśli je stosowała, to umiarkowanie i za cięższe przewinienia, jak złodziejstwo. Dlatego gdy zobaczyłyśmy, że wraca, nasza radość była ogromna. Bo Maria Mandl była potworem – wspomina w rozmowie z autorką Kamilla Janowycz-Sycz.

 

Strażniczka z obozu koncentracyjnego. „Była łagodna, nie podnosiła głosu”

„Nasza Pani z Ravensbrück” nie tylko unikała kar, ale i niszczyła raporty czy meldunki składane przez strażniczki i funkcyjne, które mogły przynieść bolesne skutki dla więźniarek. Potwierdziła to Józefina Węglarska: „niszczyła raporty karne, niechętnie stosowała kary i zawsze pozwoliła się więźniarce wytłumaczyć”.  I dodawała: „Była bardzo łagodna, nie podnosiła na nas głosu”.

Grzywacz opisuje co najmniej kilka sytuacji, w których Langefeld pokazała ludzką twarz. Jak 18 marca 1943, kiedy osiem kobiet idzie na rozstrzelanie i nagle zaczynają krzyczeć „Niech żyje Polska!”. Napięcie rośnie, bezskutecznie próbuje je uspokoić strażniczka Margarete Gallinat, w końcu dochodzi do bójki.

Polki spodziewają się, że po tym wydarzeniu zostaną zdziesiątkowane, ale o dziwo, niewiele się dzieje, większości nie spotyka żadna kara. Będą zdania, że to zasługa Langefeld, która zamiast bunkra czy rozstrzelania wyjednała u władz obozowych jednodniową stójkę. Ona była nieprzystępna, ale nie szykanowała Polek. A potem nawet interesowała się tą pobitą przez Gallinat więźniarką – relacjonowała Maria Dydyńska”.

 

„Okropne warunki pobytu więźniów w Oświęcimiu uniemożliwiały mi pobyt tam”

Po wojnie Langefeld zamieszkała w maleńkim miasteczku, w górach. Może lubiła góry, a może chciała się ukryć? „…pewnie podejrzewa, że trudno jej będzie uniknąć kary, choć dobrze byłoby chociaż odsunąć ten moment w czasie. Co prawda kiedyś powie Margarete Buber-Neumann, że powinna była jednak odsiedzieć dwa lata – na tyle najwyraźniej oceni swoje winy – ale to będą tylko puste słowa. Johanna Langefeld zrobi wiele, żeby oszukać sprawiedliwość” – pisze bezkompromisowo Grzywacz.

Podczas cytowanej relacji z przesłuchania w Dachau Langefeld wyznała:

W Oświęcimiu pełniłam służbę tylko do czerwca 1942 roku. Zaraz w następnym tygodniu po moim przyjeździe zgłosiłam u SS Obersturmführera Pohla prośbę o zwolnienie. Okropne warunki pobytu więźniów w Oświęcimiu uniemożliwiały mi pobyt tam. Jak jeszcze otrzymałam wiadomość, a raz na własne oczy widziałam transport ludzi zmierzających do krematorium, bezwzględnie zostać tam [w Auschwitz] nie chciałam.

To wtedy, na własną prośbę została ponownie przeniesiona do Ravensbrück.

 

Wanda Wojtasik-Półtawska o Langefeld: Kulturalna kobieta. Nie biła

Kiedy trafiła do więzienia, do Polski, wieść o tym szybko się rozeszła. Także wśród jej byłych „podopiecznych”. Joanna Muszkowska-Penson relacjonowała:

Nie pamiętam już daty, ale nagle rozchodzi się wśród Ravensbrüczanek wieść, że Langefeld aresztowali, że jest w Polsce i że trzeba ją ratować. Poproszono nas (…), żebyśmy napisały listy w jej obronie (…). Bo ona jednak była stosunkowo ludzka, a wiadomo było, że po procesie czeka ją śmierć.

Muszkowska-Penson jest pewna, że Langefeld mogły pomóc tylko Ravensbrüczanki. Te z Krakowa. „Dobrze znały miasto, wiedziały, kogo można prosić o pomoc. I na pewno przekupiły strażników. Dlatego nikt jej nie zatrzymał, kiedy wychodziła. Inaczej jej ucieczka nie byłaby możliwa”. Ważniejsze od opisu ucieczki (ze szczegółami relacjonuje go Grzywacz), ważniejsze jest to, kto pomógł Langefeld.

Wanda Wojtasik-Półtawska niechętnie odpowiada autorce na to pytanie. „O Langefeld mogę powiedzieć tylko jedno. To była kulturalna kobieta. Nie biła. Nie klęła. Ale niech pani zostawi ten temat. To do niczego nie prowadzi”. Podaje jednak konkretne nazwisko. Akcją kierowała jej przyjaciółka, Aleksandra Steuer-Walter.

Okazana strażniczce pomoc dziwi? Alicja Gawlikowska-Świerczyńska tłumaczy:

Ktoś, kto nie był w obozie, nigdy nie zrozumie, że tam kryteria tego, co złe i dobre, były inne. Że nawet odrobina przyzwoitości ratowała ludziom życie i można było być za nią wdzięcznym. Dlatego nie dziwię się, że moje koleżanki uważały, że trzeba pomóc Langefeld. I tylko one mogły ją uratować.

*Marta Grzywacz, „Nasza Pani z Ravensbrück”, W.A.B. 2020

Newsletter
Aleteia codziennie w Twojej skrzynce e-mail