Aleteia

Pokochaj swoje ciało jak małe dziecko

UŚMIECH
Pamela Lima/Unsplash | CC0
Udostępnij

Bywa jak porzucone niemowlę. Własne ciało. Nie tylko dlatego, że nie otrzymuje akceptacji, rozumianej powierzchownie jako powtarzanie do lustra: „jesteś ładna/przystojny” itp. Zresztą te oceny dokładają tylko ciężaru i oddzielają od ciała jeszcze bardziej. Porzucenie go bywa czymś znacznie głębszym i ma dalekosiężne skutki dla naszego życia, relacji, wewnętrznego dobrostanu. A ciało, jak małe dziecko, nieustannie prosi o przyjęcie.

Dusza, która wyraża się przez ciało

Dla wielu osób wierzących nie jest oczywistym, że ciało to tak samo ważna i uprawniona część jak dusza. Wciąż pokutuje herezja dualizmu gnostyckiego, który przeciwstawiał świat ducha – materii, choć ta idea nie ma nic wspólnego z antropologią chrześcijańską. Według niej stanowimy duchowo-cielesną jedność. W Familiaris Consortio Jan Paweł II pisze, że człowiek to „duch ucieleśniony, czyli dusza, która się wyraża poprzez ciało, i ciało formowane przez nieśmiertelnego ducha”. Jestem więc duszą i ciałem. Jednym i drugim.

Ciało więc nie jest tym, co „mam”. Gdyby było tylko jedną z rzeczy, które posiadam, mogłabym go używać albo o nim zapomnieć. Z myślenia o ciele jako o czymś, co się ma, biorą się teksty typu: „na coś trzeba umrzeć”, „to moja sprawa, co robię z własnym ciałem”. Przypomina mi to usłyszane kiedyś porównanie, że to podobne do sytuacji, gdy do domu przychodzi policja z interwencją, bo dzieci płaczą – na co stojąca w drzwiach matka odpowiada: „to moje dziecko i mogę z nim zrobić, co chcę”. A przecież jednak nie. Ludzie krzywdzą dzieci, ale z tego nie wynika nic poza cierpieniem.

 

Oddzielenie

Rodzimy się pełni kontaktu z własnym ciałem. Niemowlęta wiedzą, że chcą spać, czują głód albo potrzebują przytulenia. Potem bywa, że oduczamy się czucia go jako ważnej części siebie. Prowadzi do tego naruszanie cielesnych granic, gdy jesteśmy dziećmi – i nie chodzi tylko o molestowanie albo przemoc; podobnie działają także inne gesty. Wciskanie jedzenia na siłę, przegrzewanie, zakaz wyrażania się przez ruch, kary cielesne, zakaz płaczu i śmiechu. Oddzielamy się od własnego ciała po to, by się dostosować i po to, by nie czuć bólu. Stopniowo staje się ono nieważne.

To oddzielenie biegnie jak spękanie przez nasze życie i relacje. Dorosły człowiek nie wie, że jest przemęczony, niewyspany czy wyczerpany stresem – zamiast tego może sądzić, że jest „niewystarczająco skuteczny”, „bezproduktywny”, „nie nadąża”. Nie słysząc sygnałów płynących z ciała, podejmujemy wiele decyzji wbrew sobie. W tym rozłączeniu od ważnej części siebie możemy być jak auto, w którym ściskamy ze wszystkich sił kierownicę, nie widząc, że nie jedzie z nami silnik.

 

Jak się czuje twoje ciało?

A tymczasem – porzucone ciało czeka, by się nim zaopiekować jak małym dzieckiem. Zobaczyć, że istnieje. Przyjąć je do swojego życia z całą jego kruchością i bezradnością. Z tego punktu można zaczynać uczyć się go na nowo. Sprawdzać, jak się czuje. Gdzie są miejsca przeorane bólem, które do tej pory ignorowaliśmy, niezdolni tego bólu dostrzec czy zrozumieć jego znaczenia.

Ciało komunikuje kluczowe dla nas rzeczy. Czego mamy za dużo, a czego za mało. Pokazuje nasze granice także z prostotą dziecka. Jeśli doba ma 24 godziny, z czego ciało prosi o 8 godzin snu i 2 godziny bez napięcia i działania, to nasza dniówka nie może się składać z planu na 36 godzin pracy. Ciało mówi także o sytuacjach, które nam nie służą – manifestuje nasze najgłębsze wartości, gdy trzęsiemy się ze złości albo mdli nas z odrazy. I jeśli dobrze je słyszymy, to żaden sprzedawca szczęścia w zamian za haracz z naszej integralności nie wciśnie nam ani odkurzacza, ani złego układu, ani pracy, która nas wykończy psychicznie i fizycznie.

Opiekowanie się ciałem to dawanie mu rzeczy, które potrzebuje. Na przykład wygadania się, gdy jest trudno, zamiast czterech batonów. Można pytać, czego ono potrzebuje, a chętnie o tym opowie. Może ruchu, może powietrza, może takich dni, gdy nic się nie dzieje. Luzu i kontaktu z naturą. Może snu, a może uścisku dłoni drugiego człowieka. Łez, ciepła, pożywnego posiłku. Nade wszystko potrzebuje być słyszane. I byśmy je kochali.