Aleteia.pl - pozytywna strona Internetu w Twojej skrzynce e-mail

Nie możesz nas wesprzeć finansowo?

Możesz to zrobić na 5 innych sposobów:

  1. Módl się za nasz zespół i powodzenie naszej misji
  2. Opowiedz o Aletei w swojej parafii
  3. Udostępniaj nasze treści rodzinie i przyjaciołom
  4. Wyłącz AdBlocka, kiedy do nas zaglądasz
  5. Zapisz się do naszego newslettera i czytaj go codziennie

Dziękujemy!
Zespół Aletei

 

Aleteia

Niegrzeczne? A może niezdiagnozowane. O integracji sensorycznej i napięciu mięśniowym u dzieci

BABY
Shutterstock | Trendsetter Images
Udostępnij

Kiedy w przedszkolu pojawiają się zajęcia statyczne, przy stolikach okazuje się, że wielu dzieciom zaczyna to sprawiać ogromną trudność. Męczy ich siedzenie w miejscu, podpieranie się łokciami. I to nie dlatego, że dziecko jest niegrzeczne, nadpobudliwe. Okazuje się, że takiemu maluchowi po prostu łatwiej jest poruszać się na stawach niż utrzymać napięcie w pozycji siedzącej.

Marta Dusińska profesjonalną rehabilitacją zajmuję się od 2004 r. Jest osobą niesłychanie aktywną zawodowo, która uwielbia pracę z dziećmi. Na rehabilitację przyjeżdżają do niej rodzice nawet kilkadziesiąt kilometrów, bo tak cenią sobie jej podejście do najmłodszych. W rozmowie z Aleteią Marta opowiedziała, skąd się biorą u maluchów problemy z napięciem mięśniowym, jak je rozpoznawać, jak pomagać najmłodszym. I po co maluchom zajęcia z integracji sensorycznej. 

 

Anna Salawa: Skąd się biorą u dzieci problemy z napięciem? I dlaczego teraz, w ostatnich latach, mamy dużo więcej takich problemów niż jeszcze 10, 20 lat temu?

Marta Dusińska: Trudno porównywać, czy liczba maluchów z zaburzonym napięciem wzrosła, bo jeszcze 10, 20 lat temu nie było tak dobrej diagnostyki w tym zakresie. A skąd te problemy? Na pewno duży wpływ mają tu czynniki środowiskowe – jakość jedzenia, powietrza. Część problemów z napięciem jest również dziedziczna. Jest też niestety spora grupa związana z problemami okołoporodowymi.

Procentowo o jakiej liczbie dzieci mówimy?

Myślę, że nawet do 70% maluchów może mieć jakieś większe lub mniejsze problemy z napięciem.

Rodzi nam się dziecko, jakie symptomy powinny nas zaniepokoić?

Jeśli chodzi o wzmożone napięcie mięśniowe, to patrzymy, jak dziecko nam się układa. Czy nie robi takiego mostku do tyłu, czy nie leży asymetrycznie. Dzieci ze wzmożonym napięciem są również dużo bardziej płaczliwe, bardzo niespokojne, trudne do utulania, bo im te napięcie najzwyczajniej w świecie przeszkadza.

Przy wzmożonym napięciu często wykonuje się jeszcze dokładniejszą diagnostykę, czy nie mamy do czynienia z poważniejszymi problemami. Takim najgorszym jest dziecięce porażenie mózgowe. I to podlega pod jednostkę chorobową. I jedną z przyczyn takiej choroby mogą być np. wylewy okołoporodowe. Warto wiedzieć, że takie wylewy zdarzają się dość często. Ale wiele z nich jest niegroźnych dla dziecka. Często o nich rodzice nie wiedzą, bo nie każdy noworodek ma robione USG przezciemiączkowe główki.

A jakie symptomy świadczą o obniżonym napięciu mięśniowym?

Pierwszym symptomem jest nietrzymanie główki. Oczywiście zaraz po urodzeniu wiadomo, że dziecko samo nie trzyma główki, ale z każdym tygodniem, miesiącem powinno być co raz silniejsze i dawać sobie z tym radę.

U maluchów z obniżonym napięciem mięśniowym gorzej działa odruch chwytny. Również asymetryczne układanie się – to znaczy, że z jednej strony mięśnie są bardziej napięte, z drugiej, że są zbyt rozluźnione, powinno zaniepokoić rodzica.

Później na etapie już przedszkolnym dzieciaki z gorszym napięciem mięśniowym często siadają w literkę „v” – mają słabe mięśnie brzucha i po prostu tak im jest najwygodniej.

Jakie są przyczyny obniżonego napięcia mięśniowego?

To ciekawe, bo okazuje się, że w większości obniżone napięcie mięśniowe jest… nabyte i często wiąże się z nieprawidłową pielęgnacją. Czyli, że np. rodzice źle noszą dziecko i w ten sposób pogłębiają nieprawidłowości, które występują u malucha.

Co jeśli przegapimy odpowiedni moment na ćwiczenia i nie zaczniemy w porę rehabilitacji?

Jeśli chodzi o obniżone napięcie mięśniowe to często te maluchy, które nie mogą usiedzieć w jednym miejscu, mają z tym problem. Otóż kiedy w przedszkolu pojawiają się zajęcia statyczne, przy stolikach okazuje się, że wielu dzieciom zaczyna to sprawiać ogromną trudność. Męczy ich siedzenie w miejscu, podpieranie się łokciami. I to nie dlatego, że dziecko jest niegrzeczne, nadpobudliwe. Okazuje się, że takiemu maluchowi po prostu łatwiej jest poruszać się na stawach, niż utrzymać napięcie w pozycji siedzącej.

Takie przedszkolaki męczą się również np. przy wycinaniu – bo mają osłabione napięcie mięśni ręki.

Szkoła podstawowa na pracę z takim dzieckiem jest już trochę za późno. Bo dziecko ma już w głowie pewne nawyki, które sobie utrwaliło i ciężko się ich pozbyć. I w szkole podstawowej u takich dzieci zaczyna już się rozwijać skolioza. Bo trzeba pamiętać, że dziecko z obniżonym napięciem nigdy nie jest symetryczne.

Przy wzmożonym napięciu natomiast, niektóre dzieci zaczynają chodzić na paluchach. I im są starsze, tym trudniej je od tego odzwyczaić, bo mają tak ponapinane mięśnie łydki. Czasem widać na ulicy dorosłego, który idzie na palcach, bo niestety w dzieciństwie nikt się nim w tej dziedzinie nie zaopiekował.

Czyli profilaktyczna wizyta u fizjoterapeuty z niemowlakiem nie jest nadgorliwością rodziców?

Nie, jak najbardziej nie. Na szczęście co raz więcej pediatrów czy położnych nauczyło się wychwytywać różne nieprawidłowości z napięciem u niemowlaków, więc często jest tak, że rodzice zgłaszają się do nas, bo ktoś ich tutaj skierował.

A profilaktyka jest bardzo ważna. Sam fakt, że wielu dorosłych ma problemy z kręgosłupem, a część z tych problemów ma swoje podłoże jeszcze z dzieciństwa, powinien zachęcić rodziców do dbałości w tym obszarze.

A co z integracją sensoryczną? Modna czy potrzeba?

Wielu dzieciom przykleja się łatkę, że są np. niegrzeczne, nadpobudliwe, że się nie słuchają, a wiele z tych problemów wynika z jakichś mniejszych lub większych zaburzeń m.in. z obszaru integracji sensorycznej. Więc ja takich rodziców się pytam, czy ono jest niegrzeczne z charakteru, czy ma jakiś problem. Bo często do takiego dziecka zostaje przyklejona łatka, że urwis i ciągnie się ona latami… A te wszystkie diagnozy i terapie są po to, żeby z dziecka właśnie zdjąć tę łatkę „niegrzeczne”.

Rozszyfrujmy ten termin „integracja sensoryczna” – co to znaczy?

Jeśli dziecko ma zaburzenia integracji sensorycznej, to znaczy, że ma zaburzone przetwarzania i odbieranie różnych bodźców, które różnymi zmysłami do niego docierają.

Czyli że jak ma nadwrażliwość słuchową, to bardzo przeszkadza mu hałas. I wtedy z takim dzieckiem robi się odpowiednie treningi słuchowe. Takie dzieci nie lubią chodzić to przedszkola, bo tam jest głośno. A przecież jak pójdą do szkoły, będzie jeszcze głośniej. Dlatego tak ważna jest praca z tymi dziećmi. Jak się nie zacznie z nim jakiejś pracy, to one będą się w towarzystwie bardzo wycofywały.

Np. zdarzył mi się pacjent, który wracał ze szkoły i ma straszne bóle głowy, nawet do wymiotów. Tak przeszkadza mu hałas. Został neurologicznie zbadany, nie ma żadnych problemów i okazało się, że to zaburzenia integracji sensorycznej. Dlatego tak ważna jest interwencja.

Tak samo mamy chłopaka, który wymiotuje na myśl o dotykaniu różnych faktur. Nie można przy nim wyjąć np. gumowych rzeczy, bo od razu go mdli.

Ale to też z wywiadu z rodzicem wyszło, że mama nie pozwoliła mu się brudzić jak był mały, myła często mu ręce. A na stopach i rękach jest najwięcej receptorów. I dzieciom trzeba pozwolić się czasem porządnie wybrudzić.

Zdarzają się też dzieci, które nie lubią się bawić w piaskownicy, żeby piasek im się do rąk nie przyklejał, o to uczucie jest dla nich bardzo nie miłe.

Skąd u dzieci te zaburzenia z zakresu integracji sensorycznej?

Podobnie jak z napięciami – część jest dziedziczna, część okołoporodowa, a niestety część nabyta. Dzieci mają za dużo bodźców – telefony, komputery, co zabiera im dużo czasu. Przez to dużo mniej bawią się np. na świeżym powietrzu, na placu zabaw, na łące, gdzie naturalnie dostarczają swoim zmysłom wiele naturalnych bodźców.

Ulubiona maskotka, metka, którą dziecko ściska przed snem, ssanie kciuka, ukochana szmatka. Wiele dzieci ma swoje małe gadżety, które pomagają mu się uspokoić lub lepiej usnąć. Jak na nie powinniśmy reagować? Dobre nawyki czy pewne zaburzenia?

To zależy. Prawda jest taka, że do wielu tych rzeczy mocno przyzwyczajeni są też rodzice. Bo wygodnie im jest, że dziecko zawsze zasypiało z króliczkiem i jest spokój. Gorzej, jeśli króliczek zostanie w przedszkolu i o 22.00 rodzice dzwonią do przedszkola, że bez maskotki dziecko nie uśnie. I nie jest to historia zmyślona, tylko z życia wzięta. Dlatego uważam, że z takich przyzwyczajeń warto wychodzić, żeby unikać krytycznych momentów. Ale moje doświadczenie pokazuje, że są to nawyki często nasilane przez rodzica. Więc przyzwalanie na takie zachowanie utrwala w dziecku nawyk, że tylko z ukochaną szmateczką uśnie.

Jak tak tego słucham, to aż ciśnie mi się na usta pytanie, czy zdarzają się dzieci bez zaburzeń czy tylko są nie zdiagnozowane? 

Oczywiście, że tak. Ale wiadomo, wtedy do nas do poradni nie trafiają. Na szczęście w wielu tych nieprawidłowościach łatwo dzieciom pomóc. Dlatego cieszy mnie, że coraz więcej rodziców jest świadoma i szuka porad u specjalistów.

Newsletter
Aleteia codziennie w Twojej skrzynce e-mail