Aleteia

Jak pierwsi chrześcijanie reagowali na epidemie?

EPIDEMIA W RZYMIE
Anioł Śmierci puka do drzwi podczas Plagi Antonińskiej w Rzymie w II wieku.
Udostępnij

Schyłek Cesarstwa Rzymskiego to czas nawiedzających imperium epidemii i jednocześnie dynamicznego rozwoju chrześcijaństwa. Coraz więcej osób chciało dołączyć do ludzi, którzy chorobę traktowali jako test miłości bliźniego, a śmierć jako przejście do nowego życia.

Wspierali nie tylko innych chrześcijan, ale wszystkich, którzy byli w potrzebie. W ten sposób Ewangelia docierała najpierw za pomocą ich przykładu, a dopiero później słów. W starożytnym świecie nową moralnością były nakazy Jezusa, który mówił: „Wszystko, co uczyniliście jednemu z tych braci moich najmniejszych, Mnieście uczynili”.

 

Śmiercionośne epidemie

W 165 roku, za panowania Marka Aureliusza, pojawiła się epidemia, która pochłonęła, według różnych szacunków, od jednej czwartej do jednej trzeciej mieszkańców Cesarstwa. Prawdopodobnie było to pierwsze pojawienie się śmiertelnej ospy w zachodnim świecie. Trwała aż piętnaście lat.

Niecałe sto lat później, w 251 roku, nastało nowe wielkie nieszczęście. Podejrzewa się, że tym razem była to odra i osiągnęła podobny poziom śmiertelności. Znacznie osłabiła siłę militarną Rzymu, a społeczeństwo pogrążało się w poczuciu beznadziei. Wiele wiosek i małych miasteczek całkowicie opustoszało i wkrótce popadło w ruinę.

 

Okazywali bezgraniczną miłość

Dla osób postronnych zaskakujący był fakt, że w społecznościach chrześcijańskich ludzie radzili sobie lepiej i częściej udawało im się przeżyć zarazę. Działo się tak, ponieważ chorzy i słabi nie byli odrzucani, ale w miarę możliwości wspólnota troszczyła się o nich jak najlepiej. Czasami samo podanie wody i jedzenia mogło uratować życie tym, którzy byli zbyt wycieńczeni, aby je zdobyć.

Także ludzie, których z powodu zawirowań ekonomicznych dotknęło ubóstwo mogli liczyć na pomoc swoich braci w wierze. Nawet walczący z chrześcijaństwem cesarz Julian Flawiusz (Julian Apostata) sto lat później ubolewał, że dobroczynność pogan była „blada” w porównaniu z działaniami „Galilejczyków”.

Święty Dionizy Wielki, żyjący w czasie epidemii z 251 r., pisał: „Większość naszych braci chrześcijan okazała bezgraniczną miłość i lojalność, nie oszczędzając się nigdy i myśląc o sobie nawzajem. Nie zważając na niebezpieczeństwo, zajmowali się chorymi, zaspokajając ich każdą potrzebę, służąc im w Chrystusie i razem z nimi odchodząc z tego życia szczerze szczęśliwymi. Najlepsi z naszych braci w ten sposób stracili swoje życie (…) ich śmierć jako wyraz wielkiej pobożności i silnej wiary wydaje się w pełni równa męczeństwu”.

 

Nadzieja Zmartwychwstania

Przesłanie chrześcijańskie o tym, że życie nie kończy się tu na ziemi niosło ze sobą nadzieję, której zrozpaczeni ludzie bardzo potrzebowali. Widoczna „inność” tego orędzia w porównaniu z dotychczasowym wielobóstwem bardzo ich pociągała i w wielu przypadkach doprowadzała ostatecznie do przyjęcia chrztu. Wierzący nie ustawali w modlitwie, która w trudzie i chorobie stawała się jeszcze gorętsza.

Widząc przykład chrześcijan, trudno już było uwierzyć, że mieliby być oni niebezpieczni dla społeczeństwa, jak głoszono przez tak długi czas. Sprzyjało to wzajemnemu zbliżaniu się i zacieśnianiu więzi.

 

Wypróbowanie człowieka

Cyprian, biskup Kartaginy, postrzegał trudności jako szansę na duchową odnowę. „Jak właściwe, jak konieczne jest to, że ta straszna i śmiertelna zaraza odszukuje w każdym sprawiedliwość i wypróbowuje umysły gatunku ludzkiego: czy dobrze opiekujemy się chorymi,  czy krewni wypełniają swoje obowiązki wobec siebie, czy właściciele okazują współczucie schorowanym niewolnikom, czy lekarze nie opuszczają zainfekowanych” – pisał.

Kochać drugiego jak siebie samego – ten pomysł musiał wydawać się rewolucyjny. Nic dziwnego, że tak wielu chciało poznać ludzi, którzy umieli go wcielić w życie.

Źródło: R. Stark’a „The Rise of Christianity: A Sociologist Reconsiders History”